Delikatesy Piotr i Paweł uratuje zapewne nowy inwestor.
Delikatesy Piotr i Paweł uratuje zapewne nowy inwestor. Fot. Łukasz Antczak / Agencja Gazeta

Branża handlowa przez kilka ostatnich tygodni skrupulatnie śledziła rozwój sytuacji w sieci Piotr i Paweł, która wreszcie postanowiła znaleźć inwestora. Eksperci są przekonani, że kłopoty firmy wynikały z próby balansowania między wizerunkiem luksusowych delikatesów, a jednoczesnymi próbami trafienia w gusta mniej majętnej klienteli. Jeżeli bowiem bogaty Polak czegoś oczekuje od sklepu, w którym miałby płacić za żywność więcej niż gdzie indziej – to konsekwencji.

REKLAMA
W branżowych mediach trwa licytacja na domysły, kto znalazł się na liście firm chcących przejąć sieć delikatesów Piotr i Paweł. Właściciele firmy chcieliby uniknąć losu swoich poprzedników – niedawno upadłej Almy czy sieci Bomi, która zbankrutowała już kilka lat temu. Na liście potencjalnych strategicznych inwestorów branżowych znajdowała się zarówno znana już Polakom francuska sieć E.Leclerc, jak i „inwestorzy z RPA i Azji”, o których opowiadał mediom członek rady nadzorczej delikatesów Piotr i Paweł, Robert Krzak.
Przestrzelić się z segmentem
– Niespodziewane w branży ograniczenie przez ubezpieczycieli limitów na transakcje między sieciami handlowymi a dostawcami w naturalny sposób zwiększyło zapotrzebowanie na kapitał obrotowy także w naszym przypadku oraz wymusiło rozpoczęcie prac nad zwiększeniem efektywności operacyjnej – tłumaczył przyczyny uruchomienia procesu poszukiwania inwestora jeden z twórców liczącej 145 sklepów sieci i jej główny udziałowiec, Piotr Woś.
Ale te same rygory dotknęły całą branżę, eksperci są więc skłonni doszukiwać się przyczyn kłopotów gdzie indziej. – Zapewne nastąpiła podobna sytuacja, jak w Almie: firma „przestrzeliła się” ze swoim segmentem – mówi nam Zbigniew Kmieć, ekspert Związku Przedsiębiorców i Pracodawców. Jego zdaniem, odkąd produkty luksusowe czy przynajmniej wyjątkowe pojawiły się na półkach „zwykłych” supermarketów – a bywa że i dyskontów – właściciele delikatesów podkreślających swoją ekskluzywność stracili grunt pod nogami.
Sieć Alma przeinwestowała, być może wystartowała zbyt wcześnie, by doczekać konsumpcyjnego boomu.
Sieć Alma przeinwestowała, być może wystartowała zbyt wcześnie, by doczekać konsumpcyjnego boomu. Fot. Tomasz Pietrzyk / Agencja Gazeta
– Nie byli w stanie stworzyć własnej, odrębnej rzeczywistości – podkreśla Kmieć. – Alma przeinwestowała, a Piotr i Paweł stanął w rozkroku między towarami luksusowymi, a supermarketem – dorzuca.
Od parmezanu do awokado
Z luksusem Polak zdążył się już chyba oswoić. Dekadę temu mianem „luksusowej” żywności określano „szynki parmeńskie i parmezany, wyszukane oliwy, alkohole z odległych zakątków świata i inne importowane produkty” – cytując za tekstem „z epoki” opublikowanym wtedy na portalu naszemiasto.pl. Kilka lat temu w rankingu na „żywność luksusową” zwyciężały z kolei homary, kawior i kiełbasa z dzika. Dzisiaj pewnie byłyby to rozmaite „ekologiczne wynalazki”, ekstrawaganckie napoje energetyczne z egzotycznych ziół czy owoców oraz inne niszowe, nie „ograne” jeszcze na polskim rynku rarytasy.
Klient, który mógłby być docelowym adresatem takich produktów, zgodnie z wynikami badań zalicza się do grupy osób zarabiających ponad 7 tysięcy złotych „na rękę” miesięcznie. Nie jest to wąska grupa: już w 2015 r. firma KPMG szacowała ją na 969 tysięcy Polaków. Jest więc do kogo adresować ofertę.
Co więc stało się w sieci Piotr i Paweł? – Jeżeli się już pozycjonujemy na luksusowość, nie możemy jednocześnie ogłaszać promocji na bilboardach: że jakieś produkty są tańsze, a inne wyprzedażowe – mówi Kmieć. – Albo gramy konsekwentnie, albo stoimy w rozkroku, a tego drugiego klienci nie lubią. Tymczasem mamy w Polsce „takiego klienta, który jest aspirujący”. Najlepszym dowodem jest funkcjonowanie coraz większej liczby luksusowych bazarów, z towarem praktycznie rzemieślniczym – tłumaczy ekspert.
Rzemieślnicze produkty i bazary zyskują coraz większą popularność i stanowią modny odpowiednik luksusowych towarów i sklepów.
Rzemieślnicze produkty i bazary zyskują coraz większą popularność i stanowią modny odpowiednik luksusowych towarów i sklepów. Fot. Bartosz Bańka / Agencja Gazeta
Trzy filary luksusu
Konsekwencja oznacza w przypadku dóbr luksusowych postępowanie wręcz sprzeczne z ogólnie przyjmowaną na polskim rynku logiką. Jeden z zachodnich autorytetów w dziedzinie marketingu doradza eksponowanie wysokiej ceny produktu, jego ograniczonej dostępności, precyzji ręcznej produkcji, czy wreszcie znikomej promocji i reklamy. W praktyce te teoretyczne podstawy bywają zachowywane rzadko, bo część marek luksusowych żyje z tego, że realny przychód osiąga sprzedając „w promocji” pozornie luksusowe towary. Ale zabieg jest stosowany bez rozgłosu, pozostając tajemnicą poliszynela.
Kmieć przekłada to na realia polskich delikatesów. – Firma, która chciałaby trafić do konsumentów nie oszczędzających na żywności, musiałaby mieć w ofercie produkty, których nie ma u konkurencji – mówi. – Musiałaby konsekwentnie utrzymywać swój wizerunek, bez „skaz” typu „wyprzedaże” czy „wyjątkowe promocje”. Do tego należałoby dodać jeszcze trzeci element: absolutnie fachowy personel – kwituje.
Taki kupiecki wizerunek doskonale pasuje do mody na produkty ekologiczne, od rolnika czy rzemieślnika, jaka zapanowała w dużych miastach. Co ciekawe jednak, również w mniejszych miejscowościach podobne delikatesy nie są jakimś nadzwyczajnym wyjątkiem. – Widzę, jak powstają w miejscach takich jak Tarnowskie Góry czy Biłgoraj. Zaczyna się od sklepu mięsnego czy warzywniaka, a z czasem przybywają kolejne elementy – i powstaje wreszcie arcyciekawe miejsce, sklep kupiecki, zawsze firmowany twarzą właściciela – opowiada. Niewykluczone, że następna moda, jaka zapanuje na polskim rynku, będzie opierać się na wyszukiwaniu takich właśnie perełek lokalnego biznesu.