Po trzech latach to jasne. 500+ przyniosło efekty, ale nie tam, gdzie się ich spodziewano

Elżbieta Rafalska, Teresa Czerwińska i Mateusz Morawiecki. Dla ich gabinetu rozszerzenie 500+ przed następnymi wyborami było koniecznością. Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta
Aż 67 miliardów złotych – taka kwota w ciągu ostatnich trzech lat została przeznaczona na realizację programu 500+. Z danych rządu wynika, że skorzystało z niej 3,6 mln dzieci. Żaden ekspert nie ma jednak wątpliwości, że nie w programie 500+ nie chodzi jedynie o ulżenie najbiedniejszym: ten program ma dodatkowe cele – polityczne, gospodarcze, demograficzne – i na tych polach miał przynieść znacznie szerzej zakrojone rezultaty.


– Mało kto w Warszawie jest w stanie wyobrazić sobie, jak wygląda skrajna bieda – mówi nam Cezary Kaźmierczak, prezes Związku Przedsiębiorców i Pracodawców. – Mieliśmy taką w naszych Mierzwicach nad Bugiem. Co roku robiliśmy przed świętami zbiórkę na dzieci z najbiedniejszych domów. Od trzech lat przestaliśmy, bo nie ma już w gminie dzieci żyjących w skrajnej biedzie – kwituje. To najprostszy, najbardziej lapidarny komentarz do skutków programu 500+.


Nie jest, co prawda, tak różowo jak chętnie się powtarza: że 500+ zmniejszyło liczbę dzieci zagrożonych skrajnym ubóstwem o 94 proc. To liczba użyta w prognozie Polskiego Komitetu Europejskiej Sieci Przeciwdziałania Ubóstwu, opublikowanej już w grudniu 2016 r. Za to tygodnik „The Economist” oszacował kilka miesięcy temu, że po ponad dwóch latach funkcjonowania 500+ zmniejszyło liczbę dzieci żyjących w skrajnym ubóstwie z 12 do 3 proc.


I tego należałoby się trzymać. – Ubóstwo zostało ograniczone, to wielka wartość – podkreśla w rozmowie z INNPoland.pl Małgorzata Starczewska-Krzysztoszek z Wydziału Nauk Ekonomicznych UW.

Krótkotrwałe efekty
Co jednak dopiero zaczyna listę sukcesów i rozczarowań. – Byliśmy chyba jedyną organizacją gospodarczą, która popierała ten program – podsumowuje po latach Kaźmierczak. – Głównie z uwagi na problemy demograficzne Polski: myśleliśmy, że może przyczyni się on do odwrócenia tragicznych trendów. I raczej się nie przyczynił, choć trudno powiedzieć, jak wyglądałby trend bez 500+ – dorzuca.
– Przyrostów właściwie nie było, doszło zaledwie do przesunięcia: kto i tak planował dzieci, pierwsze czy kolejne, przyspieszył decyzję – mówi Starczewska-Krzysztoszek. – Innymi słowy, w pierwszym roku programu rzeczywiście pojawiło się więcej dzieci. Ale już w kolejnym urodziło się ich mniej. Jak się to zsumuje, to się okaże, że trend się nie zmienił – dodaje.


Podobny, krótkotrwały efekt widać było na rynku pracy: kobiety „tysiącami” zaczęły się zwalniać. Kwiecień 2016 (ruszają wnioski) – 20 tys. rezygnacji z pracy, maj (pierwsze wypłaty) – 30 tys., wrzesień – 45 tys., październik – 50 tys. – Później jednak zatrudnienie kobiet zaczęło rosnąć – zastrzega ekspertka UW. Wciąż nie w takim tempie, jak mężczyzn, ale to akurat tendencja naturalna: rynek pracy zwykle traktuje kobiety „per noga”.

– Nie potrafimy powiedzieć jednoznacznie, czy część kobiet po prostu stwierdziła, że nie ma sensu angażować się zawodowo, skoro mają stałe i gwarantowane dochody. Ale po danych widzimy, że nawet w okresie prosperity zatrudnienie kobiet rosło wolniej niż mężczyzn – dodaje.

