Lepiej złapcie się za portfele, PiS zaatakuje kieszenie z każdej strony. Kwota: 700 zł na głowę

Premier Beata Szydło twierdziła, że jej rząd nie będzie podnosić podatków, przecież "wystarczy nie kraść". Stało się inaczej - w tym roku dopłacimy do jej rządów ponad 27 mld złotych
Premier Beata Szydło twierdziła, że jej rząd nie będzie podnosić podatków, przecież "wystarczy nie kraść". Stało się inaczej - w tym roku dopłacimy do jej rządów ponad 27 mld złotych Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta
Prąd, woda, paliwa, nowy abonament RTV, podatek od galerii handlowych – to tylko część opłat wprowadzanych przez rząd i parlamentarzystów Prawa i Sprawiedliwości. Nijak się to ma do zapowiedzi Beaty Szydło, że podatki nie będą podwyższane. Przeciętny Polak, wliczając niemowlęta, zapłaci za to dodatkowo prawie 700 złotych rocznie. Razem oddamy rządowi ponad 27 mld złotych ekstra.

"Wystarczy nie kraść" – powtarzali za panią premier posłowie stojący za tzw. dobrą zmianą. Okazało się, że to zdanie nie jest zbyt trafne. Rząd twierdzi, że podatki nie są podnoszone, tymczasem koszty jego obietnic socjalnych są na tyle wysokie, że z każdej strony atakuje nasze kieszenie.



Już wiadomo, że nie zostanie obniżony podatek VAT. Stawki 23 proc. i 8 proc. miały być przejściowe i w tym roku ponownie zmniejszone odpowiednio do 22 i 7 procent. Rząd – kosztem naszych portfeli – zyskuje w ten sposób ok. 6 mld złotych. Nieco mniej – 2,4 mld złotych – na pozostawieniu dotychczasowej skali podatkowej. Są to opłaty, które po prostu nie pójdą w dół. Ale jest też wiele nowych, wylicza dziennik "Rzeczpospolita".
Zalicza się do nich choćby ustawa o rynku mocy, wprowadzająca tzw. opłatę mocową. Będą ją płacić w rachunku za prąd zarówno firmy, jak i gospodarstwa domowe. Te pierwsze z pewnością przeniosą wzrost kosztów produkcji na ceny swych produktów. Tylko z tego tytułu rząd pozyska rocznie ok. 3,8 mld złotych. I zapowiada, że pieniądze pójdą na inwestycje w energetykę.

Podobnie jest z nowym prawem wodnym, dzięki któremu rząd chce finansować infrastrukturę wodną w Polsce, choćby zabezpieczenia przeciwpowodziowe. Na ten cel zrzucą się gospodarstwa domowe i część firm. Z tego tytułu do budżetu wpłynie dodatkowo 2,6 mld zł rocznie.

Aż 5 mld złotych ma przynieść nowa opłata paliwowa, bezpośrednio podnosząca cenę benzyny i oleju napędowego o 20 – 25 groszy na litrze. O tyle pójdą w górę ceny na stacjach, o ile oczywiście nie zbuntują się posłowie i senatorowie. Jednak projekt jest procedowany bardzo szybko. Co prawda prezesi państwowych spółek, Orlenu i Lotosu, zarzekają się, że nowa opłata niekoniecznie oznacza podniesienie cen na stacjach, ale nie wydaje się to prawdopodobne.

Całe pieniądze z tej zbiórki mają iść na budowę dróg. Tymczasem na ten cel i tak już płacimy ok. 30 mld zł rocznie w różnych opłatach wliczonych w cenę paliwa.

Całkowicie nową daniną ma być abonament radiowo-telewizyjny, z którego rząd ściągnie ok. 3 mld zł rocznie. Więcej zapłacimy też za zakupy w galeriach handlowych, bo zostaną obłożone podatkiem od wartości. Ich właściciele zasilą budżet sumą wynoszącą mniej więcej pół miliarda złotych rocznie.

Podobnie jest z bankami, już w zeszłym roku zostały zmuszone do płacenia specjalnego podatku. W tym roku zrzucą się na łączną opłatę wynoszącą prawie 4 mld złotych.

Tymczasem wicepremier Morawiecki co rusz podkreśla, że sytuacja budżetu jest znakomita, lepsza, niż kiedykolwiek wcześniej. Skoro jest tak dobrze, to czemu jest tak źle?
– Obecna sytuacja finansów publicznych wynika ze splotu kilku czynników. W 2016 roku mieliśmy rekordowy wzrost wydatków socjalnych o 1 proc. PKB. Ale z drugiej strony było załamanie inwestycji, również o 1 proc. PKB. Suma wydatków nieznacznie spadła, bo obniżyły się koszty obsługi długu. Trzeba pamiętać o tym, że średnia zapadalność długu to 5 lat, więc skoro obecnie mamy niższe stopy procentowe, niż 5 czy 6 lat temu, to cały czas następuje delikatna poprawa – mówi w rozmowie z INN:Poland Aleksander Łaszek, główny ekonomista Forum Obywatelskiego Rozwoju.

