Kto jest artystą, tworzącym wartościowe dzieła - miałaby decydować resortowa komisja.
Kto jest artystą, tworzącym wartościowe dzieła - miałaby decydować resortowa komisja. Fot. Marek Podmokły / Agencja Gazeta

Ostatnie lata były dla artystów drogą przez mękę. Nie dość, że sztuka traci swoją elitarność, a piraci uszczuplają im portfele, to jeszcze państwo odebrało im resztkę przywilejów – jak np. 50-procentowe koszty uzyskania przychodu. Pomysł na to, by ponownie zacząć traktować ich preferencyjnie, podoba się zatem właściwie wszystkim. Gorzej z odpowiedzią na pytanie, kto właściwie jest artystą. I kto ma oceniać, kto jest artystą.

REKLAMA
– Przez ostatnie lata artyści byli mocno bici: VAT na płyty i na książki; daniny na podatki i ubezpieczenia, które niczym nie różnią się od tego, co ma do zapłacenia przedsiębiorca; zabranie 50-procentowych kosztów uzyskania przychodu – wylicza w rozmowie z INN:Poland Maciej Szajkowski, współzałożyciel Kapeli Ze Wsi Warszawa, promotor muzyki i organizator m.in. warszawskiego Festiwalu Skrzyżowanie Kultur.
– Państwo na tym niewiele zarabia, a twórcy wiele tracą – mówi nam Andrzej Grembowicz, scenarzysta znanego serialu „Ranczo”. – Jeszcze kilka lat temu obowiązywały inne warunki funkcjonowania w świecie artystycznym i szkoda, że je pozmieniano – dodaje.
Z muzyki żyje co dziesiąty muzyk
Cóż, wkrótce może się to zmienić. W krajach zachodnich, jak podkreślają polscy artyści, funkcjonują rozmaite modele wspierania środowisk twórczych. W Polsce artyści wylądowali w jednym worku z przedsiębiorcami, choć realia ich pracy, jak i stawiane sobie cele mogą być krańcowo odmienne. – Na naszą poprzednią płytę, „Święto Słońca”, pracowaliśmy kilkanaście lat, łapiąc kontakty i tworząc pomysły. Dwa lata zabrało nam nagrywanie, co wiązało się z kosztami zaproszenia gości oraz wynajmowaniem dobrego studia. W sumie koszty dobiły poziomu ponad 100 tysięcy złotych – kwituje Szajkowski.
Jacek Dehnel alarmował na swoim profilu na Facebooku, że większość artystów nie ma pojęcia, że toczą się prace nad określeniem statusu artysty.
Jacek Dehnel alarmował na swoim profilu na Facebooku, że większość artystów nie ma pojęcia, że toczą się prace nad określeniem statusu artysty. Fot. Jakub Orzechowski / Agencja Gazeta
Ale nie chodzi wyłącznie o tego typu wydatki. Nawet pisarz, który w domowym zaciszu cyzeluje książkę czy zbiór poezji, albo malarz, który tworzy spektakularne dzieło, musi jeść i płacić rachunki. Efekt? – Gros ludzi zdolnych i twórczych para się innymi zajęciami. Gdyby spojrzeć na muzyków, którzy żyją w Polsce z muzyki, zebrałoby się może 10 procent – mówi Szajkowski. – Dotyczy to również Kapeli Ze Wsi Warszawa: zespół z 21-letnią historią, płytami i nagrodami, zapełniający sale koncertowe, tworzą muzycy, którzy żyją z innej działalności – kwituje.
Jego zdaniem, już obniżenie danin czy składek na ZUS byłoby dla środowisk twórców olbrzymią ulgą. Te drugie wraz z początkiem 2018 roku przebiły pułap 1230 złotych miesięcznie – co w realiach życia kulturalnego nad Wisłą jest olbrzymim obciążeniem finansów ludzi kultury: z reguły słabo opłacanych, a najchętniej kuszonych do udziału w rozmaitych przedsięwzięciach „możliwością promowania się” lub „celami charytatywnymi”. Zarabiają niewiele, odliczyć od podatku mogą tyle co nic, połowa nie jest ubezpieczona.
