Zmieniamy czas z zimowego na letni. Śpimy krócej, ale prawdziwy horror mieli z tym 200 lat temu

W ostatni weekend marca 2018 zmieniamy czas z zimowego na letni.
W ostatni weekend marca 2018 zmieniamy czas z zimowego na letni. Fot. Przemek Wierzchowski / Agencja Gazeta
W ten weekend z 24. na 25. marca, o drugiej w nocy przesuwamy zegarki do przodu i będziemy spać krócej o godzinę. Po co to właściwie robimy i który czas jest dla nas prawdziwy?

W nocy z soboty na niedzielę przestawiamy zegarki na czas letni. To co teoretycznie będziemy robić, to przesuwać wskazówkę z godziny drugiej na trzecią. Ale w większości naszych urządzeń tego robić nie będziemy, bo większość z nich godzinę przestawi sobie sama. My musimy pamiętać o zegarach analogowych i tych, które nie mają połączenia z siecią. Uwierzcie, to nie jest najgorsze w całym tym zamieszaniu.

W porównaniu z tym, co działo się 200 lat temu, dzisiaj poza krótszym snem i tak mamy względny luksus.

Żeby przybliżyć problemy z czasem, musimy sobie wyobrazić, że cofamy się do pierwszej połowy XIX wieku i próbujemy skontaktować się telefonicznie z osobą mieszkającą w tym samym państwie, ale w innym mieście, oddalonym o kilkaset kilometrów (na linii wschód-zachód). Wyobraźnia jest tutaj kluczowa. Musimy sobie bowiem również wyobrazić, że istnieją już telefony. Już? Wspaniale. To teraz zakładamy, że umówiliśmy się na telefon o 14:00.

Co miasto to inna godzina
I co się dzieje? Mamy spory problem, bo najpierw powinniśmy byli ustalić, u którego rozmówcy ma być wtedy 14:00. Wielu z was pewnie spyta: dlaczego? A dlatego, że nie było jeszcze pojęcia stref czasowych, które ustanowiono dopiero w 1884 roku. A w związku z tym w każdym mieście obowiązywał czas lokalny, wyznaczany przez słoneczne południe.


O tym, jak duże są to różnice, może świadczyć chociażby fakt, że w Polsce różnica w czasie słonecznym na dwóch krańcach kraju wynosi około 40 minut.

Jedziesz koleją? Policz sam kiedy dojedziesz
W XIX wieku zegarki były na tyle drogie, że stać na nie było niewielu, a czas i tak nie miał dla ludzi takiego znaczenia jak dzisiaj. Widoczne to było zwłaszcza w małych miasteczkach i na wsiach, gdzie rytm dobowy regulowany był wschodami i zachodami słońca, a za wystarczająco precyzyjne określenie wystarczało: rano, w południe, po południu, wieczorem.

Problem dokładnego odmierzania czasu pojawił się dopiero wraz z rozwojem sieci kolejowej i upowszechnieniem podróży tym środkiem transportu. Pierwsze rozkłady musiały posiadać jedną ważną informację – według jakiego czasu podano w nich godziny przyjazdów i odjazdów.

Dość szybko poradzono sobie z tym problemem w Wielkiej Brytanii, gdzie jeszcze w 1847 r. zaproponowano wprowadzenie specjalnego „czasu kolejowego”, który bazował na czasie londyńskim.


Gorzej było w ówczesnych Niemczech, gdzie jeszcze do 1874 r. czas kolejowy obliczano na podstawie wielu czasów lokalnych obowiązujących w największych miastach. Efekt był taki, że każdy podróżny sam musiał sobie obliczać ile zajmie mu konkretna podróż koleją.

Od kolei do czasu strefowego
Następnym krokiem, który miał nam ułatwić posługiwanie się zegarami i dostosować czas do naszych potrzeb, było utworzenie stref czasowych. Zostały one zaproponowane w 1878 r. przez wynalazcę z Kanady – Sandforda Fleminga. Wprowadzono je zaś w 1884 r.

