Kontrowersyjna książka pokazuje, jak naprawdę wygląda praca milionów Polaków. "Widziałem bunt i bezsilność"

Kamil Fejfer to założyciel facebookowego fanpage'a "Magazyn Porażka" i autor książki " Zawód"
Kamil Fejfer to założyciel facebookowego fanpage'a "Magazyn Porażka" i autor książki " Zawód" fot. Tom Bronowski/mat. pras.
– Dopiero jak zaczęłam pracować w zawodzie, przestałam się czuć w Polsce jak szmata – wyznaje... prostytutka, jedna z bohaterek zbioru reportaży Kamila Fejfera. Twórca słynnego fanpage'a "Magazyn Porażka" w 10 krótkich opowiadaniach stara się zamknąć doświadczenia milionów Polaków na rynku pracy. To rewers historii o wielkich sukcesach, od jakich roi się w medialnym przekazie. Te są bowiem udziałem nielicznych, w ich cieniu rzesza naszych rodaków przeżywa swoje mniejsze i większe zawodowe dramaty. – Moja książka to opis rynku z tej właśnie perspektywy. To oddanie głosu milczącej dotąd większości – przekonuje w rozmowie z INN:Poland Kamil Fejfer.

Żyjemy w kraju zielonych wskaźników ekonomicznych, malejącego bezrobocia, pochwał polskiej gospodarki płynącej z zagranicznych gazet. A Kamil Fejfer pisze książkę „Zawód" i tłumaczy, że to nie jest kraj dla pracowników.



Tak, bo tymi wskaźnikami się nie najemy. Obserwujemy rozjeżdżanie się dyskursu ekonomicznego, który mówi o tym, że wszystko jest fajnie, z codziennym doświadczeniem większości ludzi. Polaków nie stać na zagraniczne urlopy i nie zapłacą za nie spadającym bezrobociem, ani rosnącym PKB. W mediach rzadko się o tym mówi.

10 historii, które zamieściłeś w książce to poboczne patologie, czy jądro polskiego rynku pracy?

To nie jest książka o wydumanych patologiach, o marginesie, to książka o mainstreamie, tak wygląda większość rynku. Piszę o dziewczynie, która na stażu w korporacji ogarniała za 1500 zł netto część marketingu w dużej firmie, a w zamian szefowa wycierała nią podłogę. Piszę o tłumaczu angielskiego, który latami w zasadzie z konieczności pracował jako freelancer i bał się wziąć urlop, bo podczas wolnego nie dostawał pieniędzy, jego dochód był na wstecznym, a nie zarabiał tyle, żeby móc sobie na to spokojnie pozwolić. Dlatego gdziekolwiek nie wyjechał, brał ze sobą laptop. Bo konkurencja nie śpi, a umiejętności nie zagwarantują ci zleceń – liczy się przecież cena. Piszę wreszcie o dziennikarce, która po kilkunastu latach pracy miała 1800 zł na rękę, choć po drodze zrobiła wywiady m.in. ze światowej sławy astronautą i dotarła do jednego z bohaterów wojny na Ukrainie.
Któraś z nich utkwiła Ci szczególnie w głowie?

Chyba ta o ratowniku medycznym. Wcześniej nie wiedziałem, jak zła jest sytuacja w tym zawodzie, jak wyglądają realia pracy ludzi, którzy codziennie ratują nam życie. A wygląda tak, że zarabiają 18 zł za godzinę a pracują 300 w miesiącu. Czas na posiłek muszą znaleźć między poszczególnymi wezwaniami, a te mogą pojawiać się nawet częściej niż co godzinę. W pamięć zapadają mi jednak wszystkie opowieści. Po skończeniu pisania myślałem, że sam będę musiał pójść do psychologa, żeby leczyć się z Polski.

Brzmi prawie jak reportaż wojenny.

Bo to trochę jest jak reportaż wojenny. Polski rynek pracy to trochę front, tylko mniej tragiczny, ale nie umniejsza tego, że bardzo duża część z nas zmaga się na nim ze swoimi prywatnymi małymi dramatami.

Nie ma skrajnych, szokujących historii, ale to jest chyba najbardziej wstrząsające. Gdy dzieje się jakaś wielka tragedia myślimy – to sytuacja jedna na milion. A te dołujące przeżycia mogłyby stać się potencjalnie udziałem każdego z nas.

