
Stało się to, co przewidywałem. Świecący pustkami food hall w Krzywym Domku po roku mizernej działalności zostaje zamknięty. Właściciel pracuje nad czymś nowym. Oby nie poszedł śladami hali targowej w Gdańsku, która może i jest piękna, ale jej oferta jest mało interesująca i ma zadowolić głównie bananowego turystę. A przecież Europa jest pełna fenomenalnych food halli, na których moglibyśmy się w Polsce wzorować. Wystarczy pokrążyć wzdłuż Bałtyku.
Food hall w Krzywym Domku wytrzymał rok
Kiedy na początku czerwca pisałem w InnPoland o tym, jaką porażką okazało się przerobienie Krzywego Domku w Sopocie w food hall, nie spodziewałem się, że tak szybko zapadną ostre decyzje w tej sprawie. Tymczasem w mijającym tygodniu na stronie Visit Sopot pojawił się komunikat o tym, że miejsce to zamyka się wraz z końcem września.
Powód to oczywiście słabe wyniki finansowe, które jeszcze jako tako wyglądały w sezonie letnim, ale wraz z nastaniem jesieni czy wiosny wszystko zaczęło się sypać.
– Utrzymanie przez cały rok wielu odrębnych przedsięwzięć gastronomicznych działających w ramach jednej przestrzeni okazało się w tych warunkach rozwiązaniem trudnym do utrzymania w dłuższej perspektywie. Dlatego właściciel Krzywego Domku zdecydował się odejść od dotychczasowego modelu Food Hallu i przygotować dla parteru obiektu nową, bardziej spójną i całoroczną formułę – czytamy na stronie Visit Sopot.

Właściciel Krzywego Domku nie zdradza, w którą stronę pójdzie przyszłość tego miejsca. Rozwiązania widzę dwa. I są to rozwiązania skrajnie odmienne od siebie. Zacznę od tego, którego nie rekomenduję, choć obawiam się, że jest ono bardziej prawdopodobne. Chodzi o pójście w stronę miejsca służącego w zdecydowanej większości majętnemu klientowi. Czyli pomysł Hali Koszyki w pomorskim odpowiedniku Warszawy. Może to kusić właściciela, bo restauratorów pałających się wyszukaną kuchnią łatwiej namówić na wyższy czynsz.
Gdańska hala, która chce żebyś się nią "enjoy"
Takim śladem poszli nowi właściciele zabytkowej, XIX-wiecznej hali targowej w Gdańsku. Firma Apsys Polska zakupiła obiekt od Kupców Dominikańskich, zamknęła go na kilka lat i poddała pieczołowitej konserwacji. Hala odzyskała dawny blask – i to trzeba im oddać. Ale też zupełnie zmieniła swoją funkcję. Jasne, spora część butików z ciuchami i stoisk z artykułami spożywczymi wymagała wyprowadzki albo odświeżenia. Jednak właściciele gdańskiej hali poszli na ostro: podziękowali niemal wszystkim i wymyślili obiekt na nowo.
Hala dziś nosi paskudną nazwę "Enjoy" i skupia w sobie te same foodhallowe sieciówki, jakie można znaleźć choćby w sąsiedniej Montowni, ale też – co ciekawe – jakie można było do niedawna odwiedzić w nieudanym food hallu w Krzywym Domku. Jak już pisałem w swoim czerwcowym tekście, nie ma praktycznie żadnych akcentów kuchni lokalnej.
Ba! Nawet kuchnia polska praktycznie nie pojawia się w kartach najemców Hali Targowej Enjoy. Górę zajmują ekskluzywne restauracje, w tym ta Kuby Wojewódzkiego, a na dole można sobie wydać majątek w butiku mięsnym, rzemieślniczej piekarni czy sklepie z serami. Kiedy odwiedziłem to miejsce, to klientów w tych miejscach było jak na lekarstwo.
Oczywiście gdańska hala jest pełna ludzi, bo do tak pięknie odrestaurowanego miejsca każdy chce zajrzeć. Tylko zajrzenie do środka to nie to samo, co spędzenie tam czasu. Przestrzeni, jest niewiele, ludzie siedzą bardziej ściśnięci niż w niektórych food courtach w centrach handlowych, a gospodarz postawił na to, żeby do i tak sporego hałasu dodać dudniącą muzykę.
Czy to się biznesowo zepnie? Zobaczymy, hala niesie nam swoją "enjoy" dopiero od sierpnia, na pierwsze wnioski poczekamy zapewne do kolejnych wakacji, kiedy przyjdzie czas pierwszych podsumowań.
A może tak zainspirować się Rygą?
Wróćmy do przyszłości Krzywego Domku. Na miejscu władz Sopotu zafundowałbym ich gospodarzom bilet lotniczy do Rygi. Nie jest to droga wyprawa, za to na pewno pouczająca. W stolicy Łotwy znajduje się Targowisko Centralne, w skład którego wchodzi duży rynek na świeżym powietrzu oraz kompleks pięciu potężnych hal. Miałem okazję odwiedzić to miejsce w ostatnich dniach, wiele dobrego wcześniej o nim słysząc. I nie rozczarowałem się.
O takim food hallu marzę w Trójmieście, choć oczywiście zdaję sobie sprawę, że na przeniesienie do nas hangarów niemieckich sterowców (to z nich składają się ryskie hale) nie mogę liczyć.

