Producenci żywności bezlitośnie wykorzystują naszą niewiedzę. Większość z nas nie chce wiedzieć, co je

Nawet owoce pełne są substancji typu "E" - to na przykład witaminy
Nawet owoce pełne są substancji typu "E" - to na przykład witaminy Foto: Aleksandra Gruszczyńska
Nasz produkt nie ma „E” – zachwala w reklamie jeden ze swoich wyrobów znana firma Winiary, ustami wynajętej do tego Anny Nowak-Ibisz. To kompletna bzdura, oburzają się internauci. Nie dość, że produkty Winiar pełne są substancji E, to wiele z nich jest nie tylko niezbędna, ale i całkowicie zdrowa. Bez nich moglibyśmy się wręcz zatruć jedzeniem ze sklepu czy restauracji.


„Kończenie spotu reklamowego słowami, że produkt jest świetny i „w dodatku bez E” to porażka. Pogłębiacie w ten sposób cholernie szkodliwy stereotyp, wedle którego obecność dodatków w żywności jest ich wadą, a sami ich używacie. Gdyby nie „E”, to niektóre wasze produkty psułyby się przed dotarciem do konsumenta. Inne z kolei miałyby tak krótki termin przydatności do spożycia, że trzeba by było ograniczać produkcję(…)” – pisze na Facebooku Tomasz Gens. Jest współtwórcą i właścicielem firmy Enoir Caviar – jednej z pierwszych na polskim rynku marek czarnego kawioru, więc zna się na produkcji żywności.


W swoim emocjonalnym wpisie Gens podkreśla, że reklama Winiar wprowadza zamieszanie w głowach konsumentów. Przywołuje przykład barwnika E100, który jest dodawany do wielu produktów tego koncernu. Czym jest E100? To kurkumina, barwnik całkowicie naturalny.


Dokładnie takiego samego zdania jest prof. Krzysztof Krygier ze Szkoły Głównej Gospodarstwa Wiejskiego.

– Jedno „E” drugiemu nierówne. Część z nich to po prostu naturalne barwniki. E 140 barwi żywność na zielono i jest pozyskiwane ze szpinaku, E 101 i zawiera witaminę B2 i jest całkowicie nieszkodliwe. E od numerów 300 do 399 to antyoksydanty, zabezpieczające przed jełczeniem. Większość z nich nie ma żadnego negatywnego wpływu na zdrowie i na jakość produktów – mówi w rozmowie z INN:Poland.


Jakie są rodzaje owianych złą sławą substancji „E”?
Barwniki oznaczane są liczbami od 100 do 199, konserwanty to E 200 - 299, przeciwutleniacze noszą oznaczenia od 300 do 399, wyżej (400 - 499) są emulgatory. Zostają jeszcze wzmacniacze smaku i substancje słodzące, noszące numery od 500 do 1500.

Wszystkie muszą być dopuszczone do obrotu, wcześniej zaś przejść dokładne badania wpływu na ludzki organizm, w tym rakotwórczość, powodowanie alergii etc.

Owiany złą sławą glutaminian sodu również jest bezpieczny dla ludzi. Nosi on oznaczenie E621, ale producenci żywności często pomijają zarówno jego nazwę, jak i oznaczenie, w skład wpisując „wyciąg z drożdży" lub "hydrolizowane białko”. Wszystko w obawie przed opinią konsumentów, ale i w trosce o sprzedaż. Bo glutaminian sodu powoduje, że bardziej intensywnie odczuwamy smak i zapach jedzenia. Nie trzeba chyba dodawać, że glutaminian sodu jest podstawą przyprawy znanej jako Maggi, produkcji Winiar.

Kto normalny chciałby, żeby w produkcie który kupuje znalazło się E 101? Ta substancja zwie się ryboflawiną a popularnie – witaminą B. I nagle ze znienawidzonego E robi się cenny dla zdrowia składnik, który sporo ludzi suplementuje w postaci tabletek.

Żywność często jest konserwowana przy pomocy substancji E 260. Brzmi strasznie, ale to po prostu kwas octowy. Większość przeciwutleniaczy, bez których żywność psułaby się bardzo szybko, to substancje naturalne albo całkowicie niegroźne. Na czele listy jest E 300, czyli kwas askorbinowy. Coś świta? To po prostu witamina C.

Gens dodaje, że np. bez E200, czyli kwasu sorbowego, w takim produkcie, jak majonez, bardzo szybko pojawiłyby się grzyby i pleśń. Zabezpiecza on żywność przed zepsuciem, zaś klientów przed zatruciem, w stężeniach, jakie występują choćby w majonezie jest całkowicie bezpieczny.

– Konserwanty zostały wymyślone, by zwiększyć bezpieczeństwo żywności. Jeżeli chronimy produkt przed rozwojem drobnoustrojów, to przecież zwiększa to nasze bezpieczeństwo – konkluduje prof. Krygier