
Wyjeżdżasz nad morze lub w góry, żeby odpocząć od szumu miasta, a lądujesz w samym środku dźwiękowej rzeźni. Fotobudka drze się na ciebie przepitym głosem, ze smażalni wali tandetne disco, a na promenadzie kolejny samozwańczy Rysiek Riedel piłuje "Whisky moja żono" na pierdzącym głośniku. Czas wreszcie porozmawiać o polskim smogu akustycznym, który niszczy każdy urlop, a zwłaszcza zdrowie turystów.
Ustka, Łeba, Mikołajki czy Zakopane – schemat jest zawsze taki sam. Każda knajpa, każdy kuter i każdy stragan z goframi musi puszczać własną muzykę na full, jakby od poziomu decybeli zależał ich roczny obrót. Żeby było jasne: nie wymagam od nadmorskiego kurortu ciszy jak w klasztorze kamedułów. Ale to, co dzieje się na polskich promenadach i rynkach, przestało być wakacyjnym gwarem – stało się barbarzyńskim chaosem, który jest szkodliwy dla zdrowia zarówno turystów, jak i mieszkańców popularnych miejscowości.
Za parawan mandat 500 zł, za kolumnę pod smażalnią – nic
Pracujesz ciężko przez cały rok. Znosisz hałas miasta, szum autostrady, dzwonki telefonów w biurze czy zakładzie pracy, wieczny jazgot. W końcu nadchodzi ten wyczekiwany moment. Pakujesz walizkę, płacisz małą fortunę za kwaterę i jedziesz na wakacje. A trzeba pamiętać, że od lat wakacje nad polskim morzem bywają droższe niż urlop w Hiszpanii, Grecji czy Turcji. W każdym razie jedziesz nad morze, do Mikołajek albo chociaż na urokliwy rynek jakiegoś historycznego miasteczka.
Chcesz po prostu usiąść, odetchnąć i posłuchać szumu fal albo szelestu drzew. Cisza, spokój...
I wtedy dostajesz prostym po głowie od polskiej rzeczywistości. Lądujesz w samym środku dźwiękowej rzeźni, w której każdy walczy z każdym na decybele, a twoje uszy stają się polem bitwy lokalnych cwaniaków.
Hałas w Ustce
Weźmy taką Ustkę – moje rodzinne miasto, które powinno być perłą Bałtyku. To zresztą nie jest byle jaki adres: w tegorocznym plebiscycie tytuł najlepsza plaża w Polsce po ponad dekadzie wrócił do Ustki.
Idę do portu, spaceruję promenadą i zamiast szumu fal co słyszę? Z jednej strony jakiś samozwańczy zapiewajło drze się przez trzeszczący megafon, zapraszając na rejs kutrem rybackim, który po doklejeniu dwóch plastikowych armat nagle stał się statkiem pirackim. Facet ma zdrowie: nawija do mikrofonu przez cały dzień. Mam ochotę kupić mu kilogram krówek, żeby zamilkł na jakiś czas. Hałas, który wytwarza, jest wyjątkowo upierdliwy.
To jednak nie koniec. Tuż obok smażalnia ryb próbuje zagłuszyć kutry, waląc z wielkich kolumn wysokimi decybelami w postaci tandetnego disco. No bo przecież każdy, kto przyjechał zjeść smażoną flądrę, po pierwsze jest przygłuchy, po drugie kocha taneczne rytmy. A może po prostu chodzi o to, żeby połknął posiłek w całości i szybko zwolnił stolik, bo w tym hałasie długo wysiedzieć się nie da.
Symfonia zszarganych nerwów
Trzy metry dalej stoi fotobudka, z której syntetyczny, brzmiący jak po głębokim ciągu alkoholowym głos automatycznego lektora, bez przerwy się drze: "WEJDŹ DO ŚRODKA! ZROBIMY CI SŁODKIE ZDJĘCIE!".
A to dopiero początek spaceru. Kawałek dalej, na ławeczce, siedzi przyjezdna inkarnacja świętej pamięci Ryśka Riedla. Na pierdzącym, 15-watowym wzmacniaczu po raz czterdziesty z rzędu piłuje "Whisky moja żono", bo to przecież cztery proste chwyty na krzyż i każdy nawalony wczasowicz chętnie wrzuci do futerału piątaka.
