Grupa naTemat

Farmagedon – to nie wizja przyszłości, to tu i teraz, jakie funduje nam intensywny przemysł żywnościowy

Philip Lymbery na plantacji soi - głównego składnika pasz zwierzęcych.
Philip Lymbery na plantacji soi - głównego składnika pasz zwierzęcych. FOT. Mat. prasowe/CIWF
Nie zawsze nowoczesność oznacza postęp. Nie zawsze intensyfikacja produkcji oznacza większy zysk. Nie zawsze też po nas potop i nie zawsze lepiej, gdy taniej. O tym właśnie, na przykładzie przemysłu mięsnego, w swojej najnowszej książce pisze Philip Lymbery, odsłaniając ciemną twarz globalizacji.

Izabela Marczak: Czym jest tytułowy farmageddon?


Philip Lymbery: To tu i teraz jakie zafundowaliśmy sobie w wielu miejscach na Ziemi, przez nasze dążenie do posiadania więcej i więcej. Mogliśmy produkować zdrowe jedzenie, które nie niszczy środowiska. Jedzenie, które żywi, a nie tylko syci. Mogliśmy produkować w zgodzie z naszymi faktycznymi potrzebami, a nie na wyrost, połowę z tego marnując, ale wybraliśmy: „więcej”.

W miejscach farmageddonu, nie ma już środowiska naturalnego, nie ma tak charakterystycznej dla przyrody różnorodności. Jak sięgnąć wzrokiem, wszędzie ciągną się pola monokulturowych upraw, kilometry hal, w których zamknięte są setki tysięcy zwierząt. To miejsca, w których panuje przejmująca cisza. Nie śpiewają ptaki, nie brzęczą pszczoły, w rzekach nie ma ryb, dzieci w szkołach nie otwierają okien, bo powietrze gryzie w oczy, a rolnicy, którym obiecano, że „więcej” będzie lepiej, popełniają samobójstwa, bo nie wytrzymują presji i kosztów owej intensyfikacji.

Farmagedon to nie przyszłość. To rzeczywistość, którą widziałem już w zbyt wielu miejscach na ziemi w USA, Chinach, Peru, Argentynie, Meksyku, Indiach.

Przyzwyczailiśmy się, że nowoczesność, przemysł, to pojęcia pozytywne, a Pan mówi, że to jedna z przyczyn zaburzeń w środowisku.

Myślę, że zawsze źle się zaczyna dziać wtedy, gdy tracimy z oczu to, co jest naprawdę ważne. Gdy podążanie za zyskiem nie idzie w parze z szacunkiem dla tego, z czego ten zysk płynie, gdy tracimy umiar. Dziś mentalnie jesteśmy nastawieni na produkowanie więcej i więcej przy używaniu nieefektywnych przemysłowych metod, podczas których dużo się marnuje i niszczy inne dobra wokół.

Dlaczego mówi Pan o nieefektywności tych metod? Przecież to najnowsze osiągnięcia nauki?
Być może najnowocześniejsze i być może faktycznie są skuteczne do celów, do jakich zostały stworzone, ale koszt ich skuteczności w jednej dziedzinie, jest kompletnie nieproporcjonalny do strat jakie wywołują w innej. Co z tego, że tonami pestycydów zabezpieczymy naszą uprawę soi przez szkodnikami, skoro przy okazji sprawimy, że i inne stworzenia wyginą. Czyli być może nie mamy szkodników, ale po pierwsze, mamy nafaszerowane chemikaliami plony,po drugie, 45 proc. gleb w Europie poprzez intensywną eksploatację, jest już bardzo złej jakości, po trzecie, co obecnie staje się niemal globalnym problemem, zaczyna nam brakować pszczół. W Kalifornii np. żeby zapylić plantacje migdałowców, pszczoły trzeba sprowadzać, z innych stanów czy nawet krajów.

Wynajmuje się je, a potem odwozi z powrotem, bo w miejscach, gdzie są tylko monokulturowe uprawy, zwyczajnie mogą wyginąć. Albert Einstein powiedział, że jeśli umrą pszczoły, mamy 4 lata na przeżycie. Większość jedzenia potrzebuje być zapylana przez pszczoły i inne owady, ale ich zaczyna być coraz mniej. Europa ma już trzy razy mniej pszczół, niż mieć powinna. W Wielkiej Brytanii brakuje aż 25 proc. tych owadów.

