Warszawska giełda popadła w marazm. Przegrywamy już nawet z Turkami. Jeszcze chwila i GPW zamieni się w muzeum

Pionierzy kapitalizmu. Maklerzy na GPW w 1993 roku.
Pionierzy kapitalizmu. Maklerzy na GPW w 1993 roku. Fot. Krzysztof Miller / Agencja Gazeta
„Kampania nienawiści” – tak mówi o klimacie wokół warszawskiego parkietu w ostatnich latach były szef GPW, Wiesław Rozłucki. Można dyskutować, czy ma rację. Inni eksperci nie ukrywają jednak jednego: polska giełda znalazła się w impasie. Nie ma strategii rozwoju, nie oferuje inwestorom żadnych zachęt, ani nawet względnej pewności inwestycji. Może być co najwyżej muzeum pierwszej, burzliwej dekady kapitalizmu.

– Ja takiej zmiany nigdy się nie spodziewałem. Wiedziałem, że w pierwszych latach istnienia giełdy będzie duża nieufność, nigdy bym jednak nie powiedział, że po 20 latach GPW stanie się niechcianym dzieckiem polskiej transformacji. Do takiej sytuacji póki co na szczęście chyba jeszcze nie doszło, bo mam nadzieję, że głosy nazywające giełdę kasynem są tylko głosami pojedynczymi – mówił Rozłucki podczas niedawnej konferencji WALLSTREET 2016.

Wieloletni szef GPW rozdaje ciosy po równo. Słowa o „kasynie” to aluzja do frazy, którą posłużył się prezes NBP Marek Belka (który później, zresztą, wycofał się z tego kwiecistego sformułowania). „Kampania nienawiści” zaczęła się jednak wcześniej – wraz z decyzją ówczesnego premiera Donalda Tuska z 2013 r. o przeniesieniu aktywów z OFE do ZUS i umorzeniu obligacji skarbowych znajdujących się w portfelach OFE.
Najnowszym gwoździem, wbitym do trumny warszawskiej giełdy, stała się decyzja o „podratowaniu” przez spółki skarbu państwa nierentownych firm górniczych – w zeszłym roku Grupa Tauron przejęła w ten sposób kopalnię Brzeszcze, a Grupa Enea – Lubelski Węgiel Bogdanka. W tym roku energetyczne potęgi – PGE, Energa, PGNiG – wyłożyły jeszcze półtora miliarda złotych na Polską Grupę Górniczą. Desperacką próbą zwrócenia uwagi na narastające kłopoty giełdy była ubiegłotygodniowa propozycja obecnej prezes GPW, Małgorzaty Zaleskiej, by część środków z programu 500+ była wypłacana w obligacjach.

Niechciane dziecię transformacji
Kłopoty, w jakich tkwi polski parkiet, są jednak znacznie głębsze. Skrupulatnie wyliczają je eksperci firmy Martis Consulting w swoim najnowszym raporcie „Nowe otwarcie albo marginalizacja. Warszawa przegrywa ze Stambułem”.


„GPW brakuje jasnej strategii, wsparcia ze strony głównego akcjonariusza i określenia jej roli w polityce Skarbu Państwa” – zaczynają autorzy raportu. Potem jest tylko gorzej: obroty na warszawskim parkiecie są siedem razy niższe niż na porównywalnym pod względem ilości obecnych spółek parcie w Stambule, inwestorzy nie są nagradzani ulgami podatkowymi za długoterminowe inwestycje – mało tego, są obciążani relatywnie wysokimi opłatami, a obciążenia dywidend sprawiają, że opłacalniej włożyć pieniądze na lokatę bankową niż inwestować je na giełdzie.

Warszawska giełda ma przestarzałą strukturę – dominują branże tradycyjne (banki, handel, firmy surowcowe i energetyczne). Spółki działające w obszarze nowych technologii albo szukają kapitału poza giełdą w Warszawie, albo decydują się spróbować swoich sił na parkietach za granicą.
Wreszcie, mści się brak wiarygodnych informacji – inwestorzy niewiele wiedzą o firmach małych i średnich, obecnych na GPW. Giełdę omijają drobni inwestorzy (w Stambule – 60 proc. obrotów to dzieło indywidualnych inwestorów), a na dodatek mieszana struktura właścicielska, z uprzywilejowanym udziałem Skarbu Państwa uniemożliwia obranie zdecydowanego kursu w jakimś kierunku.

