Afera z klejem to pikuś. Szkoły na potęgę wyciągają od rodziców kasę. "50 zł za różaniec to kpina"

Szkoły czesto żądają od rodziców przynajmniej kilkudziesięciu złotych miesięcznie. Rocznie robi się z tego kilkaset złotych.
Szkoły czesto żądają od rodziców przynajmniej kilkudziesięciu złotych miesięcznie. Rocznie robi się z tego kilkaset złotych. Foto: Mateusz Skwarczek / Agencja Gazeta
– Kiedy w końcu zapytałem na co do cholery idą wszystkie pieniądze, jakie przynoszę do szkoły, na zebraniu rodziców zapadła cisza. Część z obecnych mnie zrozumiała, część udawała, że nie wie o co chodzi, bo to przecież dla dobra dzieci. Nie, to nie dla ich dobra, tylko dlatego, że szkoła nie chce wydawać pieniędzy na to, na co powinna – mówi nam Daniel, ojciec dwójki dzieci.

W sieci trwa właśnie burzliwa dyskusja dotycząca finansowania szkół z pieniędzy rodziców. Zapoczątkowała ją jedna z mam ze stolicy, która odmówiła kupna kleju w sztyfcie – prośbę o niego znalazła w dzienniczku swojego dziecka. Uznała, że skoro miasto Warszawa wydało 6 mln zł na organizację Światowych Dni Młodzieży, to z zakupem tubki kleju do szkoły również sobie poradzi. Przy okazji okazuje się, że podobne praktyki nauczycieli i szkół to chleb powszedni – żądają od rodziców całkiem pokaźnych pieniędzy, pod różnymi pretekstami.



Spotykam się z kilkoma znajomymi. Wszyscy "dzieciaci", pociechy chodzą do różnych klas podstawówki. Oprócz narzekania, że dzieci mają więcej religii, niż biologii, wszyscy mówią jak jedne mąż o finansach. Okazuje się, że szkoły uczące ich dzieci co miesiąc żądają od nich przynajmniej kilkudziesięciu złotych, zdarza się, że czasem nawet 200 zł. Rocznie dobijają do kwot od 500 do 1000 złotych. Jak to możliwe? Pytam o konkretne przykłady.

– Wiesz, że jeśli dziecko jest zapisane na świetlicę szkolną, jesteś proszony o jej dofinansowanie. I to jest śmieszne i straszne, bo zajęcia na świetlicy są organizowane i finansowane przez Ministerstwo Edukacji Narodowej. Ręce mi opadły, kiedy dostałam papierek z deklaracją ile mogę na to przeznaczyć. Co łaska, jak na zakrystii. I nie mówią, co z tych pieniędzy zrobili, po prostu tłumaczą, że coś tam kupili w jakichś tam ilościach – skarży mi się Irmina, matka 9 latki.

– Teoretycznie jest to wpłata dobrowolna, ale aby zapisać dziecko na świetlicę wypełniasz druczek zapisu, którego ostatni punkt brzmi „ile możesz zadeklarować na dofinansowanie świetlicy?”. Rok temu zadeklarowałam 50 zł na semestr, ale w tym roku uznałam, że za daleko poleciałam - wszak to jest instytucja publiczna, która ma finansowanie ministerialne i wpisałam po 25 zł – uśmiecha się Irmina.

Daniel ma 10-letnią córkę i sześciolatka. Do niedawna płacił szkole do stu złotych miesięcznie. Cóż, córka ma zacięcie artystyczne, więc jest w klasie, w której idzie dużo papieru, kartonu, farb i innych przyborów do malowania. Kiedy do szkoły poszedł jego syn, okazało się, że również musi dopłacać do jego – teoretycznie darmowej – edukacji.
– W zasadzie nie do nauki, ale do jakichś kompletnie wydumanych rzeczy. Mokre chusteczki na przykład. Ja rozumiem, że dzieci się brudzą, ale mają przecież łazienkę i mydło. W domu zużywamy na małego może kilkanaście chusteczek miesięcznie a nie setkę – więc teraz wsadzam mu do plecaka małą paczkę mokrych ściereczek za dwa złote i starcza na dwa tygodnie – mówi nam Daniel.