Zaraz obok przemyka małolat na rowerze BMX z przyczepionym do kierownicy głośnikiem JBL, z którego na pełną moc napieprza jakieś czołgowe techno. A zza rogu dochodzą dźwięki z kolejnej smażalni, gdzie właściciel postanowił puścić playlistę "Wakacyjne Hity 2005".
Zwariować można. To nie jest wakacyjny gwar. To jest barbarzyński smog akustyczny.
Hałas na wakacjach. Im głośniej, tym bardziej mnie zauważą
Ja naprawdę nie jestem dziadem, który wymaga, żeby na plaży czy na rynku było cicho, jak makiem zasiał. Rozumiem, że kurorty żyją, że ludzie się bawią, że śmieją się dzieci i gra muzyka. Ale jest subtelna różnica między tętniącym życiem miastem a totalnym brakiem kultury dźwiękowej.
W Polsce każdy absolutnie każdy mały przybytek – od wielkiej restauracji po budkę z goframi i punkt z pamiątkami – uważa za punkt honoru wystawienie na zewnątrz głośnika i odpalenie go na maksymalną moc.
Przejeżdżasz przez dowolne polskie miasto czy kurort i widzisz ten sam mechanizm: rekin biznesu myśli, że jak puści muzykę dwa razy głośniej niż sąsiad ze smażalni obok, to klient zamiast do tamtego, przyjdzie do niego po frytki. W taki sposób zaczyna się wojna na decybele.
Efekt? Żaden z nich nie gra muzyki. Oni produkują powodziową falę hałasu, w której nie da się porozmawiać, myśleć, ani – tym bardziej – wypocząć.
Strefa komfortu, czyli jak robią to Włosi i Grecy
I teraz zadajmy sobie proste pytanie: czy za granicą też tak jest? Byłeś w małym włoskim miasteczku? W greckiej wiosce? W hiszpańskim portowym miasteczku? Tam też są restauracje, też są lody i też są statki wycieczkowe. Ale tam ludzie rozumieją pojęcie strefy komfortu. Muzyka w restauracji gra cicho dla gości siedzących przy stoliku, a nie dla całej zatoki. I z całą pewnością nie z taką mocą, by zagłuszyć muzykę w sąsiedniej knajpie.
Uliczny muzyk gra na akordeonie czy gitarze akustycznej, a nie z pieca nastawionego tak, że trzęsą się szyby w promieniu pół kilometra. Tam nikt nie instaluje na ulicy automatów drących się na przechodniów.
Nic dziwnego, że coraz więcej osób sprawdza, co to jest coolcation i ucieka na chłodniejszą, spokojniejszą północ Europy. A skoro drogo i zimno, ale Polacy i tak wybierają wczasy w kraju, to tym bardziej ktoś powinien zadbać, żeby ten kraj dało się w lecie wytrzymać uchem.
Zezwolenie na bezmyślność. Brak stref ciszy i limitów decybeli
W Polsce tymczasem panuje całkowity brak wyobraźni i zero planowania przestrzennego – także tego dźwiękowego. Każdy rynek w naszym kraju musi mieć swojego szarpidruta z tanim wzmacniaczem, który katuje przechodniów klasykami polskiego rocka. Każda plaża musi być terenem walki na głośniki Bluetooth.
Ciekawe zresztą, że tam, gdzie w grę wchodzi porządek przestrzenny, przepisy nagle działają – źle ustawiony parawan na plaży potrafi kosztować nawet 500 zł mandatu. Na kolumnę wystawioną przed smażalnię jakoś paragrafu brakuje. Lokalne władze już dawno ogłuchły na ten problem.
Gwałcimy swoje uszy na własne życzenie i jeszcze za to płacimy. A potem wracamy z takiego "urlopu" bardziej wykończeni i rozdrażnieni, niż z niego wyjeżdżaliśmy.
Hałas to też zanieczyszczenie środowiska. Tak samo, jak śmieci wyrzucone w lesie czy czarny dym z pieca. Dopóki samorządy nie zaczną wprowadzać stref ciszy, ograniczeń decybeli dla gastronomii i zakazu używania głośników w przestrzeni publicznej przez ulicznych naganiaczy, polskie wakacje będą kojarzyć się nie z szumem fal, ale z pierdzącym głośnikiem, z którego po raz tysięczny leci "Wehikuł czasu".
A teraz przepraszam, idę założyć słuchawki z wyciszaniem hałasu. Tylko tak mogę mieć spokój na spacerze.
Czy w Polsce przeszkadza Ci hałas w miejscach publicznych?
0 odpowiedzi
