Polska firma wprowadziła krótszy tydzień pracy. W piątek jej pracownicy będą mieli prawdziwy luz

Michał Śliwiński, Nozbe.com
Michał Śliwiński, Nozbe.com Mat. prasowe
– To jest moja firma. I ja ją tworzę na takich zasadach, na jakich sam chciałbym być traktowany. I ten piątek jest mi potrzebny. Mam go mieć tylko ja, bo jestem szefem firmy? Wszyscy mogą go mieć, bo każdy potrzebuje się rozwijać, zrobić sobie przegląd – mówi w rozmowie z INN:Poland Michał Śliwiński, szef i właściciel Nozbe. To jeden z niewielu przedsiębiorców, którzy rozluźnili 40-godzinny tydzień pracy w swoich firmach.

Temat krótszego tygodnia pracy od wielu miesięcy czy nawet lat budzi spore zainteresowanie pracowników i pracodawców. Według specjalistów w Polsce jest nawet 700 firm, które w jakiś sposób skracają tydzień pracy swoim ludziom. Ale zapytani o szczegóły, nabierają wody w usta.

Faktycznie, wiele firm nie informuje opinii publicznej czy mediów o tym, że dają pracownikom wolne w piątek albo skracają dzień pracy. A może jest ich drastycznie mało?

Sprawa nie jest też rozwiązana systemowo. Z krótszym tygodniem eksperymentują różne kraje. Ostatnio wprowadzenie takiego rozwiązania postulowali posłowie Polskiego Stronnictwa Ludowego. Według projektu, osoby, które mają dzieci do 10 roku życia miałyby pracować 35 godzin tygodniowo a więc 7 godzin dziennie.

W rzeczywistości znalezienie firm, które oficjalnie wdrożyły programy skracające czas pracy, nie jest łatwe. Jedną z tych, które otwarcie chwalą się "krótszym tygodniem pracy", jest warszawska agencja Form Up. Firma daje swoim ludziom możliwość wyspania się. Pracują tylko 7 godzin dziennie.
– Cały zespół pracuje w tych samych godzinach. Mamy na względzie naszych klientów i wiemy, że wychodzenie z pracy o godz. 16 byłoby zbyt dużym ryzykiem związanym właśnie z potrzebą kontaktu z ich strony, dlatego pracujemy w godzinach 10 - 17. Ważna jest dla nas jednak możliwość całkowitego „odcięcia się” od pracy i skupienia na życiu prywatnym po wyjściu z biura – mówi nam Michał Szynal, prezes firmy.

Szefostwo firmy widzi przede wszystkim plusy rozwiązania.

– Nasza firma działa w branży mocno nastawionej na kreatywność. Jest ona szczególnie ważna w pracy naszego zespołu, który wykorzystuje content marketing do prowadzenia skutecznych działań reklamowych. W obecnych czasach, kiedy wiele osób pracuje ponad swoje siły, często nie ma na nią miejsca. Zdecydowaliśmy się dać pracownikom więcej swobody i czasu dla siebie po pracy, tak aby przychodzili tu ze świeżymi pomysłami i energią do działania – twierdzi Szynal.

– W naszym przypadku krótszy dzień pracy pozytywnie wpływa na efektywność zespołu, jednak nie wszystkie firmy działają wg podobnego, zadaniowego systemu. Myślę, że każda organizacja powinna przeanalizować zalety i wady tej decyzji pod kątem własnych możliwości i celów – dodaje.

Twierdzi też, że Form Up nie nadawał tej decyzji wymiaru pieniężnego. Firma realizuje kampanie sprzedażowe w internecie, każdy pracownik ma jasno wyznaczone cele i w codziennej pracy liczy się wyłącznie jego efektywność. Ta osiągana jest m.in. poprzez unikatowe pomysły, szukanie nowych rozwiązań, testowanie i optymalizację różnych narzędzi.

– Wprowadzenie krótszego czasu pracy dało naszym pracownikom więcej przestrzeni na twórcze działanie, co widocznie przekłada się na skuteczność przeprowadzanych kampanii, a to jest naszym jedynym celem. Taki układ przynosi korzyści zarówno firmie, jak i samym pracownikom – mówi nam Michał Szynal.

Dodaje też, że mimo, iż pracownicy pracują krócej, to robią to lepiej.

– Po kilku miesiącach od momentu otwarcia firmy zauważyliśmy, że dzięki intensywnej pracy przez 7 godzin, a także braku ograniczeń w postaci rozbudowanych struktur i sztywnych procedur wewnątrz organizacji, jesteśmy w stanie wykonać jej więcej niż standardowo w 9-10 godzin. Po przyjściu do biura robimy kawę i od razu zajmujemy się obowiązkami. W czasie 7 godzin faktycznie skupiamy się wyłącznie na pracy i zależy nam na utrzymaniu tego stanu. Pracując osiem lub więcej godzin często sama praca stanowi mniejszą część dnia, a więcej jest "ucieczek", m.in. w świat wirtualny i inne sprawy niezwiązane z zadaniami służbowymi – twierdzi prezes.

