Pójście w ślady Lewandowskiego kosztuje nawet pół miliona zł. Rodzice i tak płacą

Szkółka bramkarska Jakuba Wierzchowskiego.
Szkółka bramkarska Jakuba Wierzchowskiego. Fot. Jakub Orzechowski / Agencja Gazeta
Od 220 do 500 tysięcy złotych – tyle muszą odłożyć rodzice, którym marzy się, by ich pociecha poszła w ślady Roberta Lewandowskiego czy Łukasza Podolskiego. Raport Instytutu Badawczego ABR SESTA oraz Akademii Piłkarskiej EsKadra nie pozostawia wielkich złudzeń: koszty kilkunastu lat trenowania dziecka, wykraczają daleko poza samą opłatę za zajęcia. Wychodzi jak duże trzy- lub czteropokojowe mieszkanie w jednym z największych polskich miast – twierdzą autorzy raportu.

Wystarczy zajrzeć na korytarze, w których czekają rodzice małoletnich zawodników, by uświadomić sobie, że ich oczekiwania wobec przyszłych karier sportowych pociech niewiele różnią się od marzeń, jakie mają same dzieci. Nic zatem dziwnego, że jak grzyby po deszczu wyrastały w ostatnich latach kolejne szkółki nawet renomowanych klubów: Legia Soccer School, Juventus Soccer School czy FCB Escola Varsovia, inicjatywa klubu FC Barcelona.

Nie wszyscy zdają sobie jednak sprawę z finansowego wyzwania, jakim jest inwestycja w profesjonalne szkolenia dzieci – przynajmniej o ile rodzice chcą poważnie myśleć o potencjalnej profesjonalnej karierze pociech. A pół miliona złotych „piechotą nie chodzi” – i nie jest w świecie sportu niczym nadzwyczajnym. – To bardzo prawdopodobna kwota – ocenia w rozmowie z INN:Poland Maciej Szczęsny, niegdyś legendarny bramkarz, dziś trener i komentator. – Gdybym miał zsumować wydatki, jakie poniosła na wyszkolenie mnie Gwardia Warszawa, zapewne kwota byłaby porównywalna z tą, o której pan mówi – dodaje.
Getry, psycholog, dietetyk
Szczęsny zaczął trenować w 9. roku życia. Dziś zaczyna się znacznie wcześniej, a struktura wydatków zmienia się z czasem. Ze wspomnianego raportu wynika, że stosunkowo najmniejsze wydatki mają rodzice najmłodszych dzieci – eksperci ABS SESTA i Akademii Piłkarskiej EsKadra szacują, że rodzice dzieci w wieku 3-7 lat miesięcznie muszą przeznaczyć na treningi dziecka od 800 do 2000 złotych. Nie jest to wyłącznie cena zajęć: w wycenie uwzględniono też cenę sprzętu czy dojazdów na trening (od 900 zł za komunikację miejską do, nawet, 1700 zł przy dowożeniu dziecka własnym autem), co stanowi niebagatelną część ostatecznej kwoty. Nie sposób też zapominać, że w tym okresie dzieci bardzo szybko rosną, więc stroje są do wymiany przynajmniej raz w roku – a nie chodzi tylko o koszulkę lecz też getry, ubrania termiczne, a przede wszystkim buty. Autorzy raportu pomijają jednak fakt, że zapalony do sportu kilku- czy kilkunastolatek nie chce poprzestawać na jednej parze butów czy jednej koszulce.

Ostateczny rachunek za te pięć lat (granice wiekowe poszczególnych przedziałów są, rzecz jasna, dosyć umowne) może zatem wynieść od 50 do 120 tysięcy złotych, w zależności od potrzeb i majętności opiekunów. – Te koszty mogą być znacznie zredukowane – twierdzi też niegdysiejszy kapitan reprezentacji Polski w piłce nożnej, Roman Kosecki. – W tym okresie należy umiejętnie zaciekawić malca sportem i uważać, by go czasem nie zniechęcić zbyt dużą ilością zajęć. W mojej opinii, nie jest on jeszcze gotowy, by uczestniczyć w większej liczbie treningów niż 3 tygodniowo – kwituje.