Część hal jest obecnie remontowana, ale wystarczy zobaczenie połowy całego kompleksu, żeby wpaść w zachwyt. Jedna hala wypełniona jest stoiskami z jedzeniem. Ale nie ma tam wszechobecnej pizzy, burrito i ramenów. Są za to klasyczne wschodnie zeppeliny, łotewskie przysmaki, czebureki, dania uzbeckie czy lokalne browary serwujące to, co mają najlepsze. Ludzi pełno, zarówno turystów, jak i lokalsów, niezależnie od pory dnia. Obok miejsc serwujących dania natrafiamy na lady z serami i wędlinami. N
Nic nie jest schowane, żeby nie daj boże zapachy się nie pomieszały, tak jak to jest w hali targowej w Gdańsku. W Rydze to jest normalne, że przychodzisz po zakupy, a przy okazji coś sobie przekąsisz.

Najlepsza jest jednak część rybna. Bogactwo tego, co daje nam morze, jest wręcz oszałamiające. Byłem w wielu halach targowych, ale nigdzie nie widziałem aż takiego zróżnicowania w rybnej ofercie. Może się to równać tylko z wypełnionymi owocami morza targowiskami na południu Europy.
Do tego znajduje się tam miejsce absolutnie wyjątkowe – mały bar serwujący kanapki ze śledziem, makrelą i anchois za parę eurocentów czy też ziemniaki ze śledziem, twarożkiem i cebulą za odpowiednik niecałych 20 złotych. Właścicielka mówi, że bardzo często odwiedzają ją turyści z Polski. Trudno się dziwić, nie mamy tego u siebie, to trzeba jechać aż do Rygi!
Przepis na sukces jest bardzo prosty
Oczywiście nie da się przełożyć tego, co w ogromnych halach w Rydze, na sopocki Krzywy Domek czy nawet gdańską halę targową. Ale sam ich – nie lubię tego słowa – koncept jest czymś, co powinno zasiać ferment w głowach właścicieli. Naprawdę nie potrzebujemy kolejnej jadłodajni dla bogatych, którzy i tak wolą pójść do restauracji mającej własny lokal niż takiej, która dzieli przestrzeń z innymi.
Brakuje za to miejsc, które mogą być jednocześnie przestrzenią do codziennych spotkań lokalsów, miejscem na zrobienie jakościowych zakupów i atrakcją turystyczną. Będę o to apelować dopóty, dopóki, drodzy foodhallowi landlordzi, tego nie zrozumiecie.
