
Food halle w Polsce pokonały w kilka lat drogę od fajnej mody po uciążliwe zjawisko. Kolejne otwierające się miejsca stają się tak naprawdę zbiorem stoisk, w których wystawiają się głównie sieciowe restauracje. Najgorsze, że dzieje się to często kosztem lokalizacji mających tradycję i duży potencjał. Taki los spotyka właśnie zabytkową halę targową w Gdańsku. Ale przykładów jest więcej.
Food halle zrobiły w Polsce dużo dobrego
Piszę ten tekst jako wielki entuzjasta pojawienia się w Polsce mody na otwieranie food halli i bardzo częsty ich gość. To zjawisko stało się okazją do ożywienia zapomnianych budynków, tworzenia nowych miejsc spotkań, dawania okazji do zaprezentowania się klientom lokalnych gastrotalentów.
Oczywiście od początku dzieliły się one na te bardziej i mniej ekskluzywne (wystarczy zestawić ze sobą warszawską Halę Koszyki i Halę Gwardii). Jednak to, co przez ostatnie lata zadziało się ze zjawiskiem przerabiania budynków na jedzeniowe centra, pokazuje że również i tak dobra rzecz może zostać zepsuta, jeśli wezmą się za nią pozbawieni wyobraźni wykonawcy.
Jako przykład warto tu podać Krzywy Domek w Sopocie. Zmiana przeznaczenia tego charakterystycznego budynku przy Monciaku wywołała raczej pozytywne emocje, oczywiście wyłączając żal stałych klientów działających w nim przez lata klubów nocnych.
Sopot przeobraża się jednak w ostatnim czasie w oazę spokoju, więc disco-najemcom podziękowano i rozpoczęto przemianę obiektu w food hall. Efekt? Marny. Po niespełna roku od otwarcia miejsce to niczym specjalnym się nie wyróżnia, często świeci pustkami i nie ma nic ciekawego do zaprezentowania.
Trudno się dziwić – food hall w Krzywym Domku składa się głównie z sieciówek. Tuk Tuk działa już w konkurencyjnej trójmiejskiej Montowni i w trzech lokalizacjach w Warszawie. Chicken i Kimchi ma w Gdańsku kilka swoich punktów, a Costa Coffee to po prostu globalna sieć kawiarni. Finalnie klient niespecjalnie znajdzie argument za tym, żeby do Krzywego Domku z Monciaka zejść, zwłaszcza że w środku siedzi się trochę jak w stołówce.
Nowe życie hali targowej w Gdańsku
Ale odłóżmy na bok Krzywy Domek – budynek, którego żałować nie zamierzam, bo to po prostu kiczowaty babol w środku pięknego kurortu. Większy problem mam z tym, co dzieje się obecnie w sąsiednim Gdańsku. Tu dobiega już końca wyposażanie po generalnym remoncie zabytkowej hali targowej, zbudowanej pod koniec XIX wieku przy Placu Dominikańskim.
Przez ostatnie dekady mieściły się w niej zarówno staromodne butiki (na górze), jak i małe stoiska ze świeżymi produktami (na dole). Hala kilka lat temu zmieniła właściciela, a kiedy usłyszałem, że ten postanowił ochrzcić halę po rewitalizacji mianem "ENJOY", od razu poczułem, że nadchodzi coś niedobrego.
Hala targowa praktycznie całkowicie straci swoją dotychczasową funkcję. Co prawda wciąż będzie można tam pójść na zakupy, ale właściwie tylko te luksusowe, co wykluczy z obecności tam lwią część dawnych klientów (w sporej mierze starszych mieszkańców gdańskiego śródmieścia).
Wystarczy spojrzeć na listę najemców, którzy opanują dolną kondygnację hali. Seafood Station Deli, U Rene, Błogo, Crazy Butcher. Wszystkie te miejsca zwiastują oczywiście dobrej jakości jedzenie, ale za tym pójdą warszawskie ceny. Choć to określenie słabo pasuje do Gdańska, bo ceny trójmiejskie od stołecznych często się nie różnią. A bywa, że je przewyższają.
Na ENJOY (ledwo przechodzi mi to przez palce, kto wpadł na pomysł na taką nazwę?) składać się też mają restauracje, w tym The Dreamers Marzyciele należąca do Kuby Wojewódzkiego czy Alticcio, będące siostrą stołecznej Sobremessy. Generalnie – warszawka. Do tego streetfood, w którym próżno szukać polskiej kuchni. Można będzie za to wpaść na tapasy, curry, gyrosa, pizzę, ramen, kuchnię wietnamską i "sexi" burgery.
Serio nie znalazłem na liście najemców ani jednego miejsca, które chciałoby chociaż spróbować serwować klasyczną kuchnię polską. Nie mówiąc już o odtwarzaniu klasycznych gdańskich bądź kaszubskich smaków.
Polska kuchnia zaginęła w kotle kuchni świata
I dlatego właśnie uważam, że foodhallizacja polskich miast poszła za daleko. A przecież nie musiała. W tym samym Gdańsku mamy doskonały przykład dużej jedzeniowej przestrzeni, i to mieszczącej się w środku brzydkiego centrum handlowego. To Stacja Food Hall, która faktycznie zadziałała jako miejsce spotkań mieszkańców Trójmiasta, dające coś więcej niż tylko sieciówki, organizujące cykliczne wydarzenia, nie masakrujące ludzi cenami i dające luźny klimat, jaki gdańszczanie bardzo cenią. Hala targowa pewnie też, z racji lokalizacji, na klientów nie będzie narzekać. Ale będą to zapewne głównie zagraniczni turyści, tak jak to dzieje się w innym food hallu typu "premium" - Słonym Spichlerzu na Wyspie Spichrzów.
Tymczasem polska kuchnia zdecydowanie zasługuje na to, żeby być serwowana w modnych miejscach. Food halle w naszych miastach powinny być pełne dań z podrobami, kopytkami, kluskami, gołąbkami, schabowymi i kaszanką. Restauracje, które odważają się pójść w tę (przecież wcale nie taką trudną) stronę, jak choćby Węzeł Cieplny na gdańskim Przymorzu, okazują się strzałami w dziesiątkę.
Jednak właściciele przestrzeni przeznaczanych pod gastronomię wolą celować w pewniaki i w tysięcznym miejscu serwować pizzę, sushi rollsy czy burgery. Z jakiegoś powodu uznali, że nie ma sensu iść drogą fenomenalnych miejsc na zachodzie Europy, łączących zakupy z lokalnym jedzeniem, jak hale w Maladze, Walencji czy Barcelonie.
A mogło być tak pięknie...
Najsmutniejsze w tym wszystkim jest to, że tracimy okazję do tego, by połączyć klasyczny handel i serwowanie lokalnej kuchni z rewitalizacją pięknego zabytku, co powinno stać się okazją do promocji gdańskości, polskości i kaszubskości. Zamiast tego mamy prawie że food court niczym w centrum handlowym, tylko zamiast McDonalda i Subwaya dostaniemy lokale znane z Hali Koszyki, a wszystko będzie w murach pięknie odnowionego zabytku.
Cóż, pewnie niektórzy naprawdę poczują z tego "ENJOY". Mieszkańcy jednak po prostu tracą właśnie bliską sobie przestrzeń, którą przez lata lubili odwiedzać. A Gdańsk okazję do tego, by pokazać, że jest czymś więcej niż tylko miastem na banalny, imprezowy weekend.
