Od pewnego czasu w Polsce bardzo dużo mówi się o innowacyjności. Że jest ważna, że jest potrzebna. Dyskutuje się o tym, w jakich obszarach mamy potencjał innowacyjności w naszym kraju, a także o tym, dlaczego innowacja jest ważna dla Polski. Czyli dla naszego kraju, który postrzegamy jako zacofany, a w innowacyjności upatrujemy pewnego rodzaju trampoliny do lepszego świata. W domyśle uznajemy, że napędzanie czy stymulowanie innowacyjności w Polsce sprawi, że dogonimy Niemców, Francuzów, Anglików czy kraje skandynawskie. Ilekroć o tym słyszę, zastanawiam się ile jest w tym prawdy? Na ile jest to możliwe, żeby dzięki innowacyjności dogonić innych? I w zasadzie kogo chcemy dogonić i w czym dokładnie?
Kierujemy swoją uwagę na innowacyjność, chcemy, żeby nasze firmy oferowały innowacyjne rozwiązania. Ale czy jesteśmy gotowi na ich wdrożenie w Polsce? Czy to, że rodzima firma opracuje nowatorską technologię sprawi, że polska gospodarka zbliży się do bardziej rozwiniętych krajów?
Inne pytanie, które można zadać jest równie ciekawe. Czy innowacyjność pozwala na uzyskanie trwałej przewagi na rynku? Czy np. jeśli w Polsce będziemy mieli lepsze rozwiązania telekomunikacyjne niż w pozostałych krajach Unii i to podniesie naszą konkurencyjność, to czy pozostali będą się bezczynnie przyglądać? Wiele osób utożsamia wytworzenie innowacyjności z uzyskaniem przewagi rynkowej.
Niedawno, w ramach ferii zimowych, na przekór ogólnej modzie "zimą cała Polska jedzie w góry" pojechałem z rodziną do Gdańska. Autostradą, żeby nie było! Piękne miasto. Bez wątpienia wyjątkowe, z bogatą historią i bardzo ciekawą architekturą. Spędziłem tam kilka dni i codziennie mijałem na ulicach Gdańska obcokrajowców. Swobodnie rozmawiających dużo głośniej niż my Polacy mamy to w zwyczaju. To byli Niemcy, Francuzi, Brytyjczycy, i kilka grup brzmiących i wyglądających "skandynawsko".