– Decyzję tę traktujemy jako narzędzie do zwiększenia efektywności pracy, a z drugiej strony jasne pokazanie, iż nawet dla pracodawców jasny powinien być fakt, że nie tylko pracą człowiek żyje – dodaje.

Chyba najbardziej znaną w Polsce (w środowisku internetowym) firmą, która zdecydowała się na "poluzowanie" tygodnia jest Nozbe. To wydawca aplikacji do zarządzania zespołem, czasem i efektywnością pracy. Całość stworzył Michał Śliwiński, niegdysiejszy startupowiec, dziś pełnoprawny przedsiębiorca. Trochę większy, niż Form Up. Michał Szynal zatrudnia poniżej 10 osób, podczas gdy zespół Nozbe liczy ich prawie 30.

Umawiam się na rozmowę. Nie musimy się spotykać, Michał organizuje konferencję za pomocą aplikacji Zoom.us. Jest w domu, rozmawia ze mną i jednocześnie zajmuje się małą córeczką. Przeprasza, akurat nie miał jej z kim zostawić.

Jak wyglądają "piąteczki" w Nozbe? Michał Śliwiński tłumaczy, że to nie jest dzień wolny od pracy. Wiele osób w piątek przed wyjściem z pracy robi porządki na biurku, wyrzuca śmieci, czyści blat. Podobnie jest w Nozbe, ale na poziomie zadań. Do południa pracownicy mają załatwić wszystkie spotkania biznesowe, których unikają w tygodniu oraz "wyczyścić" zaległe sprawy z pozostałych dni.

To tzw. przegląd tygodnia. Muszą przyjrzeć się temu, co zrobili w mijającym tygodniu, odpowiedzieć na zaległe maile i sprawy, które mogły im umknąć. Powinni się z tym wyrobić do południa i resztę dnia mają dla siebie. W tym czasie powinni zająć się edukacją, samodoskonaleniem etc. Mogą oglądać wideo z konferencji, czytać, uczyć się języków. Informatycy robią sobie zawody. Ale jeśli ktoś chce, może się po prostu wylogować i zająć całkowicie swoimi sprawami.
– Chcę, żeby moja firma była atrakcyjna, żeby panował w niej fajny klimat pracy. Nie chodzi o to, żebyśmy pracowali po 12 godzin dziennie i wyciskali z siebie siódme poty. Mamy pracować efektywnie, mądrze, ale i dobrze. Na całym świecie mamy setki tysięcy użytkowników naszej aplikacji, więc mamy dla kogo to robić. Z drugiej strony zauważyłem, że w tym tempie pracy, w pędzie, nie przeglądamy spraw. A to jedna z podstaw produktywności, wymagająca zrobienia cotygodniowego przeglądu. Sam tak robię, dzięki temu wiem, co zrobiłem, co muszę zrobić i jak zaplanować sobie przyszły tydzień – mówi Michał Śliwiński.

– W zeszłym roku zauważyłem, że wiele osób w firmie nie robi takiego przeglądu, że nawet ja go sobie czasem odpuszczam. I nie ma w tym złej woli, wszyscy po prostu gnają do przodu, mocno pracują i nie mają czasu, żeby spojrzeć w tył. Potem okazało się, że w systemach pracy mamy mnóstwo spraw starych, nieaktualnych, po prostu śmieci. Ustaliśmy więc, że w piątek najważniejszym zadaniem jest przegląd tygodnia, wszystko inne jest opcjonalne – dodaje.

To zadanie powinno być wykonane do południa. A co potem? Potem ludzie Śliwińskiego robią, co chcą.

– Pracujemy w sporym tempie a nasza firma opiera się na najnowocześniejszych technologiach. I my nie mamy czasu na nauczenie się tych nowych technologii, rzeczy, umiejętności. Programiści znają się na swojej pracy, ale potrzebują czasu, żeby się dokształcać, poznawać nowe systemy. Z kolei ja jako przedsiębiorca chciałbym obejrzeć relacje z konferencji, które mogą mnie czegoś nauczyć. To był impuls. Jeśli ludzie uczą się nowych rzeczy, to robią to po godzinach, czyli kosztem życia rodzinnego. Albo w weekendy, czyli również kosztem życia rodzinnego. Stąd ten pomysł, żeby zrobić coś innego, czyli piąteczek – opowiada nam Michał Śliwiński.

Idea zadziałała. Po zaraportowaniu, że przegląd jest zrobiony, każdy może zająć się tym, co chce i najlepiej, żeby nie były to bieżące prace, tylko coś nowego.

