
Zapewne wiele osób słyszało, że kosmetyki testuje się najczęściej na oczach królików. Mniej ludzi już wie, że papierosy, a raczej toksyczność ich dymu, testuje się na psach. Psychologowie, genetycy i spece od broni biologicznej lubują się w wykorzystywaniu szympansów i innych naczelnych. Wiele tych testów i eksperymentów jest tak makabryczna, że niejednemu z nas spędziłaby sen z powiek. I mimo że współcześnie większości z nich nie trzeba wykonywać, prowadzi się je. W imię nauki – mówią eksperci.
To nie chciałabym trafić do USA. Tam eksperymenty na naczelnych to chleb powszedni naukowego światka. I zapewne, gdybym tam trafiła, U.S. Air Force wykorzystałoby mnie do testów ukazujących, jak wybuch bomby atomowej wpłynie na zdolności pilotów zrzucających bomby do pilotowania maszyn.
Chyba najgorzej jednak, gdybym trafiła do Rosji. Tam Sergei Bruyukhonenko odciąłby mi głowę i podtrzymywał ją przy życiu za pomocą specjalnego urządzenia. Podczas doświadczenia rosyjski naukowiec badałby reakcje na bodźce zewnętrzne. Świeciłby mi światłem w oczy i dziwił się, że jeszcze mrugam, połaskotał w nos piórkiem, i znów zdziwienie, że moja głowa rusza się próbując ugryźć piórko. A później świat rosyjskiej nauki doceniłby mojego oprawcę i pośmiertnie uhonorował prestiżową nagrodą Lenina.
Zapewne trafiłbym do laboratorium, a moje oczy służyły by do testów na tolerancję błony śluzowej (Draize-Test). Rozmaite chemiczne substancje zakraplano by i wcierano w moje oczy. Wszystko dlatego, że nie wydzielam łez, więc nie wypłuczę testowanego materiału, który szybciej wyżre mi oko, niż się z niego sam wydostanie, tym bardziej, że przecież jestem unieruchomiona, więc jak mam sobie coś z oczu wydostać.
To chyba już nikt by się ze mną nie liczył. Jeśli co roku w laboratoriach świata ginie 800 mln zwierząt, to sądzę, że nie będzie przesadą, gdy powiem, że 2/3 z nich to właśnie my - gryzonie. Wysyła się nas w kosmos (Iran, Kawoszgar-3), używa nas jako preparatów, testuje na nas toksyczność różnych substancji (Test LD50), wszczepia się nam chipy, otwiera mózgi, testuje wytrzymałość na ból, przeprowadza się na nas wiwisekcje.
Może trafiłabym do wrocławskiego Centrum Diagnostyki Eksperymentalnej i Innowacyjnych Technologii Biomedycznych Uniwersytetu Przyrodniczego, gdzie weterynarz-naukowiec dr Wrzostek w imię nauki, jak twierdzi, połamałby mi kręgosłup zrzucając nań ciężarek. A później naukowcy by obserwowali, jak sobie radzę z życiem, kiedy wpadnę w depresję, kiedy stracę apetyt, a może w ogóle nie przeżyję.
Zapewne zrobiłabym wszystko, by zminimalizować cierpienie na świecie (nie tylko swojego gatunku). Tym bardziej, że ów postęp, wiedza i władza nad naturą, jaką dotychczas osiągnął człowiek, nie tyle wynika z jego geniuszu, lecz wielości eksperymentów i z miliardów ofiar, jakie za tym wszystkim stoją.
Eksperymentujący na zwierzętach badacze to społeczność, która nie umieją robić nic innego, tylko eksperymentować. Oparli na tym swoje kariery naukowe i walczą o status quo. Napędza to przemysł biomedyczny, farmaceutyczny, w którym jest dużo pieniędzy. Niektóre instytuty z tego żyją. W USA testowano kiedyś na zwierzętach wszelkie możliwe substancje, które jakoby miały leczyć raka. Mimo wydania setek milionów dolarów eksperymenty nie przyniosły skutku.
Napisz do autorki: izabela.marczak@innpoland.pl
