
W Krakowie od lat można zwiedzać Muzeum Armii Krajowej im. gen. Emila Fieldorfa "Nila". Jest jednym z tych muzeów, które niemal w pełni oddają grozę wojny. Szczególnie dwa eksponaty pokazują, jak przerażająca była II wojna światowa. Największe emocje wywołać mogą jednak dwie fotografie.
Muzeum Armii Krajowej im. gen. Emila Fieldorfa "Nila" znajduje się nieco na uboczu, przy ul. Wita Stwosza 12. To niedaleko od dworca, ale jednak sporo od muzealnego centrum, czyli okolic Rynku Głównego. Może dlatego, gdy pojawiłem się na miejscu, nie było tam tłumów (i to mimo weekendu). Zdecydowanie warto jednak odwiedzić tę placówkę, gdyż mało które muzeum tak dobrze oddaje grozę tego, czym jest wojna.
Muzeum Armii Krajowej to muzeum nowego typu
Sama nazwa muzeum jest nieco myląca. Ekspozycja nie opowiada bowiem tylko historii AK, ale przypomina nam niemal całe losy Polaków w czasie II wojny światowej. Zaczynamy więc od kampanii wrześniowej i jednoczesnego ataku na II Rzeczypospolitą przez III Rzeszę i ZSRR. Od razu uspokajam: nie otrzymujemy kolejnej nudnej lekcji historii, jaką znamy z czasów szkolnych. Nie, tu przeszłość ożywa i pokazuje grozę 1939 r.
Wiele pomagają w tym rekwizyty, które można wziąć do ręki, a które są poukrywane w specjalnych szufladach. I tak np. możemy potrzymać manierkę polskiego żołnierza, lornetkę, którą obserwował teren, jego chlebak, a nawet założyć czapkę. Najciekawszy jest jednak brytyjski czołg Vickers Mk. E, z którego w czasie walk w 1939 r. korzystała polska armia. Dzięki ściągnięciu z niego bocznych blach możemy zobaczyć jego ciasne wnętrze. A do środka musiało wejść aż trzech dorosłych mężczyzn!
Zwiedzając muzeum obserwujemy też losy polskich żołnierzy: mapa w obiekcie świetnie pokazuje, że nasi dziadowie walczyli na niemal wszystkich frontach.
Podążamy dalej. Możemy obejrzeć już nie tylko umundurowanie polskie, ale też niemieckie, w tym przerażające trupie czaszki na czapkach. To jednak dopiero dość subtelna zapowiedź tego, co czeka nas w kolejnej sali, tej dotyczącej ludobójstwa. Widzimy w niej narzędzia kaźni, na widok, których trudno się nie wzdrygnąć: kajdanki, pejcz czy inne narzędzia służące do torturowania ofiar.
Gęsią skórkę można poczuć też na widok przyrządów do mierzenia rozmiarów głów więźniów obozów koncentracyjnych. Trudno o bardziej brutalny symbol eugeniki, popularnej w tym czasie nauki o rasach, której używali naziści, by sortować ludzi.
Prasa pozwala nam się przenieść w czasie
Nawet tak niepozorne pamiątki jak gazety z tamtego okresu pozwalają nam cofnąć się w czasie. Czytając je uzmysławiamy sobie z przerażeniem, jak niewiele zmieniło się przez te wszystkie dekady. Nadal w czasie konfliktów zbrojnych społeczeństwu sączy się do ucha bezmyślną propagandę.
W tym kontekście szczególnie interesujące są m.in. wydanie "Gońca Krakowskiego" z 22 czerwca 1941 r., w którym czytamy, jak III Rzesza usprawiedliwiała swój atak na ZSRR, czy to z grudnia tego samego roku, w którym czytamy o wypowiedzeniu wojny USA przez Niemców.
Intryguje też numer z lipca 1943 r. w którym "Goniec Krakowski" tłumaczył przyczyny tragicznej śmierci gen. Władysława Sikorskiego w katastrofie lotniczej. Sprawę – z oczywistych względów – starano się rozegrać propagandowo, dając podwaliny pod coś, co dziś nazwalibyśmy teorią spiskową (do teraz przyczyny katastrofy gibraltarskiej nie są znane).
O V2, czyli o tym, jak Niemcy mogli wygrać II wojnę światową
Największe wrażenie robi jednak kolejna część muzeum, w której umieszczono rakietę V2. Dopiero zobaczenie na własne oczy tej śmiercionośnej machiny pozwala w pełni zrozumieć grozę II wojny światowej. Stając obok niej można zrozumieć ogrom zniszczenia, jakie powodowała.
W praktyce V2 była pierwszym w historii w pełni udanym konstrukcyjnie niemieckim pociskiem rakietowym dalekiego zasięgu. Jego produkcja ruszyła dopiero pod koniec wojny. Gdyby udało się to wcześniej, Niemcy z pewnością mogliby tę ostatnią wygrać. Była to też ponura zapowiedź tego, co dzieje się obecnie na Ukrainie – wojny dronowej.

O tym, jak wojna niszczy człowieka
Gdy myślimy już, że na terenie Muzeum AK nic nas już nami nie wstrząśnie, wchodzimy do części dotyczącej Witolda Pileckiego, który we wrześniu 1940 roku celowo przeniknął w środek niemieckiej łapanki na warszawskim Żoliborzu, by tak dać się aresztować i trafić do Auschwitz. Jego misją było zdobycie informacji o tym, co dzieje się wewnątrz obozu, oraz zorganizowanie tam siatki konspiracyjnej.
Dzięki prezentacjom poznajemy jego życie, widzimy, jak wyglądał jako młody oficer, mąż i ojciec. Tylko 2 metry dzielą jednak te zdjęcia od tych, które pokazują go jako więźnia obozu koncentracyjnego i w czasie procesu pokazowego, jaki zorganizowały mu komunistyczne władze. I właśnie ta różnica – widok pełnego życia młodzieńca i zniszczonego życiem 47-letniego "starca" – robi największe wrażenie.
To nie czołg, nie V2, ale właśnie fotografie Pileckiego "przed" i "po" pokazują, czym jest wojna i co robi z człowiekiem.

Niejako na "dobicie" otrzymujemy jeszcze odtworzoną celę, w której zamykano żołnierzy AK: ciemną, przygnębiającą, do której nie wpada nawet promień światła.
Muzeum, które koniecznie trzeba zwiedzić
Myślę, że sam powyższy opis powinien skłonić każdego do zwiedzenia Muzeum AK w Krakowie. To jeden z najlepszych, najnowocześniejszych takich obiektów w Polsce, do tego świetnie oddający przerażający klimat poprzedniego globalnego konfliktu.
Zobacz także
Krakowskie muzealnictwo potrafi zresztą wzbudzać emocje nie tylko ekspozycjami. Głośno było o nim choćby wtedy, gdy ustalaliśmy, ile kosztowało nowe logo Muzeum Narodowego w Krakowie.
A jeśli szukacie czegoś zupełnie innego pod Krakowem, warto wiedzieć, że w Polsce powstaje największe kino w Europie – kompleks Alvernia Planet leży zaledwie 35 km od miasta.
Czy byłaś(eś) w Muzeum AK w Krakowie?
... odpowiedzi






