Koszmar podroży służbowych. Pytamy, co naprawdę kryje się za fajnymi zdjęciami na Instagramie

Podróże służbowe to nie tylko zawodowa konieczność, stały się już w zasadzie stylem życia
Podróże służbowe to nie tylko zawodowa konieczność, stały się już w zasadzie stylem życia 123rf.com/Manit Plangklang/zdjęcie seryjne
Podróże służbowe to nie tylko zawodowa konieczność, stały się już w zasadzie stylem życia. Społecznościówki są zalewane przez zdjęcia biznesmenów i pracowników ze wszystkich zakątków świata. – Ale fajne życie – powie Kowalski, scrollujący Instagram. – Prze*** – usłyszy zapewne w odpowiedzi od samego autora zdjęcia.


Włączam Instagram. Pierwsze zdjęcie – uśmiechnięta kobieta wychodzi z hotelowego basenu. Jest właśnie w delegacji, w domyśle – patrzcie jak fajnie – świetnie się bawię i wszystko to za pieniądze firmy. Idziemy dalej – pan w garniturze, a w tle piaszczysta plaża. Takie tam w przerwie między umówionymi spotkaniami. Kolejne ujęcie – rozanielona mina, na głowie słuchawki, a w komentarzach długa lista polecanych motywacyjnych audioboków.


Wszyscy zrelaksowani i wypoczęci. Jeżdżą w egzotyczne miejsca, zwiedzają świat i nic za to nie płacą. Brzmi jak marzenie, prawda? W dodatku w dobie mediów społecznościowych wszystkim możemy się pochwalić w czasie rzeczywistym. I ludzie skwapliwie z tego korzystają. Sam hasztag "businesstravel" ma na Instagramie niemal 400 tys. zdjęć. Tu fotka na Insta, tam zdjęcie na fejsa. W komentarzach pojawiają się głosy zazdrości: „o takiemu to dobrze”. Tyle że nie do końca.

– Piwo nad basenem to często jedyne, na co mogę sobie pozwolić po całym dniu pracy w delegacji – oponuje Michał, 29-letni inżynier, który w wyjazdach służbowych spędza czasami większą część miesiąca.

Michał opowiada, że początkowo był zachwycony wizją ciągłego jeżdżenia po Polsce i Europie. – Firma płaci za paliwo albo przeloty. Nocuje w 4-gwiazdkowych hotelach. Łatwo się w tym zatracić, to działa jak narkotyk. Minusy dostrzega się dopiero po czasie – dorzuca.


Ciemna strona hipermobilności
Ciemną stronę podróży służbowych zauważyli również naukowcy. Badacze z University of Surrey w Wielkiej Brytanii i Linnaeus University w Szwecji opublikowali pracę, które nazwali „Ciemną stroną hipermobilności”.

Ich dociekania sprowadziły się w gruncie rzeczy do prostego researchu i zebrania wielu prac na temat efektów częstych podróży w jednym miejscu. Na podstawie tego co znaleźli, naukowcy wyróżnili 3 rodzaje konsekwencji, jakie dotykają podróżnych.

Pierwsza z nich tyczy się efektów fizjologicznych. Nie chodzi tu rzecz jasna o drobne niedogodności w rodzaju zesztywniałych nóg. Problemem jest jet lag, czyli dolegliwości w rodzaju senności i zmęczenia wynikające z pokonania wielu stref czasowych w krótkim czasie. Częste narażenie na jet lag przyspiesza starzenie, zwiększa ryzyko ataku serca i udaru.

Efekty zmiany strefy można odczuwać nawet do 6 dni po przylocie w postaci zaburzeń koncentracji i nastroju. Rzecz do zaakceptowania w kontekście 2-3 tygodniowych wakacji. Gorzej, jeżeli na drugiej półkuli będzie nad dane spędzić ledwie kilka dni. Ciągłe podróżowanie bezlitośnie obchodzi się też z naszym wyglądem. – Od siedzenia na dupie robisz się leniwy i rozlazły – mówi wprost Michał. – Dużo trudniej dbać o kondycję i formę. Jeżeli jeździsz po Polsce samochodem, to w trasie możesz zjeść głównie fast foody. Nie jest to jakieś ultra fit jedzenie.