Ziemię podzielono na 24 strefy. Każda z nich miała 15 stopni, a ich granice wyznaczały południki. Taki oczywiście był zamysł pierwotny, bo dzisiaj ze względów administracyjnych i politycznych strefy czasowe mają liczne „wybrzuszenia”, które można oglądać na mapach.

O której jest południe w Polsce?
W strefie, w której znajduje się Polska, mamy czas słoneczny na 15 południku długości wschodniej (to mniej więcej linia Stargard-Zgorzelec). Im dalej na wschód, tym południe jest wcześniej. Na przykład w Warszawie południe przypada około 25 minut wcześniej.

No to jaki czas jest w końcu dla Polski prawdziwy, zimowy czy letni? O ile dla krańców zachodnich można powiedzieć, że najdokładniejszy jest czas zimowy, bo wyznaczana przez niego godzina 12:00 zbiega się tu ze słonecznym południem, to dla wschodniej Polski żaden z czasów nie jest odpowiedni. Zimą południe będzie tam wypadać około 11:30, a po przestawieniu zegarków na czas letni mniej więcej o 12:30. Jak widzicie jest to po prostu kwestia umowna.

Po co zmieniamy czas?
Najważniejsze, że dla większości państw na świecie czasem wyznaczanym przez strefy czasowe jest tzw. czas zimowy. To czas letni jest wprowadzany na jakąś część roku.

Pierwsze propozycje odnośnie zmiany czasu wyszły spod pióra Benjamina Franklina, jednak ich humorystyczny charakter spowodował, że ludzie potraktowali je jako żart.

Głównym pomysłodawcą zastosowania zmian czasu stali się Niemcy w czasie I wojny światowej. W 1916 r. na terenie Rzeszy, Austro-Węgier zdecydowano się z końcem kwietnia popchnąć wskazówki zegarów o godzinę do przodu, a z końcem września zatrzymać je na godzinę. Na podobne rozwiązania zdecydowali się również Brytyjczycy i Amerykanie.

Głównym celem tego rozwiązania była oszczędność energii elektrycznej, która miała wynikać z tego, że latem ludzie i tak nie wstają wcześniej, za to dłużej mogą korzystać ze światła dziennego. Jednak najnowsze badania wskazują, że oszczędności, są symboliczne, o ile w ogóle zauważalne. W Polsce zmiana czasu nie była konsekwentnie przestrzega. Czas letni nie obowiązywał w naszym kraju w latach 1950-1956 i 1965-1976.

Czy zmiana czasu jest potrzebna?
Obecnie trwa dyskusja nad zaniechaniem zmiany czasu. Oznacza to tyle, że najprawdopodobniej zostaniemy wtedy przy naszym czasie strefowym, czyli tzw. „czasie zimowym”. Należy przy tym wspomnieć, że ta historyczna pozostałość, jaką jest zmiana czasu na „letni” ma jedną przyjemną cechę – na wiosnę dzień nagle wydłuża się o godzinę i aż do jesieni możemy się dłużej cieszyć światłem słonecznym.
Trwa ładowanie komentarzy...

BLOGI

NAJNOWSZE WPISY

Piotr BuckiPiotr Bucki

Podczas ostatniej konferencji Kurs na HR w Gdańsku, Marcin Grzegory z Invest in Pomerania, zadał widowni pytanie, „Kto z Państwa wie coś na temat projektu Invest in Pomerania”. Potem dodał, „Pytam, bo wiem, że nie ma nic gorszego niż opowiadania o rzeczach, które ludzie znają i kojarzą”. Miał rację.

Łukasz DudkoŁukasz Dudko

Odpowiedzi na to pytanie jest tyle, że wystarczyłoby pewnie na grubą książkę, ale skupmy się na dwóch kluczowych błędach: słabej analizie konkurencji oraz nieprzygotowaniu produktu i zespołu. Bez tego ekspansja na rynki zagraniczne nie ma szans.

Bartłomiej DąbkowskiBartłomiej Dąbkowski

Walter Isaacson, w podsumowaniu biografii Leonardo da Vinci, podsuwa nam sporą listę wniosków wynikających z działalności artysty, które można wykorzystać do rozwijania swojej kreatywności.