W tle jest też inny kontekst: niemała część środowiska jest niechętna obecnej partii rządzącej i, jak można usłyszeć, wraz ze zmianami miałaby „poważny orzech do zgryzienia”. Bowiem żadna z poprzednich ekip nie kiwnęła palcem, by poprawić sytuację ludzi kultury. Gdyby zmiany zostały przeforsowane, sympatie jednak mogłyby się diametralnie zmienić. – Poparcie może przebić 50 procent – szacuje jeden z naszych rozmówców.
Sztuka a komercha
No chyba, że artystów odstręczy awantura o status. Bowiem uznanie kogoś za artystę nie będzie takie proste: każdy zainteresowany ma bowiem własną definicję, czy kryterium, wedle którego należałoby nadawać status, a zatem i specjalne uprawnienia czy stawki. Organizacje twórców, jak Unia Literacka, proponują np. żeby o preferencjach decydowało to, czy artysta czerpie większość swoich dochodów z uprawianej sztuki – mniejsza wtedy o menedżera, który po godzinach namaluje i sprzeda obraz. Ale już zawodowy muzyk, który gra po godzinach, a za dnia pracuje, np. jako listonosz, nie będzie miał prawa do statusu artysty.
Trudno sobie wyobrazić, by artyści tacy jak Nikifor czy Witold Gombrowicz stawali przed urzędnikami.
Trudno sobie wyobrazić, by artyści tacy jak Nikifor czy Witold Gombrowicz stawali przed urzędnikami. Fot. Maciej Zienkiewicz / Agencja Gazeta
Maciej Szajkowski nie zastanawia się długo. – Dorobek. Najlepiej w jakiejś mierze cieszący się uznaniem środowiska twórczego – proponuje. W jego oczach na status artysty mógłby zatem zasługiwać praktycznie każdy parający się sztuką, bez względu na gusta i grupę odbiorców, od Jerzego Pilcha, przez Zenka Martyniuka, po „pacykarza”, który na miejskim deptaku sprzedaje „landszafty”.
To jednak tworzy pole do środowiskowych przepychanek o to, czyj dorobek to sztuka, a kto się sprzedaje. Inny model proponuje zatem resort Piotra Glińskiego: specjalna komisja ministerstwa oceni, komu status artysty się należy, a komu nie. Ta akurat propozycja zdenerwowała przynajmniej część środowiska. – Większość polskich pisarzy, malarzy, tancerzy, aktorów, rzeźbiarzy, filmowców nie ma zielonego pojęcia, że w Ministerstwie Kultury i Dziedzictwa Narodowego trwają prace nad wprowadzeniem statusu artysty. A jest to bardzo ważne dla całego środowiska artystycznego w Polsce – pisał na swoim profilu na Facebooku pisarz Jacek Dehnel.
Skąd ten alarmistyczny ton? Po pierwsze, być może z powodów politycznych – bo tak jak zmieniono kanon lektur szkolnych, tak można teraz dokonywać wyboru, kto jest artystą, albo przynajmniej artystą wartościowym, według ideologicznych lub politycznych kryteriów. Po drugie, z systemu wyeliminowani zostaliby prawdopodobnie twórcy, których twórczość ma charakter odbiegający od mainstreamu – bo trudno wyobrazić sobie Nikifora czy Witolda Gombrowicza, którzy udowadniają przed urzędnikami, że tworzą sztukę. Po trzecie, wystarczy przypomnieć sobie, że przed laty, w PRL, działały już komisje weryfikujące twórców. – Choćby słynny przypadek Czesława Niemena, który przez lata nie dostawał oficjalnej weryfikacji, bo nie podobał się jakiemuś panu z ministerstwa – przypomina Szajkowski.