– „Skansen” to mocno powiedziane – odpowiada na pytanie INN:Poland Janusz Jankowiak, główny ekonomista Polskiej Rady Biznesu. – Ale generalnie polska giełda jest w dryfie, czy w marazmie – przyznaje. Według niego, po latach pionierskiego kapitalizmu, a następnie dominacji najważniejszych graczy – czyli funduszy emerytalnych – nastąpił odwrót od giełdy. Dzisiejszy impas to bezpośredni skutek ucieczki funduszy emerytalnych, które zaczęły szukać bardziej opłacalnych źródeł zysku. – W dosyć dużym stopniu eksportując oszczędności Polaków za granicę – podkreśla ekspert. – Ale cóż, OFE są rozliczane ze stóp zwrotu – dorzuca.

Kampania nienawiści? Bez przesady – mówi nam Janusz Jankowiak. – Z całą jednak pewnością jest w stosunku do polskiej giełdy daleko idąca niefrasobliwość polityków – kwituje. Politykom brak świadomości, że kapitał na warszawskim parkiecie to oszczędności polskich inwestorów. Tymczasem wypowiedzi na temat spółek skarbu państwa, czy stawianie realizacji nadrzędnych celów rządu nad dbałością o wyniki. – Ministerstwo finansów wprost sformułowało tezę, że spółki skarbu państwa, jeżeli są spółkami giełdowymi, to inwestorzy powinni zdawać sobie sprawę, że interes państwa będzie stał ponad wszystkim innym – wskazuje Jankowiak. Marazm pogłębia niepewność dotycząca sytuacji banków czy dalszego losu OFE.

Cichy budynek na uboczu
Na co nam taka giełda? I czy o w ogóle giełda jest nam potrzebna do szczęścia? – Taka gospodarka, jak polska, w oczywisty sposób powinna mieć rynek kapitałowy, żeby mieć jedno z podstawowych źródeł finansowania rozwoju przedsiębiorstw czy żeby lokować oszczędności. A żeby ten rynek ożywić, trzeba pozbyć się źródeł niepewności – przekonuje ekonomista Polskiej Rady Biznesu. Czyli np. wmontować giełdę w wieloletnią strategię rozwoju premiera Mateusza Morawieckiego, uporządkować sytuację wokół OFE. – Bez tego trudno, żeby wróciło zaufanie inwestorów – ucina Jankowiak.
Eksperci Martis Consulting rozpisują jeszcze dłuższą listę pożądanych zmian. Zaczynają od uporządkowania struktury właścicielskiej: albo pełna prywatyzacja, albo pełne przejęcie kontroli nad parkietem przez Skarb Państwa. Podobnie jak Jankowiak, domagają się wpisania GPW do Planu na Rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju. Domagają się ponadto preferencji podatkowych dla inwestorów indywidualnych, zwolnień z podatku dla inwestycji trwających ponad dwa lata, obniżki podatku od dywidend i zysków ze sprzedaży akcji i innych instrumentów finansowych.

Ważne są też zmiany wizerunkowe: obniżka opłat do poziomu najtańszych giełd europejskich, progi opłat dostosowane do aktywności graczy (im aktywniejszy, tym mniej płaci), preferencje w CIT dla firm decydujących się na wejście na parkiet. Konieczne też ma być stworzenie systemu analitycznego – od bardziej rygorystycznych wymogów dla brokerów zagranicznych (konieczność obecności na lokalnym rynku lub korzystanie z usług lokalnych brokerów), powstanie polskiej agencji ratingowej – dostarczającej oceny małych i średnich spółek, zwłaszcza z sektora nowych technologii, stworzenie indeksu WIG NOWA GOSPODARKA dla tych ostatnich.

Wreszcie, autorzy raportu „Nowe otwarcie albo marginalizacja” postulują przywrócenie czegoś na kształt dawnej Komisji Papierów Wartościowych i Giełd. KPWiG została zlikwidowana dekadę temu, a jej kompetencje dołożono Komisji Nadzoru Finansowego. A KNF, przy ogromie innych zadań, nadzoruje giełdę w sposób – zdaniem ekspertów – „z doskoku”.
– Bez inwestorów giełda zwiędnie – mówi nam Jankowiak. – Brak możliwości zarabianie wypchnie z kraju nawet naszych rodzimych inwestorów – kwituje. Niemożliwe? Ależ, oczywiście, że tak: choćby w przypadku giełdy w Wiedniu, o której piszą eksperci Martis Consulting. Giełdy nie trzeba będzie wtedy nawet likwidować. Będzie cichym budynkiem na uboczu, gdzie kurz będzie wirować nad parkietem, migocząc w promieniach wpadającego przez okna słońca. W ciszy i świętym spokoju.

Napisz do autora: mariusz.janik@innpoland.pl

Trwa ładowanie komentarzy...