Gotowi na kolejną przygodę? Gwint nie jest "Wiedźminem 4", ale idealnie oddaje klimat uniwersum.
Gotowi na kolejną przygodę? Gwint nie jest "Wiedźminem 4", ale idealnie oddaje klimat uniwersum. Youtube/Gwent

Takie odcinanie kuponów to ja rozumiem. Po kilku chwilach spędzonych z testową wersją beta gry Gwint, można śmiało stwierdzić, że CD Projekt obrało dobry kurs na monetyzację zakończonej już cyfrowej serii o Wiedźminie. A wszystko to możliwe dzięki jednemu ze smaczków w trzeciej części przygód Geralta. Ostrzegamy – Gwint to jedna z tych gier, do której przysiada się na kilka minut, a kończy się następnego dnia o północy.

REKLAMA
Ostatnie doniesienia z obozu CD Projekt nastrajają pozytywnie. W ostatnim tygodniu kapitalizacja firmy sięgnęła rekordowych pułapów, a aktualny kurs za akcję wynosi 48,55 złotego – to oznacza, że w ciągu tygodnia cena wzrosła o ponad 20 proc. To wynik pozytywnej rekomendacji jednego z domów maklerskich, który widzi w spółce potencjał do kolejnych wzrostów. I nic dziwnego. Przekonaliśmy się o tym osobiście, poddając ciężkim próbom redakcyjnym testową wersję betę nadchodzącej produkcji ze stajni CD Projekt.
Jako gra Gwint pojawił się już w książkach Andrzeja Sapkowskiego. Jego cyfrowy debiut natomiast nastąpił wraz z premierą „Dzikiego Gonu” – jako rozbudowana karciana minigra. Zdobyła jednak takie uznanie graczy, że postanowiono stworzyć z niej oddzielny tytuł. Takie rozwiązanie ma sens – seria została zakończona, CD Projekt pracuje nad kolejnym dużym tytułem, ale trzeba jakoś zagospodarować niesłabnącą popularność wykreowanej w Polsce marki.
I tutaj cały na biało pojawia się Gwint. Nie różni się szczególnie od swojego pierwowzoru. W dużym skrócie: wybierasz talię kart konkretnej frakcji, a później rywalizujesz jeden na jednego z drugim graczem. Celem jest takie umieszczanie kart postaci na stole, aby ich łączny poziom siły był wyższy od kart przeciwnika. Żeby nie było za łatwo, niektóre posiadają specjalne umiejętności, które wpływają na przebieg gry, jak zadawanie obrażeń, leczenie obrażeń czy zwiększanie poziomu siły wybranych bohaterów. Wygrywa ten, kto na koniec rundy ma większy poziom siły. Zwycięża ten, kto pokona swojego oponenta dwa razy.
Proste, prawda? Żeby jednak gra zbyt szybko się nie znudziła, za wygraną walkę otrzymujemy nagrody, które później możemy przeznaczyć na nowe karty do naszej talii. Możemy ją rozbudowywać i edytować według naszych upodobań i przyjętej strategii, co dodaje różnorodności samej rozgrywce.
I dzięki temu gra jest taka wciągająca. Chociaż nie wygrałem żadnego sieciowego pojedynku (prawdę mówiąc, zazwyczaj przegrywałem z kretesem), uruchamiał się w mnie syndrom „jeszcze jednej partyjki” – czym jest w końcu kwadrans, poświęcony na niewinną potyczkę? Cóż, kiedy nagle zauważyłem, że minęło kilka godzin od rozpoczęcia mojej przygody z grą wiedziałem już, że wpadłem.
Od strony biznesowej, pomysł na wydanie Gwinta to świetny ruch CD Projekt. Głównie dlatego, że może on zagospodarować „sieroty po Geralcie”, jak również przyciągnąć nowych fanów, którzy nie mieli okazji zagrać w jego przygody. Bariera wejścia w kwestii znajomości uniwersum jest bardzo niska. Gracz nie czuje się zagubiony, tylko dostaje proste zadanie, opakowane w niezłą oprawę wizualną i dźwiękową.
Poza tym takie rozwiązanie zostało już zaimplementowane i sprawdzone. W 2014 potentat na rynku gier, firma Blizzard, która stworzyła między innymi uniwersum Diablo i Warcraft, wydała karcianą grę Hearthstone, której mechanika jest przybliżona do Gwinta.
Umiejscowiona w krainie Azeroth (znanego z serii gier dziejących się we wspomnianym wyżej uniwersum Warcraft) gra jest dalej dużym sukcesem firmy. W kwietniu bieżącego roku zagrywało się w nią 50 milionów użytkowników. Do tego w sprawozdaniu firmy na III kwartał 2016 roku czytamy, że tytuł osiągnął rekordową kwartalną miesięczną aktywność z dwucyfrowym wynikiem procentowym w porównaniu do analogicznego okresu w 2015 roku. W zeszłym roku Blizzard generował 20 milionów dolarów (ponad 60 milionów złotych) zysku miesięcznie – ten rok zamkną zatem z jeszcze lepszym wynikiem.
logo
Przykładowa partia w Gwinta Mat. prasowe
Jak Hearthstone został takim zyskownym przedsięwzięciem? Bo jest oparty na modelu free-to-play – grasz za darmo, a za nowe karty i dodatki płacisz ekstra. I internauci chcą za te dodatki płacić. W swojej obecnej wersji Gwint opiera się na podobnym systemie: możemy kupić beczkę z „łupami” (nowe karty) za walutę w grze. Tę jednak trzeba skrupulatnie gromadzić – kto nie ma cierpliwości, może wydać realne pieniądze i od razu otrzymać zestaw fantów.
CD Projekt nie wymyśla Gwintem koła, ale sprawnie implementuje rozwiązania znane z Hearthstone. Dzięki temu otrzymujemy lekkostrawny produkt o sporej dozie grywalności, osadzony do tego w popularnym i bardzo rentownym uniwersum. Jeżeli ostateczna wersja gry trafi również na platformy mobilne (na razie zapowiedziano wersję na Xbox One i PC), CD Projekt będzie mogło spokojnie skupić się na Cyberpunk 2077. Wirtualna karcianka zapewni im stały dopływ realnej gotówki.

Napisz do autora: grzegorz.burtan@innpoland.pl