Grupa naTemat

Prawie zbankrutował, miał 200 tys. długu. Dziś rozwija iTaxi i jest najbardziej kreatywnym biznesmenem 2016

Pierwszy jego biznes otarł się o bankructwo i wygenerował 200 tys. długu. Dziś Stefan Batory jest jedną z ważniejszych osób w polskiej branży internetowej
Pierwszy jego biznes otarł się o bankructwo i wygenerował 200 tys. długu. Dziś Stefan Batory jest jedną z ważniejszych osób w polskiej branży internetowej Fot. Maciek Stanik / INN:Poland.pl
Pierwsza firma Stefana Batorego, eo Networks prawie zbankrutowała, wpędzając go w 200 tysięcy długu. Porażki nie zniechęciły jednak warszawiaka do świata biznesu.

Dziś z sukcesem prowadzi w Polsce firmę iTaxi, która łączy pasażerów z kierowcami taksówek i umożliwia bezgotówkowe transakcje. Oprócz tego, rozwija aplikację Booksy, za pośrednictwem, której można rezerwować wizyty u fryzjera czy masażysty. Stefan Batory od 15 lat rewolucjonizuje polską branżę internetową.

Niedawno magazyn „Brief” nadał mu tytuł najbardziej kreatywnego człowieka biznesu. W rozmowie z INN:POLAND przyznaje, że nie ma nic gorszego niż stabilność, a pieniądze już dawno przestały być dla niego celem samym w sobie.


W biznesie wrażeń potrafią dostarczyć nie tylko wskaźniki makroekonomiczne, lecz także sami klienci. Czy ma pan anegdotki z klientami w roli głównej w swoim portfolio?

Historia sprzed kilku dni. Dostałem od moich współpracowników z Booksy informację, że zgłosił się do nas klient w Stanach Zjednoczonych, który poprosił o zawieszenie konta na 5 lat. Nie usunięcie, ale zawieszenie. Dlaczego? Wytłumaczył, że idzie do więzienia, a jak wyjdzie, to zamierza dalej będzie korzystać z naszych usług.

Kreatywne pomysły przyciągają nietuzinkowych klientów. Kreatywności można się nauczyć? Czy jest to dar?


Nigdy nie postrzegałem się jako osoba kreatywna. Myślę też, że nie jest tak, że się z tym urodziłem, raczej się tego nauczyłem. Kiedy patrzę na ostatnie 15 – 16 lat swojej działalności biznesowej, dochodzę do wniosku, że kreatywności nauczyły mnie problemy.
Problemy?

Kiedy znalazłem się w sytuacji bez wyjścia, miałem dwie możliwości: albo zamknąć firmę i zostawić pracowników bez pensji, dostawców z niezapłaconymi fakturami, a pana, od którego wynajmowaliśmy mieszkanie, gdzie mieściło się nasze pierwsze biuro, z niezapłaconym czynszem –albo coś wymyślić i uratować sytuację.

Tak się rodzi kreatywność? Kiedy stoimy pod ścianą?

Presja powodowała, że musiałem wyczarować królika z kapelusza i zawsze gdzieś ten królik się pojawiał. Co nie znaczy, że jak jest dobrze, nie ma kreatywności. Natomiast największe impulsy powodują właśnie trudności. Uczyłem się robić coś, czego wcześniej nie potrafiłem, robiłem to 10 razy szybciej i 10 razy sprawniej.

A nie dałoby się tak bez dramatów?

Człowiek się rozwija dopiero wówczas, gdy opuści swoją strefę komfortu. Myślę, że właśnie tak było ze mną. Dopiero wyjście z tego obszaru powodowało uwolnienie jakiś głębokich rezerw, pokładów kreatywności i być może innych cech, które pomogły mi to zbudować i rozwinąć.
Było warto. Wygląda pan na człowieka, które perypetie ma za sobą.

Tak naprawdę, nigdy nie wyszedłem z trudnej sytuacji. Podejmując nowe wyzwania, uruchamiając iTaxi czy Booksy, cały czas – na własne życzenie – w niej się znajduję i to jest chyba sposób na ciągły rozwój. Żeby nie odejść na emeryturę umysłowa czy mentalną, należy cały czas szukać wyzwań i podnosić sobie poprzeczkę. Oczywiście to już nie są tak skrajne przypadki, jak z eo Networks, jednak cały czas mam poczucie, że muszę coś zrobić, bo to są nowe, świeże biznesy, bo jest duża konkurencja. Z jednej strony w Polsce funkcjonuje ponad 800 tzw. tradycyjnych korporacji taksówkowych, z drugiej strony mamy do czynienia z globalnym graczem, jakim jest Uber. My jesteśmy pośrodku i cały czas muszę wymyślać coś, co spowoduje, że te nowe projekty nie tylko przeżyją, ale i nie przestaną się rozwijać.

