
Oczywiście retrofuturyzm zmieniał się wraz z technologią. Dla współcześnie żyjącego człowieka nie tylko projekty sprzed wieku są anachroniczne. Filmy i seriale science-fiction, na które był boom w przez prawie trzy dekady (1960-1980), dzięki gwałtownemu rozwojowi techniki również stały się przestarzałe. Teraz gatunek przeżywa swój renesans w kinach i na ekranach telewizorów, ale zamiast bawić się w wyrocznię, składa hołd swoim poprzednikom.
Próby spojrzenia w przyszłość towarzyszą ludzkości od zawsze. Poza zwykłą ciekawością, która w skali mikro każe nam zastanawiać się, co jest za zakrętem nieznanej drogi, pozwala to na nabranie właściwej perspektywy. Łatwo pozbyć się arogancji i przekonania o własnym znaczeniu, gdy uświadomimy sobie, że zarówno poprzednie pokolenia, jak i te, które nastaną po nas, również żyły lub będą żyć w przekonaniu o własnej wyjątkowości.
Seria Fallout, czyli przykład mariażu ponurej wizji XXII wieku z estetyką lat 50.
Przykładem retrofuturyzmu w polskim kinie jest "Milcząca gwiazda" – dzieło filmowców z Polski i Niemieckiej Republiki Demokratycznej, oparte na "Astronautach" Lema. Nie przeszkodziło to pisarzowi bezlitośnie wyszydzić filmu jako beznadziejnego gniota. Gdy przymkniemy oczy na topornie serwowaną propagandę, nie powinno przeszkodzić w podziwianiu tego, jak uroczo naiwnie pół wieku temu wyobrażano sobie przyszłość.
Polacy również mają swój wkład w tę estetykę. Wystarczy wspomnieć „Seksmisję” Juliusza Machulskiego z 1984 roku. Reżyser kultowej już komedii science fiction umiejscowił jej akcję w 2044 roku, co współcześnie dalej jest odległą przyszłością.
napisz do autora: grzegorz.burtan@innpoland.pl