– Nagle okazało się, że programiści mają mnóstwo rzeczy, których mogliby się nauczyć. Że graficy chętnie sprawdzą wszelkie nowości w programach, żeby móc lepiej pracować. Ta idea polega na inwestowaniu w siebie. Widzę, że fajnie jest zrobić coś dobrego dla pracowników. Nawet jeśli ma to być wzięty na koszt firmy czas, żeby posprzątać w swoim systemie. Dla nich będzie dobrze i dla nas będzie dobrze. I jeśli ktoś przez 3 godziny ogląda sobie teraz konferencję dotyczącą programowania czy marketingu, to nie ma się z tym czuć źle, bo ma na to przyzwolenie, to jest czas na to przeznaczony – twierdzi Śliwiński.

Pytam go co z sytuacją, gdy ktoś zechce zrobić sobie wolne i iść do domu. Chwilkę szuka odpowiedzi. Jest zaskakująca.

– My generalnie nie mamy biura, pracujemy wszyscy z domu, więc z definicji nie ma gdzie iść. Ale jeśli ktoś chce i potrzebuje zrobić sobie długi weekend, to nie ma problemu. I pracownicy często kończą w piątki wcześniej. Ja im ufam, piątek jest dla nich. Niech zrobią coś pożytecznego dla siebie, byleby skończyli przegląd tygodnia. To jest wymóg. Bo wiem, że jeśli zrobią przegląd tygodnia i przygotują się do kolejnego, to ten nadchodzący tydzień będzie dobry. Mi pozostaje motywowanie, ale oni sami często się motywują – mówi szef Nozbe.

Michał Śliwiński nie zna podobnych firm, w których wdrożono by podobne rozwiązania. I nie za bardzo wie, dlaczego tego nie robią.

– Trudno jest mówić mi za innych. Ja mam może nowoczesne podejście do pracownika, ale uważam, że trzeba traktować ludzi jak dorosłych. I to, samo w sobie, jest już rewolucyjne, bo w wielu miejscach panuje przekonanie, że pracownik nie ma myśleć, tylko robić co mu się każe. Ja tego nie rozumiem, tym bardziej, że nie mogę sobie na to pozwolić. Przecież nie siedzę u kogoś w domu i nie będę sprawdzał czy on pracuje czy nie – mówi.
Dodaje, że powinniśmy odwrócić stare powiedzenie, że zaufanie jest dobre, ale kontrola jeszcze lepsza na „kontrola jest dobra, ale zaufanie lepsze”. Twierdzi też, że ludzie są dobrzy i warto im ufać. Na sugestię, że im krócej pracują ludzie w firmie, tym mniej ona zarabia, odpowiada:

– Nie do końca. Gdybyśmy pracowali w fabryce, gdzie trzeba złożyć ileś rzeczy, to liczba godzin przełożyłaby się na efekty finansowe. W sytuacji, kiedy pracujemy głową, jest inaczej. Nie ma się co oszukiwać, jeśli w ciągu dnia wyciągniemy z siebie 3-4 godziny pracy na najwyższych obrotach, to już jest dobrze, to już jest efektywny dzień. W pracy umysłowej ważna jest jej jakość, a nie tylko ilość. Ja widzę to po mojej firmie. W tej chwili nie ma żadnego zwolnienia tempa. Widzę porządek i spokój oraz rozwój. Na przykład programiści robią sobie na piątek zadanie domowe, wymyślają problem do rozwiązania. I to nie była moja inicjatywa, sami to wymyślili. Chcieli się sami trochę wzajemnie posparingować – twierdzi.

– W nas ciągle jest takie korporacyjne myślenie, że 12 godzin trzeba przepracować, że im dłużej, tym lepiej. A jak człowiek jest zmęczony, to podejmuje niewłaściwe decyzje, robi błędy, bo nie ma czasu czegoś sprawdzić. Albo ma bałagan. Może jestem naiwny… Ale nie, nie jestem, bo widzę, że przyspieszenie jakościowe w pracy było warte tego, żeby popracować troszkę mniej ilościowo – konkluduje.

O zdanie zapytaliśmy też pracowników Michała Śliwińskiego. Okazuje się, że to rozwiązanie działa.

– Tak, faktycznie mamy „piąteczki” i one działają. My na co dzień zajmujemy się m.in. tematyką organizacji pracy i jej optymalizacją. Więc trochę przetestowaliśmy to rozwiązanie na własnej skórze. Jak to działa? Dobrze, bo moim zdaniem z jednej strony w piątki mamy naprawdę luźny dzień a jednocześnie nie mamy jakichś problemów z efektywnością. Powiedzmy sobie uczciwie, że w wielu firmach pracownicy w piątek i tak się obijają, usiłując dotrwać do 17 i znikają jak kamfora. Po co utrzymywać taką fikcję? – tłumaczy nam jedna z osób zatrudnionych w Nozbe.

POLUB NAS NA FACEBOOKU

Trwa ładowanie komentarzy...