Rozumiem, że nie ma pan planów, by wyjechać na wieczne wakacje i doglądać biznesu zdalnie?

Nie. Jestem człowiekiem, który się sprawdza w pierwszej fazie rozwoju firmy. Lubię przedzierać z maczetą przez las i wytyczać ścieżkę, której nikt wcześniej nie odkrył. Natomiast kiedy firma wchodzi w okres, gdzie trzeba optymalizować coś na poziomie dwóch groszy, bo już nie ma czego restrukturyzować i poprawiać, to ja się już zdecydowanie nie sprawdzam. Lubię wyzwania.

Kilka słów o iTaxi

1. iTaxi jeździ w ponad 100 miastach w Polsce, m.in. w Warszawie, Łodzi, Poznaniu i Gdańsku.
2. Taksówki są dostępne przez internet, aplikację lub ogólnopolski numer.
3. Usługa zamawiania w aplikacji jest mocno spersonalizowana. Można wybrać markę i kolor samochodu, zabrać czworonoga czy wezwać najbliższą taksówkę.
4. Oferuje najwięcej możliwości związanych z płatnościami mobilnymi, dlatego jest najbogatszą ofertą dla pasażerów chcących płacić bez portfela.
5. To ciekawe rozwiązanie dla firm. System zarządzania przejazdami służbowymi pozwala m.in. ustalić limit kursów dla konkretnego pracownika lub dostosowywać liczbę kursów do budżetu danego działu czy projektu.
6. iTaxi jest w trakcie prac nad wprowadzeniem pakietu dodatkowych korzyści dla taksówkarzy, w tym opieki medycznej oraz usług związanych z pielęgnacją i konserwacją auta.
7. Firma rozwija współpracę z hotelami i centrami konferencyjnym. W kilku miejscach w Warszawie goście mogą samodzielnie zamówić taksówkę dzięki Taxi Assistance (stojakowi wyposażonemu w tablet z aplikacją iTaxi).
8. iTaxi wraz z Idea Bankiem uruchomił dla przedsiębiorców mobilne wpłatomaty. Są one zamawiane przez aplikację i dojeżdżają do klienta, aby umożliwić mu szybką i bezpieczną wpłatę gotówki.

Z perspektywy czasu, jakich błędów Pan najbardziej żałuje?

To chyba nie był błąd. Ciężko nazwać błędem założenie firmy, nie mając żadnego doświadczenia. Gdybym patrzył na tamtą sytuację w kategoriach błędu, to bym nigdy tej firmy nie założył, bo nigdy bym nie miał doświadczenia żeby nią pokierować.

Ale co dokładnie się stało?

Złożyło się na to 100, a może nawet 1000 drobnych błędów. Nie wiedziałem, czym jest VAT, czym się różni cash flow od wyniku finansowego. Kiedy zanotowaliśmy w miesiącu zysk księgowy, cieszyłem się. Później okazało się, że nie mamy pieniędzy, bo musimy zapłacić podatki. Długo mógłbym wymieniać. Ale sumarycznie nie patrzę na to jako na błąd, gdybym tego nie zrobił, nigdy nie czułbym się gotowy na otworzenie własnej firmy i to jest zamknięte koło. Nigdy nie ma właściwego momentu.

Zapłacił pan dość wysoką cenę za naukę...

Być może od razu wypłynąłem na zbyt głębokie wody. Ta porażka była bardzo dotkliwa, bo miałem 200 tysięcy straty. Jednak gdyby to nie było 200 tysięcy tylko 20 tysięcy, to nie miał bym motywacji, żeby odbić się od dna. Zamknął bym firmę, wziął kredyt i oddał ludziom pieniądze. Na takie rozwiązanie zdecydowałbym się, gdyby dług był niższy. Przy tak dużej kwocie nie wyobrażałem sobie, że będę w stanie spłacić się z pensji pracując u kogoś.
Co więc pan zrobił?