Moi bohaterowie z rozmowy na rozmowę byli coraz bardziej wkurzeni. Kiedy opowiadasz o swoim życiu na głos, stajesz się jego zewnętrznym obserwatorem. W trakcie opowiadania uświadamiali sobie swoje położenie. Mieli plany, dążyli do nich, a w pewnym momencie uświadamiali sobie, że realny horyzont realizacji tych planów zaczyna im uciekać. Część po kilku rozmowach zaczęła się niemal rozpadać, szkliły im się oczy. Widziałem, jak rośnie w nich jednocześnie bunt i bezsilność.

To przygnębiające, ale wciąż tylko jednostkowe historie. Skąd przekonanie, że mówią coś o całym rynku?

Spotkałem się z zarzutem że to „cherry picking”, że dobrałem sobie wybiorczo bohaterów. Ale spójrzmy na takie wskaźniki jak mediana (ok. 2350 zł netto – przyp. red.), dominanta (ok. 1800 zł), czy liczbę przepracowanych godzin, która jest jedną z największych w Europie, liczba branych bezpłatnych nadgodzin, uśmieciowienie, niewyspanie, zmęczenie pracą, mobbing. To dane, które pokazują, jak wygląda polski rynek pracy. Moja książka to opis rynku z tej właśnie perspektywy. To oddanie głosu milczącej dotąd większości.


A kto wcześniej miał ten głos?

Firmy, przedsiębiorcy, i ludzie którym się udało. Wygrani. Stanowią garstkę społeczeństwa, a zdominowali medialny dyskurs. I to jest dopiero cherry picking! Otwieramy gazetę i widzimy listę 30 najlepiej zapowiadających się startup-owców. A co z całą resztą, tymi tysiącami, którym nie wyszło?

Takie zestawienia mają działać jako inspiracja, a nie dołować ludzi.

Nie sądzę żeby to działało, lepsze było by instytucjonalne wsparcie od państwa. Nie wierzę w to, że da się zcoachingować całą Polskę. Że stanie się bogatsza od zagadania ludzi sukcesem.

Ta książka ma uświadomić wygranym, że są w mniejszości, czy pocieszyć tych, o których jest?

Dostałem propozycje napisania z obietnicą zaliczki więc napisałem (śmiech). A tak na poważnie – klasa średnia w Polsce wierzy, że do sukcesu prowadzi ciężka praca. Jej przedstawiciele wpadają w „bąble społecznościowe”, oglądają zdjęcia znajomych w modnych knajpach i na drogich wycieczkach. To zaczyna być dla nich naturalne, przezroczyste. Przestają rozumieć, że nie wszyscy tak żyją. Myślą, że skoro im się przytrafiło, to może przytrafić się każdemu.
A tak nie jest?

Chciałem powiedzieć klasie średniej – słuchajcie, warto dostrzec tych którzy się starają, ale nie odnoszą sukcesów. Pokazać jej, że większość Polski tkwi w biedapracach za śmieszne pieniądze. I że pracując po 50-60 godzin tygodniowo, nie ma czasu ani sił, żeby się z nich wyrwać.


A ja podczas porannej prasówki codziennie napotykam wzmianki ekspertów o rynku pracownika odmienianym przez wszystkie przypadki. Niedawno w Tczewie jedna firma rozstawiła się pod zakładem drugiej, a wychodzącym pracownikom obiecywała podwyżki w zamian za przejście do konkurencji.

To są wyjątki w skali całej Polski, ale dobrze nagłośnione. Rynek pracownika to ściema. Próbowałem znaleźć w literaturze fachowej jego definicję. Może źle szukałem, ale nic na ten temat nie znalazłem. To rodzaj konstrukcji ideologicznej.

Czyli pracodawcy wcale nie są pod ścianą?

Rynek pracownika istnieje dzisiaj dla góra kilkunastu procent pracowników. Ich przedstawiciele nie są w stanie opędzić się od headhunterów, mogą żądać podwyżek w myśl zasady: „mam na Twoje miejsce 10 innych pracodawców”. Większość z nas nigdy takiej sytuacji nie pozna. To wynika z logiki kapitalizmu. Agencja Work Service publikuje badania pt. „Baromert rynku pracy”. W najnowszym z nich gotowość na podwyżki w najbliższym czasie wyraziło 11 proc. przedsiębiorców.

Nie ma tragedii.