Dlaczego skupił się Pan na przemyśle mięsnym? Przecież współcześnie nasz umiar szwankuje w różnych branżach. Przemysł wydobywczy, transport, fabryki, elektrownie, to wszystko w jakiś sposób niszczy ziemię i zatruwa środowisko.
Mimo wszystko przemysł mięsny robi to najintensywniej. Proszę zobaczyć jak to działa. Zabraliśmy zwierzęta z pastwisk i przenieśliśmy je do sztucznych miejsc hodowli. W ten sposób tworząc konkurencję dla człowieka. Na pastwiskach żywiły się trawą. W sztucznych hodowlach, przy tak dużej liczbie nienaturalnie intensywnie rozmnażanych zwierząt, musimy też zapewnić im dostateczną ilość żywności. Najlepiej taniej i sztucznie wzbogacanej, tak by powodowała szybki tucz. W związku z tym musimy wykorzystywać coraz więcej terenów pod uprawę roślin na paszę dla zwierząt. Podstawę tej paszy stanowi soja i zboża, dlatego właśnie w rolnictwie na świecie dominują uprawy tych właśnie.

W sumie obecnie przestrzeń jakiej potrzebujemy pod uprawy tych roślin, to obszar wielkości Unii Europejskiej. Gdyby na tym terenie zasadzić rośliny pod żywność dla ludzi, moglibyśmy wykarmić cztery miliardy całej ludzkiej populacji. Gdybyśmy tylko zredukowali o połowę ilość zwierząt hodowanych na mięso i na terenach pod soję zaczęli uprawiać warzywa, 2,6 mld ludzi więcej niż obecnie miałoby co jeść. Do roku 2050 na świecie ma być o 2 miliardy więcej ludzi do wyżywienia, to oznacza, że nasza gospodarka żywnościowa musi zwiększyć wydajność o 70-100 proc. To znów stanie się kosztem tych, którzy mają najmniej do powiedzenia, zwierząt i biednych ludzi.

Producenci mięsa zapewne się z Panem nie zgodzą. Przecież produkując więcej mięsa, dają więcej żywności, przez wielu ludzi uważanej zresztą za dużo bardziej wartościową, niż warzywa czy owoce.
Nawet jeśli wyprodukujemy jedzenie dla więcej niż 40 mln ludzi, to trzeba wziąć poprawkę na to, że połowa z tego się zmarnuje. Zmarnuje się w naszych domach, zgnije gdzieś w magazynach, zepsuje się w łańcuchu dostaw. 50 proc. tyle wyprodukowanej w krajach rozwijających się żywności, marnotrawi się. A jeśli weźmiemy pod uwagę, badania naukowców, które dowodzą, że wyprodukowanie metodami przemysłowymi kilograma mięsa naprawdę zdatnego do spożycia wymaga aż 20 kilogramów paszy, to stopień marnotrawstwa jawi nam się jeszcze intensywniej.

Czyli jaką mamy alternatywę?
To już nawet nie alternatywa, to konieczność. Musimy zacząć działać, bo Ziemia jest bardzo zmęczona i zniszczona. Można to robić w różny sposób. Najbardziej efektywną metodą byłoby przestać jeść mięso, by zmniejszyć zapotrzebowanie na jego produkcję. Dieta wegetariańska i wegańska wydają się tu najbardziej przyjazną środowisku. Ale możemy też po prostu zredukować jedzenie mięsa, kupować mięso zwierząt karmionych trawą i wypasanych na pastwiskach, a nie z wielkich ferm. To samo dotyczy jajek i mleka.

Musimy zadbać o zrównoważenie tego wszystkiego. Wzięcie z nowoczesności to, co konieczne i połączenie jej z tradycją i mądrością dawnych rolników. Każdy z nas może coś w tej kwestii zrobić prostymi sposobami, chociażby właśnie poprzez zmianę nawyków żywieniowych. 2000 lat temu Konfucjusz powiedział, że życie człowieka zależy od sześciu cali ziemi, na którą pada deszcz. Nie potrzebujemy wiele do przeżycia, ale pewnego minimum jednak tak. I jeśli zabraknie tych sześciu cali ziemi oraz deszczu, nas też nie będzie.

Myśli Pan, że równowaga jest jeszcze możliwa?
Opowiem Pani dwie historie. Pierwsza dotyczy Wysp Wielkanocnych. Mieszkała tam kiedyś Polinezyjska szczęśliwa społeczność, która wykształciła bogatą kulturę na wyspie pokrytej lasem zwrotnikowym. Jednym ze sposobów zdobywania przez nią pożywienia, było łowienie ryb w łodziach zrobionych z pni drzew. Niestety społeczność nie szanując natury, wycięła cały las, pozostając bez materiałów na łodzie, nie mogli więc więcej łapać ryb i ich populacja wymarła.