Nie przeceniać konsumpcji
– Wbrew temu, o czym przekonywali przeciwnicy 500+, te pieniądze nie zostały wydane na wódkę. Wzrosły różnego rodzaju usługi edukacyjne – wskazuje Kaźmierczak. – To ewidentnie duże pieniądze: prawie 23 mld zł trafiają do gospodarstw domowych. I chodzi o te gospodarstwa, które w olbrzymiej większości nie oszczędzają lub niewiele oszczędzają, co oznacza, że skłonność do wydania tych pieniędzy generalnie była duża – uzupełnia Starczewska-Krzysztoszek.
Rosnące wpływy z podatków, zwłaszcza VAT, który bierze się z rosnącej konsumpcji, pojawiły się właśnie dzięki programowi 500+ – mówił z kolei na antenie Radia Maryja dr Marian Szołucha, ekonomista Akademii Finansów i Biznesu Vistula, najwyraźniej pomijając batalię o uszczelnienie systemu VAT. – Program 500 plus przyczynia się do poprawy sytuacji gospodarczej ogółem. Dziś konsumpcja napędzana jest programem 500+, przecież najważniejszym silnikiem wzrostu gospodarczego – podsumowywał.

Co do tego, na ile wzrost gospodarczy w Polsce jest zasługą 500+, nie ma jednego sprecyzowanego zdania. Niektórzy ekonomiści ostrożnie szacują, że może się on przekładać na 0,2-0,3 proc. wzrostu gospodarczego (w niedawnej rozmowie z INNPoland.pl Piotr Kuczyński, główny ekonomista Xelion oceniał, że „piątka Kaczyńskiego” może się przełożyć docelowo na ok. 0,5 proc. wzrostu PKB więcej).

Na myśleniu o 500+ w kategoriach efektów dla gospodarki ciąży to, że część szacunków oparta jest na prostym przełożeniu: te pieniądze zostaną wydane, a więc mniej więcej czwarta ich część od razu wróci do budżetu pod postacią VAT, a reszta będzie powracać jako podatki PIT czy CIT w dłuższej perspektywie. To myślenie nie uwzględnia ani faktu, że część z tych pieniędzy może jednak zostać odłożona, ani – co bardziej prawdopodobne – tego, że może zostać wydana w szarej strefie.
Tak czy inaczej, należałoby się wystrzegać przeceniania skutków 500+ dla gospodarki. Analitycy agencji ratingowych, oceniając perspektywy polskiego systemu gospodarczego, większe znaczenie przywiązują do kondycji sektora finansowego niż konsumpcji.

To wszystko polityka
– Pierwsze i najważniejsze cele 500+ miały charakter polityczny – uważa Małgorzata Starczewska-Krzysztoszek. – To, co jednak opłacało się kiedyś, dziś spowszedniało – dodaje. Innymi słowy, łatwo przyzwyczajamy się do dobrego i dlatego 500+ trzeba było rozbudować, by uzyskać spodziewany, konieczny efekt.

Z drugiej jednak strony, minusy programu zaczną – wcześniej czy później – coraz mocniej się zaznaczać w oczach wyborców. – Program ma wielką ułomność: często dajemy osobom czy rodzinom, które po prostu takiego wsparcia nie potrzebują – podkreśla ekonomistka z UW. Sposobem na wybrnięcie z tej sytuacji byłoby może stopniowe powiązanie wysokości świadczenia z uzyskiwanymi dochodami, ale wtedy wzrosłyby zapewne koszty administrowania programem.

– Oszczędzając na wydatkach na rodziny, które i tak tych pieniędzy nie potrzebują, bylibyśmy w stanie zwiększyć świadczenia dla rodzin wielodzietnych, albo skierować te pieniądze na pomoc dla osób niepełnosprawnych – sugeruje badaczka. Ale do takiego rozwiązania długa jeszcze droga – i nie jest to szlak, który spodobałby się wyborcom.