– Normą jest, że dziecko ma przynosić do wychowawczyni co jakiś czas pudełko chusteczek higienicznych, bo podobno tak idą, że szkolnych nie wystarcza. Jak przyniesie – to dobrze, jak nie przyniesie – nic się nie stanie, ale zawsze nauczycielka przypomni, że przydałyby się – twierdzi Irmina.

Daniel dodaje, że do tej pory nie zwracał uwagi na te dodatkowe koszty. Był przekonany, że dzięki temu jego córka będzie miała po prostu lepsze kredki czy farby a przecież na dziecku się nie oszczędza. Teraz widzi, że szkoła po prostu żebrze o pieniądze na absolutnie podstawowe rzeczy. Wspomina, że jego szwagier dokłada się nawet do papieru toaletowego w szkole.

– No i papier do ksero. Jak nauczyciel chce zrobić dzieciom materiały, po kilka kartek, to wychodzi sto kartek na klasę. A szkoła mu tyle nie da, więc prosi rodziców, czasem o pieniądze, czasem o to, by przynieśli po prostu po ryzie papieru. No ale moje dziecko ryzy notatek nie przyniesie do domu przez cały rok, nie wiem na co idzie reszta – kwituje.

Przyznaje, że jeszcze kilka lat temu skala tego zjawiska była mniejsza i sam krzywo patrzył na osoby, które nie chciały dokładać się do farb czy kredek. Ba, wraz z innymi rodzicami odmalował klasę w szkole w czynie społecznym. Dziś widzi, że dał się zrobić w balona.
Ale to nie koniec wydatków, jakie ponoszą rodzice. Są jeszcze "składki na radę rodziców".

– U nas składka co semestr to 25 zł. Ale muszę przyznać, że rok temu było 35 złotych, a ta organizacja nawet przesyła nam raporty ile zebrała i na co wydała. Ze sprawozdania wynika, że coś tam dofinansowywali, kupowali jakieś prezenty dzieciom, ale np. moje dziecko jak na razie z tej puli nic nie miało. Może i dobrze, sami dajemy radę - oby tak dalej było – mówi mi Irmina.

Świetlica, rada rodziców i chusteczki oraz inne drobiazgi to niejedyne jej wydatki. Co miesiąc rodzic dorzuca kilkadziesiąt złotych na wycieczki, bilety do kina czy muzeów a przede wszystkim – do dojazdów.

– Lekcje pływania są wpisane w plan lekcji i są obowiązkowe według programu MEN. Dzieci jadą na basen w czasie zajęć szkolnych. Ale za dojazd muszą zapłacić same (za wynajęcie autokaru). Więc mam otwarte pytanie: albo „obowiązkowe w ramach zajęć szkolnych” oznacza, że szkoła bierze na siebie również logistykę, albo zróbmy fakultatywne i szkoły wówczas nie obchodzi, w jaki sposób dzieci docierają na basen – mówi Irmina.

Ostatnią rzeczą, o której wspominają rodzice są lekcje religii.

– One odbywają się w ramach planu lekcji i wchodzi w to np. przygotowanie do komunii. U nas dzieci otrzymały na religii dwa różańce o łącznej wartości ok. 7 zł – tyle zapłacisz za nie w sklepie albo zamówisz w internecie. Za dwa tygodnie na mszy proboszcz mówi: „A teraz drogie dzieci zapłaćcie za te różańce po 50 zł”. I dodaje: „Ofiarność dzieci nie zna granic”. Szlag mnie trafił, tym bardziej, że przecież lekcje religii też są finansowanie przez budżet państwa – podsumowuje Daniel.
POLUB NAS NA FACEBOOKU
Trwa ładowanie komentarzy...