Spirala wydatków nakręca się zwłaszcza w kolejnym okresie: między 8. a 15. rokiem życia – twierdza autorzy raportu. To przez te 7-8 lat koszty przygotowania do kariery młodego pasjonata mogą urosnąć do kwoty od 180 do, w maksymalnym wymiarze, nawet 400 tysięcy złotych. Tu struktura wydatków została podzielona na comiesięczne (2-4 tys. zł miesięcznie) i doroczne (22-51 tys. zł), gdzie wiele zależy od tego, ile inwestuje się w treningi doszkalające. Nie łudźmy się też: im szybciej rozwija się kariera juniora, tym więcej wydatków związanych np. z wyjazdami na rozgrywki ligowe, lokalne – a nawet międzynarodowe – turnieje.
W tym okresie dziecko zaczyna też jeździć na wakacyjne obozy, tak letnie, jak i zimowe. Sprzęt też ma znaczenie: dziecko zmienia ubranie może rzadziej, ale za to ceny np. butów dla nastolatków są znacznie wyższe niż dla młodszych dzieci, zwłaszcza że w grę zaczynają wchodzić już agresywnie promowane modele, np. sygnowane nazwiskami znanych sportowców. Dodajmy też „trening mentalny”, czyli niezbyt jeszcze nad Wisłą popularne spotkania z psychologiem motywacyjnym, co pozwala radzić sobie z docinkami kolegów czy presją na wynik, jaka nieustannie towarzyszy sportowcom. Do tego rodzaju pozasportowej asysty należałoby też doliczyć spotkania z dietetykiem.

[b]Inwestycja jak studia[/i]
Czy skórka warta jest wyprawki? W sporej mierze, owszem. Maciej Szczęsny jest przekonany, że szkółki piłkarskie, od których zaroiło się w Polsce, są niezłą alternatywą dla wielu klubów. – Większość z nich jest otwierana przez byłych piłkarzy, co jest szansą, by dzieci miały fajne zajęcia – mówi nam były mistrz Polski. – Oni traktują to jako sposób na życie po karierze sportowej, więc starają się jak najlepiej zorganizować te firmy i chcą mieć jak najsensowniejszą ofertę dla dzieci. Wiedzą, że rodzice płacą, zatem też rodzice wymagają – kwituje. Na plus prywatnych szkółek działa też fakt, że nie grozi im nagłe odcięcie od funduszy publicznych czy samorządowych, pracownicy raczej nie mogą sobie pozwolić na lekceważenie zajęć, o alkoholu nie wspominając. No i mali zawodnicy nie mają też styczności ze stadionowymi chuliganami, którzy – bywa – pojawiają się w obiektach „zwykłych” klubów sportowych.

O większej dbałości o wyszkolenie i kariery podopiecznych mówi też część rodziców. Wspomniane na wstępie szkółki zresztą kuszą rodziców – i dzieciaki – swoimi powiązaniami ze znanymi na całym świecie klubami, co jest też obietnicą potencjalnego bezpośredniego kontaktu z renomowanym klubem.
Nie wszyscy są jednak entuzjastami prywatnych szkółek. – Wydawanie fortuny na szkolenie piłkarskie dzieci jest wyłącznie kwestią wyboru rodziców – dowodzi Jakub Kwiatkowski, rzecznik prasowy Polskiego Związku Piłki Nożnej. – Wiele akademii na terenie Polski to prywatne biznesy i bywa, że te podmioty działają poza piłkarskimi strukturami i nie są zrzeszone w żadnym, wojewódzkim czy regionalnym, związku piłki nożnej. Ustalają wysokie opłaty, choć nie zawsze oferują najwyższą jakość usług – krytykuje.

I pewnie nie zabrakłoby osób, które mają fatalne doświadczenia z prywatnymi szkółkami, zwłaszcza efemerydami, pojawiającymi się na jeden czy kilka sezonów, by potem bezpowrotnie zniknąć. Maciej Szczęsny nie widzi potrzeby porównywania obu typów szkolenia dzieci i nastolatków. Szkółki miewają kłopoty z doborem odpowiednich obiektów sportowych na zajęcia – np. Orliki posiadają nawierzchnię, która szczególnie u nastolatków powoduje mniej lub bardziej poważne urazy, ale na Orlikach grywają zarówno uczniowie szkółek, jak i wychowankowie klubów piłkarskich, zwłaszcza mniejszych. Szkółki kosztują, ale i kluby nie inwestują dziś w młodych zawodników – junior musi udowodnić swój nadzwyczajny talent, żeby można było zacząć marzyć o znalezieniu sponsora, który zechciałby wziąć na swoje barki koszty trenowania zawodnika.

A rodzice coraz częściej traktują wydatki na treningi dziecka, jak inwestycję. – Nie ulega wątpliwości, że wyszkolenie młodego piłkarza sporo kosztuje – cytuje jednego z ojców młodych zawodników portal ceo.com.pl. – Ale mało który rodzic zraża się wydatkami, zresztą nie każdy zdaje sobie z nich sprawę, bo ich regularnie nie sumuje. W większości te osoby mocno wierzą, że ich dziecko w przyszłości będzie zawodowo grało w piłkę, jak np. Robert Lewandowski, a wtedy zwrócą się wszystkie poniesione koszty. To jest myślenie podobne do tego, że trzeba wysłać dziecko na porządne studia, żeby miało odpowiedni start w życiu, a potem dobrze zarabiało – ucina.
Trwa ładowanie komentarzy...