Jak nie franki, to dopłaty. Ludzie tracą pieniądze, bo w Polsce rządzą "dziwne" kredyty

Banki łowią klientów kusząc ich niskim oprocentowaniem kredytów, dopłatami i przewalutowaniami
Banki łowią klientów kusząc ich niskim oprocentowaniem kredytów, dopłatami i przewalutowaniami Fot. Wojciech Kardas / Agencja Gazeta
W tym roku aż 51 tysięcy osób starci rządowe dopłaty do kredytów hipotecznych. Dla większości z nich jest to bardzo zła wiadomość – trzeba będzie płacić samemu o kilkaset złotych więcej. A Polska jest królestwem dziwnych konstrukcji kredytowych, które mają umożliwić nam zadłużenie się po uszy.


– W przypadku brania jakiegokolwiek kredytu, nie tylko hipotecznego, musimy kierować się zdrowym rozsądkiem. Jeśli coś nam nie pasuje, pytajmy, drążmy. Tu chodzi o nasze własne pieniądze, tu się nie ma co krygować – mówi w rozmowie z INNPoland.pl Maciej Gutowski, doradca kredytowy.


Małorozsądkowe podejście wielu osób wykorzystały banki, które udzielały kredytów we frankach. Oczywiście nie wszystkich – bo nie zapominajmy, że jest naprawdę wielu kredytobiorców, którzy na niskich ratach kredytów zarobili, a obecną zwyżkę kursu traktują jako koniec dawania im prezentu.


Tzw. frankowicze podpisywali umowy, które wydawały im się niezwykle korzystne. Za te same pieniądze we frankach mogli sobie pozwolić na większe mieszkania – przynajmniej tak to wtedy wyglądało. Dziś wielu z nich stoi na skraju bankructwa, bo nikt nie powiedział im, że to jest jednak ryzykowne.


– To taki paradoks, że frankowicze, którzy chcieli w jakiś sposób oszczędzić na kredycie hipotecznym, stali się ofiarami, ale dzięki nim wielu innych ludzi otworzyło szerzej oczy na podstawowe zasady brania kredytu – mówi Gutowski.

– Polska jest krajem kredytów zmiennoprocentowych oraz klientów, którzy żyją chwilą, nie zastanawiających się co będzie, gdy ich rata znienacka pójdzie w górę. Banki nie oferują na większą skalę kredytów na stały procent, stabilnych i przewidywalnych, bo to… byłoby za drogie. Kredytów tych nikt nie chciał, bo nikogo nie byłoby stać na wyższe raty – ostrzegał niedawno Maciej Samcik z serwisu Subiektywnie o finansach.



Jak brać kredyt?
Po pierwsze – podpowiada doradca – nie iść na całość. Nowe mieszkanie trzeba wyposażyć, ubezpieczyć, zrobić mały remont. To pochłania pieniądze, trzeba sobie więc zostawić trochę środków choćby tylko na ten cel.

Po drugie – nie warto żyć z miesiąca na miesiąc, bez żadnej poduszki finansowej. W takim przypadku choćby utrata pracy na miesiąc czy dwa rodzi poważny problem, bo nagle trzeba pożyczać pieniądze na ratę. A przede wszystkim nie szaleć.

– Wiele osób ciągle boi się powiedzieć: nie potrzebuję aż tak dużego mieszkania, może być mniejsze, 100 złotych miesięcznie w wysokości raty robi naprawdę dużą różnicę – mówi Gutowski.

Przez takie myślenie wiele osób zadłuża się ponad stan. Nie warto liczyć też na rządowe dopłaty.
– Traktujmy je jak prezent, jako miły dodatek. Ale rozsądnym wyjściem byłoby odkładanie kwoty, jaką dostajemy od państwa, na konto. Dzięki temu nie dość, że trochę odłożymy, to nie zdziwimy się, gdy dopłaty ustaną, co obecnie dotyka kilkadziesiąt tysięcy osób – przypomina doradca.

Faktycznie, w ciągu ostatnich lat lawinowo, ale zgodnie z planem, rośnie liczba osób i rodzin, którym kończy się czas obowiązywania programu „Rodzina na swoim”. Szczyt zainteresowania nim przypadł na rok 2011, wtedy wartość kredytów hipotecznych z dopłatami wziętych przez Polaków sięgnęła 10 mld zł. Na dopłaty do odsetek zakwalifikowało się 50 tys. osób – każde mieszkanie kosztowało więc średnio 200 tys. złotych.

W tym roku przestaną one otrzymywać dopłaty do czynszu. Z wyliczeń Expandera wynika, że koniec dopłat oznacza wzrost raty o ok. 42 proc. w przypadku rodziny i o ok. 21 proc. w przypadku, gdy z programu korzystał singiel. Jednocześnie oznacza jednak również koniec ograniczeń w zakresie korzystania z własnego mieszkania – będzie można je zamienić na większe lub wynająć.

– Rodzina, która zaciągnęła taki właśnie dług na zakup mieszkania o powierzchni 50 m2, płaci dziś ratę wynoszącą ok. 626 zł. Jeśli kredyt zaciągnął singiel, to jego rata wynosi 730 zł, gdyż otrzymuje on niższą dopłatę. Gdy okres dopłat się skończy, to ich raty wzrosną do 886 zł, czyli odpowiednio o 260 zł i o 156 zł – pisze Jarosław Sadowski, główny analityk Expandera.
– To nie przypadek, że Polaków łatwo namówić do kredytów początkowymi niskimi kosztami. Dominuje u nas myślenie, że będzie lepiej. A na Zachodzie wiele osób zastanawia się co się stanie, jeśli coś pójdzie nie tak – mówi Gutowski.

Koszty kredytu
– Prawdopodobnie zaciągnięcie kredytu hipotecznego jest jedną z najważniejszych decyzji finansowych, jakie podejmujemy w życiu. Takie zobowiązanie trzeba spłacać regularnie, nawet przez 20, 30 lat, bez względu na nieprzewidziane sytuacje życiowe, które mogą zachwiać naszą płynnością finansową. Dlatego, zanim udamy się do banku po kredyt, oceńmy, czy po prostu będzie nas na niego stać. Pomoże w tym podliczenie wszystkich kosztów zobowiązania, także tych, które często pomija się w podobnych analizach. Chodzi przede wszystkim o prowizję dla banku czy ubezpieczenie, które towarzyszy kredytowi – podpowiada Dorota Kotik-Biergiel, ekspert Intrum.

Warto także pamiętać o tym, że kredyt to stosunkowo drogie pieniądze. Dużo lepiej oszczędzić, pożyczyć od rodziny albo wykorzystać jakiś fundusz w zakładzie pracy – tego typu formy są dużo niżej oprocentowane, niż kredyty hipoteczne.

Nie powinniśmy brać kredytu na więcej, niż 80 proc. wartości lokalu a na spłatę wszystkich zobowiązań z nim związanych nie przeznaczać więcej, niż jedną trzecią zarobków (osoby lub pary).

Aha – kredyt na długi okres ma niższą ratę, ale de facto płacimy więcej. Lepiej nie pakować się w kredyty 30 – 40-letnie, oznaczają zbyt duże ryzyko.