Spotkałem się z kilkoma osobami, do których do dzisiaj mam bardzo duży szacunek i ogromną wdzięczność. Wiedziałem, że są doświadczonymi przedsiębiorcami i wiedzą dużo więcej ode mnie. Jedną z rad, które zapamiętam do końca życia, dostałem od Julka Donajskiego. Przyszedłem do niego i powiedziałem, ze zostało mi jakieś dwa tysiące złotych, dług rośnie, firma pada – co robić!? Byłem zrozpaczony! A Julek powiedział „ja bym na twoim miejscu kupił garnitur i zaczął sprzedawać, sprzedawać i jeszcze raz sprzedawać”. Posłuchałem i za ostatnie pieniądze kupiłem garnitur.

I udało się?


Łatwo nie było. Prowadziłem zupełnie nieznaną firmę, bez reputacji, bez doświadczenia, bez referencji, ludzie nie chcieli ze mną rozmawiać. Wielu młodych przedsiębiorców wpada w taką pułapkę – wykonają 100 telefonów i jeśli 100 razy usłyszą „nie” to się poddają. Ludziom zaczyna się wydawać, że to, co sprzedają jest bezwartościowe. Ja nie miałem wyboru, wiedziałem, że „nie” usłyszę nie 100 razy, a 1000. I to był moment, który nas uratował, bo nie mogłem się za szybko poddać. W końcu usłyszałem pierwsze „tak”, w końcu ktoś coś u nas zamówił. Wtedy uwierzyliśmy z zespołem, że z najgorszej sytuacji da się wyjść.
Nie łatwiej byłoby poszukać inwestora?

Szukałem. Ale chodząc do rożnych funduszy i inwestorów tez słyszałem „nie”. Jednocześnie widziałem, jak inwestują w inne spółki. Chodziłem do tych firm na spotkania i z zazdrością, żalem i ukłuciem w sercu patrzyłem na to, że oni mają fajne biurka, fajne fotele, dobre laptopy, ich pracownicy pracują od 9 do 17, wszyscy są zadowoleni i uśmiechnięci. Ale później okazało się, że tamte firmy po roku, dwóch bankrutowały.

Dlaczego?


Bo przejadły pieniądze, które dostały od inwestorów. Pieniądze na start od inwestora rozleniwiają. To nie jest żadna mądrość czy teoria, którą mam z czubka własnej głowy. My przetrwaliśmy dlatego, że musieliśmy wyjść z siebie i zrobić coś, co wydawało nam się wtedy niemożliwe. Zahartowaliśmy się.

W tym harmiderze obowiązków znajduje pan czas na maratony. Jakim cudem?

Dzięki bieganiu mam energie. Bieganie dało mi coś, czego wcześniej w życiu nie miałem. Zawsze było dom – praca – dom – praca. Nie miałem bufora pomiędzy pracą i domem. Wiecznie byłem zagoniony. Teraz też jestem wiecznie zagoniony, jednak jak wyjdę na trening, mam wreszcie chwilę żeby zastanowić się nad tym, co będę jutro robić, pomyśleć o trudnych sprawach i problemach. Jak wracam z treningu, to już wiem, co chcę zrobić.
Czyli biegając planuje pan?

Nie zawsze, mam dwa tryby, w jakich biegam. Pierwszy, kiedy o niczym nie myślę i jakkolwiek dziwnie by to nie brzmiało, ja na prawdę o niczym nie myślę, po takim biegu wracam zresetowany. Kiedyś ktoś mi powiedział, że to rodzaj pewnego transu czy medytacji. Drugi tryb jest wtedy, gdy mam do przemyślenia coś ważnego. Wtedy biegam i rozmyślam.

Jak długo pan biega?

Od pięciu lat.

Czy sport jest podobny do biznesu?

Jest cała masa porównań. Przede wszystkim wyjście ze strefy komfortu, o której mówiłem wcześniej. Jest to zasada, która obowiązuje i tu i tu.

A konkretny przykład?

Jak człowiek zaczyna biegać, to robi szybkie postępy, bo robi to pierwszy raz, bo chudnie, bo nagle organizm robi coś, czego nigdy nie robił, ale po 2 latach się zatrzymuje. Po tym okresie klepałem te kilometry, ale wyniki się nie poprawiały. Dopiero jak zacząłem robić specjalistyczne treningi, coś się zmieniło. Na treningach wypluwałem płuca, ale znów poprawiałem wyniki. Wtedy zrozumiałem, że jak się nie próbuje robić czegoś ponad własne siły, to nie będzie progresu. Organizm nie dostaje bodźców do rozwoju. Z firmą jest dokładnie tak samo.

Czyli trzeba fundować sobie ciągłe bodźce?