Te czynniki wpływają na mniej więcej stabilną sytuację budżetową. Ale zagrożone są jego dochody.

– Po stronie dochodów wzrosła ściągalność VAT-u, tyle tylko, że my ciągle nie wiemy, co tam się stało. Bardzo trudno odróżnić przejściowy efekt koniunktury od trwałego uszczelnienia. Z przeszłości wiemy, że ściągalność VAT-u rośnie wtedy, gdy jest lepsza koniunktura, to. Przedsiębiorcy po prostu rzadziej mają pokusy, żeby ukryć się w szarej strefie, ale przy następnym spowolnieniu gospodarczym to wraca – dodaje Łaszek.

Mówimy o ściągalności VAT-u jako relacji VAT-u do konsumpcji. Ale ekonomista przypomina, że bardzo szybko rosła relacja VAT-u do PKB, ponieważ struktura PKB była bardzo sprzyjająca. Spadały inwestycje, które nie podlegają opodatkowaniu VAT. Tymczasem bardzo szybko rosła konsumpcja, która jest „ovatowana”, więc udział VAT-u w PKB rósł bardzo szybko.

– Reasumując – mamy tu zmieszany efekt poprawy ściągalności i fizycznego przyspieszenia. Trzeba jeszcze dodać, że na początku roku na budżet wpłynęły też czynniki jednorazowe. Z jednej strony mieliśmy przesunięcie zwrotu VAT – rząd wypłacił wszystko w grudniu zeszłego roku, więc w styczniu i lutym wpływy z tego tytuły były wyższe, niż zwykle, o ok. 5 mld zł. Mieliśmy też zmianę rozliczeń z kwartalnych na miesięczne. Jest jeszcze jedna rzecz, którą trudno skwantyfikować, chodzi o odwrócony VAT w budownictwie. To może mieć dwa efekty. Jeden taki, że VAT spływa później, bo płaci go nabywca nieruchomości. Ale z drugiej strony dostawcy kupując prąd czy benzynę później występują o zwrot podatku. Nie umiem powiedzieć, które efekty będą przeważały. Wiele mówi się też o opóźnieniach w zwrocie VAT, ale nie mamy twardych danych by skwantyfikować ten problem – twierdzi Aleksander Łaszek.

Na początku roku do budżetu wpadło też 8,7 mld złotych z zysku, jaki wypracował Narodowy Bank Polski. Obecnie sytuacja budżetu również jest dość stabilna, ale wiadomo, w którą stronę przechyli się szala.

– Jak patrzyliśmy na kwiecień – maj, na które nie miały wpływu te czynniki jednorazowe, to konsumpcja rosła w tempie 6-7 proc. a VAT w tempie ok. 15 proc. Na ten drugi wskaźnik składają się lepsza ściągalność i cykliczna poprawa – przypomina Łaszek.

Zdaniem ekonomisty główną przyczyną wzrostu podatków i opłat są rosnące w ekspresowym tempie wydatki socjalne rządu.

– Na starcie mieliśmy deficyt ok. 3 procent. Wydatki wzrosły o 1 proc., inwestycje o tyle spadły, to się zbilansowało. Ale wydatki socjalne dalej będą rosły. Program 500 plus w 2016 roku obowiązywał tyko przez 9 miesięcy, teraz będzie to pełne 12 miesięcy. Do tego dochodzi obniżony wiek emerytalny, na razie przez 3 miesiące, w przyszłym roku – również 12 miesięcy. Wzrosła też liczba innych zasiłków i dodatków socjalnych. Po prostu wielu ludzi składając wnioski o 500 plus zaczęli się orientować, że są i inne świadczenia. Wydatki socjalne będą więc rosły – mówi nam Łaszek.

Tymczasem wzrost dochodów budżetu stoi pod dużym znakiem zapytania.
– Rząd zapowiada, że wydatki inwestycyjne w końcu odbiją, więc presja na finanse publiczne będzie rosła. A jak długo utrzyma się wzrost przychodów z podatku VAT? Patrzyłbym na to bardzo ostrożnie, raczej niezbyt optymistycznie – twierdzi ekspert FOR.

Na dodatek wicepremier Morawiecki zapowiada, że w ciągu najbliższych lat zamierza wydać 100 mld złotych na wielkie inwestycje, jak centralne lotnisko, regulację rzek i nowe drogi oraz tory.

– Myślę, że wicepremier Morawiecki raczej nie zrealizuje tych zapowiedzi. To mglista wizja i bardzo rozciągnięta w czasie. Jedynie inwestycje drogowe są realne w perspektywie tu i teraz – kwituje Aleksander Łaszek.

POLUB NAS NA FACEBOOKU

Trwa ładowanie komentarzy...