Bareja by tego nie wymyślił. Władze zabetonowały place, teraz chłodzą beton wodą

Krzysztof Sobiepan
30 czerwca 2022, 15:13 • 1 minuta czytania
Internauci obśmiewają władze miast, które walczą z upałem za pomocą kurtyn wodnych i polewają ulice wodą… a wcześniej same zabetonowały place i wycięły drzewa. Czy takie lanie wody na rozgrzany beton ma sens? Eksperci mówią nam o ogromnym marnowaniu zasobów i o tym, jak naprawdę powinno się walczyć z upałem w mieście.
W Krakowie kurtyny wodne maja swoje specjalne wieże Fot. Albin Marciniak/East News
Więcej ciekawych artykułów znajdziesz na stronie głównej

Obserwuj INNPoland w Wiadomościach Google

Miasta zakazują podlewania trawników – same leją wodę na beton

27 czerwca Warszawa ogłosiła, że w 8 punktach miasta staną kurtyny wodne. Część mieszkańców cieszy się z możliwości ochłody, ale inni wypominają samorządowcom, że to oni zgotowali nam ten los.


"Drzew nasadźcie, zamiast wodę marnować co roku. Przecież będzie tylko gorzej. Kurtyny OK, ale po co wycinać drzewa? Niech więcej wycinają, to dopiero będzie skwar. Lekarstwem na katastrofę jeszcze większa katastrofa. A wycina się drzewa przy ulicy Górskiej. Wielkie topole dające ogromny cień. Dziękujemy…" – komentują mieszkańcy.

Podobne zdanie mają mieszkańcy Częstochowy, którzy jeszcze ostrzej komentują wyjazd na ulicę polewaczek.

"W całej Polsce susza, zabraniają podlewać ogródki, lać wodę do basenów, a tutaj będą gasić pragnienie bruków i betonów. Nam na działkach wodę przykręcają, aby nie podlewać roślin, a tu takie marnotrawstwo. Nakazują przesiąść się na elektryczne samochody, a leją wodę na chodnik ze starego diesla. Szkoda wody na takie bezmyślne polewanie dróg i chodników" – oceniają internauci.

Czy polewanie ulic i kurtyny wodne to marnowanie wody?

Postanowiliśmy więc sprawdzić, co na to eksperci. Czy lanie wody na beton to jedynie marnotrawstwo, a może jakoś pomaga to w walce z upałem? Czy więcej na tym zyskujemy, czy tracimy?

– Polewaczki czy kurtyny wodne to walka ze skutkiem, a nie przyczyną. To jest rozwiązanie z końca listy, które powinno stosować się w ostateczności. Na początku powinniśmy pomyśleć o odbetonowaniu miast, zazielenieniu metropolii. A tymczasem lejemy ulicami cenną wodę – mówi nam dr Sebastian Szklarek, ekohydrolog z Polskiej Akademii Nauk i autor bloga Świat Wody.

Zdaniem eksperta najgorszym elementem jest to, jakiej wody używa się w takich działaniach.

Ulice najczęściej polewa się kranówką, wodą pitną. Oznacza to, że marnujemy bardzo cenny zasób wód podziemnych, który buduje się przez dziesiątki lub setki lat. Miasta apelują, by latem na przykład nie podlewać trawników kranówką i oszczędzać wodę. A potem następnego dnia na ulicach stają kurtyny wodne. To w ogóle ze sobą nie współgra – ocenia ekohydrolog.

Polewanie ulic to działanie doraźne, które może nas jednak poważnie zaboleć w przyszłości. Miasta powinny mieć to zawsze w pamięci i szukać alternatyw.

– Jeśli jesteśmy już zmuszeni do polewania ulic, to warto by pomyśleć o innych źródłach wody – takiej, która została już wykorzystana. Mogą to być na przykład dodatkowo oczyszczone ścieki. Kranówka powinna pozostać dla nas bardzo cenną, żelazną rezerwą. Nie chcielibyśmy się chyba obudzić bez wody do picia. Dla nas albo dla przyszłych pokoleń – podsumowuje Szklarek.

Jak schłodzić miasta? Zrywanie betonu to walka z upałem

Głębiej w genezę problemu wprowadza nas prof. Zbigniew Karaczun, wykładowca SGGW i ekspert Koalicji Klimatycznej. Co myśli o działaniach miast, takich jak stawianie kurtyn wodnych i "polewanie betonu"?

