Nie będzie łatwo o dopłaty do elektrycznych samochodów. I dobrze, bo ten pomysł nie ma sensu

Ładowarka do samochodów elektrycznych
Ładowarka do samochodów elektrycznych Cezary Aszkiełowicz / Agencja Gazeta
Rząd próbuje dopłacić do wydatków najbogatszych Polaków. Samochód elektryczny nawet po rządowej dopłacie nie będzie bowiem w zasięgu cenowym statystycznego Polaka. A rozwój elektrycznych samochodów nie pomoże w poprawie jakości środowiska.


W 2018 roku w Polsce zarejestrowano 628 aut na elektryczne baterie. To dość daleko od rządowego celu, wedle którego w 2025 roku po polskich drogach miałoby poruszać się milion pojazdów zasilanych prądem.

Dopomóc w tym miały dopłaty do kupowania pojazdów elektrycznych, finansowane z Funduszu Niskoemisyjnego Transportu. Wysokość jednorazowego wsparcia mogłaby dla samochodu elektrycznego wynieść maksymalnie do 36 tysięcy złotych.

Zdaniem ekspertów branży motoryzacyjnej, cytowanych przez Rzeczpospolitą, przepisy są na tyle skomplikowane, że program dopłat może ruszyć późno, a część dealerów nie będzie chciała do niego przystąpić.

To może i lepiej, by rząd nie dopłacał do zachcianek bogatych Polaków. Cena samochodu elektrycznego, nawet po odliczeniu rządowej dopłaty, nadal będzie wynosić blisko sto tysięcy złotych.

Polska dopłaci więcej niż w Europie
Co więcej, w porównaniu z innymi krajami europejskimi, polskie dopłaty są dość wysokie. W Niemczech dopłata do auta bateryjnego wynosi 4 tys. euro, we Francji 6 tys. euro, w Wielkiej Brytanii sięga 3,5 tys. funtów. Dlaczego dopłata w Polsce powinna być większa niż w europejskich warunkach? Trudno powiedzieć. Zwłaszcza, że w tej chwili nie widać na horyzoncie polskiego wytwórcy "elektryków", więc trudno powiedzieć o wspieraniu naszych firm.


Dzieje się tak pomimo faktu, że rząd wydał już miliony na rozwój polskich elektrycznych samochodów. Spółka ElectroMobility Poland, która dostała za zadanie zbudowanie polskiego samochodu elektrycznego zgarnęła ponad 40 milionów złotych. W zamian bardzo oszczędnie dawkuje informacje na temat postępu w pracach, a jeszcze większą zachowawczość wykazuje w przypadku informacji finansowych.


Większość Polaków kupuje w tej chwili znacznie tańsze auta, kosztujące mniej niż wynosi kwota dopłaty. Mediana ceny używanych samochodów oferowanych w Polsce w latach 2015-2018 to 16,5 tys. zł - wynika z danych zebranych przez AAA Auto. I to nie dlatego, że kochamy starsze (mediana wieku kupowanego w Polsce samochodu to ponad 10 lat) samochody, tylko dlatego, że na lepsze nas nie stać.


"Elektryków" nie kupuje nawet polski rząd - pomimo faktu, że sam promuje elektromobilność. Czasu na znaczący progres pozostało niewiele, bo ustawa o elektromobilności zakłada, że do 2020 roku co 10. samochód należący do administracji publicznej będzie napędzany elektrycznie.

Polacy muszą mieć samochody
Posiadanie samochodu jest w tej chwili w Polsce smutną koniecznością. Kolejne połączenia autobusowe znikają z Polski, a z wyjazd z wielu miejscowości możliwy jest wyłącznie własnym autem. Dopłaty do "elektryków" w żaden sposób tego problemu nie rozwiązują, a o programie rozwoju tegoż transportu na horyzoncie nie widać.

Elektryczne samochody nieszczególnie wpłyną także na problem smogu. Według informacji Krajowego Ośrodka Bilansowania i Zarządzania Emisjami transport odpowiada jedynie za 10 proc. emisji w Polsce. Co więcej, część pyłów PM 10 pochodzi nie z silników, a ze ścierania się opon i klocków hamulcowych pojazdów.

Nie wspominając nawet już o tym, że oparcie polskiej elektryki o węgiel wcale nie poprawi sytuacji naszego środowiska. Po prostu zamiast CO2 z rury wydechowej będziemy mieć CO2 z komina elektrowni. A w kontekście sprowadzania coraz większych ilości węgla z zagranicy, argument o wspieraniu w ten sposób polskiego górnictwa również nie jest szczególnie trafny.

Ładowarka do samochodu na każdym osiedlu
Dodatkowo do ładowania elektrycznych samochodów konieczne jest zbudowanie sieci stacji ładujących, która w tej chwili jest mocno ograniczona. To kolejne koszty, do których ma dołożyć się rząd. Zakładane w projekcie wsparcie budowy stacji ładowania normalnej mocy może maksymalnie sięgać 25,5 tys. zł, a stacji dużej mocy – 150 tys. zł.

Przedstawiciele branży chcieliby, by ładowarki takie pojawiły się na największych osiedlach. Dlaczego miałoby się do tego dokładać państwo, a nie deweloperzy czy wspólnoty mieszkaniowe? Trudno to zrozumieć.

Dopłaty do elektrycznych samochodów ucieszą jedynie ich producentów i sprzedawców. Większość bowiem ani nie skorzysta z samych pojazdów, ani nie wpłyną one szczególnie na ich życie. Trudno wiec powiedzieć, czemu rząd zdecydował się na system tego typu dopłat.

Jedynym plusem dopłat jest to, że wsparcie otrzymają samorządy. Autobusy elektryczne czy zasilane CNG mogą pozwolić na rozwój publicznego transportu - kosz zakupu floty autobusów stanowi sporą część tego typu projektów, więc zwolnienie samorządów z jej części na pewno opłaci się mieszkańcom.