Ale dobrze też nie jest. Ponad 80 proc. w ogóle tego nie rozważa, kilka proc. jeszcze myśli. Jednocześnie ponad połowa pracowników tych podwyżek oczekuje. Medialna narracja wskazuje, że każdy może ją dostać. To nieprawda. Te dwa światy - pracodawców i pracowników - się nie spotykają.

Nie spotkały się z pewnością w jednym z wiodących polskich start-upów. Jego założycielka przyznała niedawno, że 20 proc. załogi to stażyści, którzy zarabiają po 500 zł miesięcznie.

Takich przykładów znajdziemy wiele. Polscy pracodawcy są przyzwyczajeni do tego, żeby się nie dzielić. Opowieści o tym, że pracownicy nie dostają latami podwyżek, a właściciel kupuje sobie w tym czasie nowego SUV-a nie biorą się z niczego. Ale to nie do końca ich wina. Zostali w pewnym sensie „rozpuszczeni” przez państwo.

W jaki sposób?

Na przykład ustawą o praktykach absolwenckich z 2009 roku, która pozwala na bezpłatne zatrudnianie osób, które skończyły gimnazjum, a są jeszcze przed 30. To armia darmowych pracowników. Przepraszam, nie darmowych. Ktoś za tę pracę płaci. To może być nasza dziewczyna, chłopak, rodzice. W myśl powiedzenia: „za hajs matki pracuj”.
Więc dlaczego to nie do końca wina pracodawców?

To nie jest tak, że pracodawcy są złymi ludźmi. Istnieją branże, w których jeśli nie korzystasz ze śmieciówek jako formy „optymalizacji”, to konkurencja cię zadusi. To nie wina przedsiębiorców – takie są prawa rynku. I właśnie dlatego do gry powinno wkroczyć państwo.

Gdzie te regulacje można wprowadzić?

Powinniśmy wzmocnić przede wszystkim Państwową Inspekcję Pracy. Łukasz Komuda z Fundacji Analiz Ekonomiczno-Społecznych policzył kiedyś, że inspektorów pracy w całej Polsce jest mniej niż w samym Berlinie. Zresztą nawet jeżeli jakimś cudem uda im się kogoś złapać, to kary są iluzoryczne. A prawo powinno być egzekwowane. Pracodawcy musi się nie opłacać nie dbać o pracowników.

Może coś się zmienia? Rafał Woś wydał właśnie książkę „To nie jest kraj dla pracowników”, a Ty „Zawód”.

Cieszy mnie, że zaczyna się mówić o codziennym doświadczeniu zwykłego człowieka. Bo to ważniejsze, niż te wielkie ekonomiczne opowieści. Następuje pewne odbicie. Mainstream się zmienia – pojawiło się w nim pokolenie 30-latków, dla których ta perspektywa, że podczas transformacji zrobiliśmy coś nie tak, jest bardzo powszechna. Także dlatego, że sami doświadczają uśmieciowienia, życia w prekariacie, mają poczucie, że ktoś ich ciągle dyma. Politycy też zaczynają dostrzegać ten problem.

Otrzeźwienie przyniosło nam zwycięstwo Prawa i Sprawiedliwości?

To chyba bardziej złożony problem. Pewne tematy puchną latami. Złożył się na to też język pokryzysowy, dyskusje na temat rynku pracy, które kładą nacisk na nierówności.

Mam wrażenie, że PiS wygrał, bo zdiagnozował pewną ważną dla społeczeństwa potrzebę, która wcześniej była przez rządzących ignorowana.

Tak, potrzebę normalnego życia. Poza tym rząd niektóre obietnice wyborcze spełnia. To genialny pomysł, na który mało który polityk wcześniej wpadł. Ludzie nie obchodzi Trybunał Konstytucyjny. To oczywiście bardzo ważna, systemowa kwestia. Ale ona jest strasznie daleko od codziennego życia mieszkańca Myszyńca, czy Pabianic. Oni dostali 500 zł miesięcznie więcej, to często 1/4 ich pensji. To się przekłada na ich realne lepsze życie. Czy kogoś dziwi, że są zadowoleni i że PiS-owi sondaże rosną? To nie jest tak, że czegoś brakuje bohaterom moich reportaży, do tego, żeby odnieść sukces. To Polsce czegoś brakuje.

Kamil Fejfer to autor „Magazynu Porażka” i dziennikarz portalu OKO.press. Członek studia gier The Failcores, pracującego nad grą o nierównościach społecznych „Niewidzialna ręką rynku”.

POLUB NAS NA FACEBOOKU
Trwa ładowanie komentarzy...