– Trudno mi to komentować. Brak rozsądku władz samorządowych, które niszczą tereny zielone na rzecz wylania betonu, jest czasem wręcz porażający. Zmiana klimatu postępuje nieubłaganie, jesteśmy tego coraz bardziej świadomi, a mimo to podejmujemy krótkowzroczne decyzje – wzdycha nasz rozmówca.

– Jednym ze skutków zmian klimatycznych jest wzrost średnich temperatur i fale upałów. To fakt. Miasta powinny tu i teraz adaptować się na tę przyszłość, a tymczasem część z nich wydaje się robić coś zupełnie przeciwnego. Ignorują przy tym rozsądek, potrzeby społeczeństwa oraz ostrzeżenia naukowców – dodaje.

Betonoza jest coraz częściej poruszanym tematem. Może samorządowcy zmieniają powoli zdanie? A może już się opamiętali?

– Obecnie betonowanie nie jest już zjawiskiem tak masowym, jak powiedzmy w latach 90. gdy dosłownie zachłysnęliśmy się betonem i kostką Bauma. Jeszcze 15-20 lat temu betonowanie było powszechne i niewiele się o tym mówiło. Obecnie mamy coraz większą świadomość klimatyczną i ekologiczną i sprzeciwiamy się betonowaniu. A mimo to i tak powstają kolejne "rewitalizacje", na które ciężko patrzeć – ocenia ekspert.

Czemu więc słyszymy o wciąż kolejnych miejscowościach, gdzie wycina się drzewa w pień i wylewa szary beton?

– Nadal niestety część przedstawicieli władzy stawia sobie pomniki, czasem nawet dosłownie. Może chodzić o to, że nową inwestycję, "rewitalizację", plac pełen betonu, łatwiej jest rozpropagować. Chodzi o to, by pokazać remont, że jest czysto, że samorząd coś zrobił. Można przeciąć wstęgę. Jest to dużo bardziej widoczne dla mieszkańców działanie, niż posadzenie drzew czy zbudowanie parku – stwierdza profesor SGGW.

Badacz dodaje, że samorządy wycinają też stare drzewa, które są rozłożyste i mają większy wpływ m.in. na obniżanie temperatur miast. Takie okazy są jednak bardzo drogie, gdy chce je się posadzić w nowo tworzonym parku. Koszt jednej 50 czy 60-letniej rośliny to kilkadziesiąt tysięcy euro od sztuki.

Władze lokalne sadzą więc drzewa młode, ok. 7-10-letnie. Te są tanie, ale zanim odczujemy ich wpływ, musi minąć parę dekad.

– W pamięć bardzo mocno zapadł mi przykład Leżajska, gdzie na jednym z placów był piękny park, który został praktycznie wykarczowany i zabetonowany. To moim zdaniem jest skandal i całkowity brak szacunku dla przyrody, brak ochrony starych drzew. Betonowanie powierzchni biologicznie czynnych jest absolutnie niewskazane, to największy grzech władzy samorządowej – przypomina.

Prof. Karaczun nie ukrywa też rozczarowania, bo na betonozę często idą pieniądze unijne. – Wiele "rewitalizacji" jest finansowane ze środków Unii Europejskiej. Moim zdaniem Wspólnota nie powinna płacić za działania, które szkodzą środowisku w tak znaczny sposób. Powinniśmy się kierować zasadą "po pierwsze nie szkodzić" – podkreśla.

Zdaniem eksperta nie da się jednak uniknąć pewnej zmieniającej się mody.

– Obecnie mamy też ogólnopolską "tujozę". To już nie tylko władze lokalne, ale też właściciele działek, mieszkańcy domów jednorodzinnych, masowo wycinają duże drzewa liściaste i sadzą tuje. A potem w środku lata okazuje się, że skwar jest niemiłosierny, cienia i chłodu brak. No ale nie trzeba grabić jesienią liści. To zła wymiana – ostrzega.

Jak więc to zmienić i wygrzebać miasta z betonu?

– Potrzeba nam edukacji. W szkołach powinno się uczyć głębokiego szacunku do przyrody. Musimy też działać oddolnie – jako mieszkańcy nie zgadzać się na betonozę i już przy wyborach naszych przedstawicieli pytać ich o poglądy względem ochrony klimatu i środowiska. Wreszcie – powinniśmy nagłaśniać i piętnować negatywne przykłady. Media całkiem nieźle sobie z tym radzą i cieszę się, że pisze się o tym coraz więcej – wymienia prof. Karaczun.

– Jestem pewien, że miasta, które niedawno zalały swoje place betonem, dość szybko będą ten sam beton zrywać i na powrót sadzić drzewa – podsumowuje nasz rozmówca.