Przykładów cywilizacji, które postąpiły właśnie w ten sposób można znaleźć bardzo wiele w historii naszego gatunku. Obecnie w tym samym kierunku zmierza właśnie cywilizacja masowego rolnictwa. Na szczęście są ludzie, którzy dostrzegają, że to jednak nie tędy droga. Tak było między innymi z jedną z farm tam gdzie mieszkam.

Sąsiad przez długi czas borykał się z problemem małej wydajności gleby. Im intensywniej ją nawoził i uprawiał, tym wydawało się zyskuje gorsze efekty. W końcu postanowił sięgnąć do wiedzy swoich dziadków i zacząć ją uprawiać w tradycyjny sposób, bez sztucznych nawozów, bez chemii, z uwzględnienie rotacyjności i płodozmianu. Po kilku latach stosowania takiej metody jego gospodarstwo zmieniło się nie do poznania. Na fermę wróciły ptaki, wróciły owady, rośliny kwitły i wydawały dorodne owoce. To było niesamowite.

Właśnie to mnie w Pana książce zdziwiło. Spodziewałam się manifestu i nawoływania: „przestańcie jeść mięso”, „przestańcie zabijać”, ale Pan tego nie robi, dlaczego?
Chciałem napisać książkę dla każdego człowieka, który chciałby się dowiedzieć jaki jest rzeczywisty koszt „taniego” mięsa, które kupuje on w sieciowym markecie. Pokazuję w niej jak mięso powstaje, jakie konsekwencje produkcja mięsa za sobą pociąga. Chciałem też pokazać także i to, że tu w zasadzie nie ma takiego znaczenia kto zabija wprost, pośrednio, kto czerpie zyski i kto traci, bo summa summarum tracimy wszyscy i wszyscy dokładając do tego sposobu eksploatacji przemysłowej swoją rękę czy palec, sami jesteśmy eksploatowani.

Eksploatowani z pieniędzy, zdrowia, dostępu do świeżego powietrza, czystej wody, nieskażonych chemią terenów. To koszt nas wszystkich. Nawet tych, którzy bezpośrednio w rozwoju przemysłu mięsnego uczestniczą. Tak więc wszyscy, ale jednocześnie też każdy z nas z osobna musi dokonać właściwego wyboru, podjąć decyzję co dalej. Czy ograniczenie spożycia mięsa, to tak wielki koszt, w zamian za życie?

W swojej książce dużo Pan pisze o sytuacji w Stanach Zjednoczonych, w Wielkiej Brytanii, Ameryce Południowej, a jak Pan postrzega pod tym względem Polskę?
Osobiście jestem wielkim miłośnikiem ptaków i dla mnie ważnym indykatorem zanieczyszczenia środowiska jest zmniejszająca się ich obecność na danym obszarze. W Polsce, od czasu, gdy wkroczyła ona do UE rozkwita przemysłowa gospodarka rolna. Czy wie Pani, że w ciągu ostatnich 10 lat z Polski znikło 25 procent bocianów? Na zachodzie Europy to rząd wielkości 40 procent. Dla mnie to znak, że zmiany idą w złym kierunku.

Choć nadal w porównaniu z innymi krajami europejskimi, Polska ma wiele pięknych miejsc, wiele bezcennych nieskażonych przemysłem terenów, które jeszcze można ochronić. Bo mimo ogólnoświatowego trendu do zagrabiania coraz większych przestrzeni pod hodowlę przemysłową, Polska nadal ma ponad milion małych gospodarstw, gdzie zwierzęta hoduje się i ziemię uprawia w tradycyjny sposób. Boję się jednak, że to się zmieni. Bo w ciągu 10 lat liczba dużych farm zwiększyła się z 12 proc. na 40 i to nie są optymistyczne dane.

Co zatem radziłby Pan Polakom?
Chrońcie to, co macie. Dokonajcie już teraz właściwej decyzji. I nie bierzcie przykładu z Zachodu, gdzie przybywa milczących wiosen (red. - bez śpiewu ptaków), a ludziom odechciewa się żyć.

Philip Lymbery - prezes CIWF (Compassion In World Farming), organizacji działającej także w Polsce na rzecz poprawy dobrostanu zwierząt hodowlanych. Do polskich księgarń właśnie trafiła książka P. Lymbery'ego „Farmagedon. Rzeczywisty koszt taniego mięsa”.
ZOBACZ TAKŻE:
WIĘCEJ NA TEMAT:
NaukaPrzemysłEkologia
Skomentuj