Tak, ale trzeba uważać. Jak człowiek jest poddawany bodźcom zbyt często i zbyt intensywnie, to nie ma czasu żeby mięśnie się zregenerowały. Dokładnie tak samo jest w biznesie. Miałem taki momenty spalenia w pracy. Kiedy to do mnie dotarło, pierwszy raz po siedmiu latach ciągłej pracy, wyjechałem na urlop, z którego wróciłem z zupełnie nową energią. Jeśli człowiek się przetrenuje lub przepracuje, bardzo szybko może się wypalić.
A czy są jakieś pomysły na działania w firmie, które przeniósł pan ze sportu?

Zawodnicy od czasu do czasu zmieniają trenerów. Nie dlatego, że poprzedni był gorszy, a ten nowy jest lepszy, po prostu potrzebują zmiany. Od czasu do czasu trzeba wprowadzić trochę świeżej krwi również do firmy, bo ludzie, którzy robią coś od kilku lat (łącznie ze mną) zaczynają mieć klapki na oczach. Jak dołączają do nas nowe osoby, staram się spędzać z nimi jak najwięcej czasu po to, żeby się od nich czegoś nowego nauczyć o mojej własnej firmie.

Od nowych osób czegoś o pana firmie? Co takie osoby mogą wiedzieć, czego pan nie wie?

Nowe osoby widzą rzeczy, których ja nie dostrzegam, bo patrzą z innego punktu. Czasem pokazują mi takie oczywistości, że pukam się w głowę, bo przez ostatni rok czy dwa sam tego nie widziałem. Takich przykładów jest bardzo dużo.

Co by Pan powiedział tym, którzy mają pomysł, chciałyby założyć własna firmę, ale się boją?

Muszę to teraz powiedzieć odpowiedzialnie i mam nadzieję, że nikomu w ten sposób życia nie zniszczę – ja bym skakał na głęboką wodę. Wdziałem wiele bardzo fajnych pomysłów, z których nic nie wychodziło, bo ludzie próbowali je rozwijać po godzinach. Naprawdę trzeba się zaangażować i włożyć całe swoje serce. Jeśli mają poczucie, że ich pomysł jest tego wart, powinni to zrobić.
A co jest najważniejsze?

Wiara. Jeśli nie wierzysz w swój własny pomysł i nie jesteś w stanie zaryzykować pracy i kariery, to nie oczekuj, że pracownicy i klienci uwierzą za ciebie. Jak u ciebie brak wiary, to u pracowników mnożny się on razy 10, a u klientów razy 100.

Większość młodych startupowców chce podbijać branżę związaną z nowymi technologiami. A co z realnym biznesem? Nie ma już w nim miejsca?


Nie, absolutnie nie. Jest cała masa innych dziedzin, w których potrzebne są nowe pomysły i świeża krew. Wystarczy popatrzeć na restauracje, cały czas w Warszawie otwierają się nowe, które coraz bardziej się specjalizują i tym wygrywają na rynku. Ja jestem wielkim fanem ziemniaków i jest restauracja, do której chodzę jeść po prostu ziemniaki. Sprzedają tam pieczone ziemniaki z różnego rodzaju dodatkami. Tam zawsze jest pełno ludzi. To dowodzi, że specjalizacja i coś czego na rynku nie było, sprawdza się. Jest wiele, wiele takich biznesowych przykładów w tzw. świecie rzeczywistym, to nie muszą być aplikacje czy strony internetowe.

Czym jest dla pana sukces? Osiągnął go pan?


Dla mnie sukcesem jest to, że robię coś, co przynosi jakąś wartość, nie tylko mi, ale też ludziom, z którymi pracuję, coś co pozwala im się rozwijać. Sukcesem jest stworzenie miejsca pracy, w którym ludzie czują się dobrze. Teraz, po tej ostatniej nagrodzie, wielu moich byłych współpracowników z eo Networks, odzywało się do mnie. Gratulowali mi i pisali, że eo było najlepszym miejscem pracy, w jakim kiedykolwiek byli i powiedzieli mi to po 5, 10 czy 12 latach! Poczucie, że robimy coś pozytywnego i dobrego, to jest dla mnie największą miarą sukcesu. Poczucie, że to co robię ma sens, że nie robię tego tylko dla pieniędzy, które już dawno przestały być dla mnie celem samym w sobie.

Napisz do autora: marta.wujek@innpoland.pl

POLUB NAS NA FACEBOOKU

ZOBACZ TAKŻE:
WIĘCEJ NA TEMAT:
BiznesWarszawaTransport
Skomentuj