– W podróży też często jest się w biegu. Człowiek nie myśli o podstawowych sprawach jak choćby jedzenie. Przypominasz sobie o nim wieczorem w hotelu. O 21 jesz więc obiad z dwóch dań, przez cały dzień jadąc na kawie i batonikach. Niezbyt to zdrowe. Do tego dochodzi alkohol, bo nie każdy potrafi zasnąć w nowym miejscu – kontynuuje.

Problemy z wagą miał też Kuba, 43-letni handlowiec, który w rozjazdach po Polsce spędza 3 dni w tygodniu. Do tego dochodzą regularne eskapady do Holandii – mniej więcej 2-3 razy w miesiącu.

– Na początku miałem ogromny problem z utrzymaniem wagi. Teraz planuję podroż też pod kątem jedzenia, patrzę, gdzie mogę się zatrzymać. O fitnessach mogę zapomnieć, za mało czasu – mówi.

Częsta jazda samochodem po kraju spowodowała, że nabawił się schorzeń kolan i lędźwi. W przeciwieństwie do Michała, po całym dniu pracy nie może jednak liczyć na dobre hotele, bo z noclegami musi się zmieścić w ograniczonym budżecie.

– Przez oszczędności zdarzały mi się różne historie. Trafiałem np. do hoteli, gdzie całą noc trwały imprezy firmowe. Niektóre pokoje okazywały się też stare i brudne – wspomina.Brak czasu
Czas, a właściwie jego brak, to jeden z głównych problemów na wyjazdach służbowych. – Ludzie myślą, że podróż służbowa to mini wypoczynek, a w rzeczywistości czas pracy się wydłuża. Do 8 godzin pracy dochodzą jeszcze przejazdy. Nawet jeżeli lądujesz na koniec dnia w 4-gwiazdkowym hotelu, to czasami jesteś zbyt zmęczony, żeby zrobić coś sensownego. Siedzisz więc w pokoju, pijesz drinka i oglądasz kablówkę – mówi Michał.

Opowiada też, że jego koledzy potrafią zrezygnować z takiego noclegu opłaconego przez firmę, jeżeli tylko są w stanie tego samego dnia wrócić do domu. Bo w hotelu jest zwyczajnie nudno.

Samotność długodystansowca
Jedziemy dalej – badacze do dolegliwości fizycznych dorzucają psychologiczne i emocjonalne efekty ciągłej rozłąki z domem. Pojawia się więc poczucie samotności i społecznej izolacji. Tym głębsze, podkreślają, że podróżujący dostają jeszcze w pakiecie poczucie winy związane z zostawieniem ukochanej osoby w domu.

– Samotny wieczór w hotelu to jedno z bardziej przygnębiających doświadczeń w życiu. Schodzę do hotelowych restauracji nawet nie dlatego, że jestem głodny, ale żeby poczuć, że jestem w towarzystwie innych ludzi. Nawet jeżeli są mi całkowicie obcy, a szczytem konwersacji jest small talk o jakości potraw ze szwedzkiego stołu – opowiada Michał.

Momentalnie pojawiają się wtedy wrzutki na Facebooka i Instagram? – Fajnie wrzucić zdjęcie z wyjazdu od czasu do czasu. Człowiek ma poczucie jakiegoś kontaktu ze znajomymi, nawet jeżeli wyraża się przez lakoniczne komentarze, lajki i serduszka – mówi Michał.

Przez wieczną nieobecność cierpią też relacje z rodziną, znajomymi i żoną albo dziewczyną. – Trudno jest się złapać ze znajomymi. Życie prywatne musi się podporządkować pracy, bo przecież nie zawsze wrócimy z wyjazdu na 16.30. Właściwie, to praktycznie tak się nie zdarza – podkreśla Michał.

I dodaje, że wystarczy, że delegacja wydłuży się o jeden dzień i już pojawiają się narzekania ze strony partnerki. – Potem to się zaczyna nakręcać. Mam znajomych, którzy wracają do domu, słyszą narzekania ze strony żon, więc się emocjonalnie dystansują. To łatwe, bo za chwilę czeka ich kolejny wyjazd. I związek zaczyna przygasać. Poradzić sobie z kryzysem małżeńskim w takich warunkach to duże wyzwanie – podkreśla Michał.

Kuba kombinuje inaczej. Z dziećmi łapie się za pomocą smartfonów w trakcie drogi, przemierzając autostrady. – Dzięki temu mogę zachować w miarę stały kontakt z dziećmi – komentuje.
Podróże jak narkotyk
Podróżowanie po świecie uzależnia i nie jest to metafora. – Wszystko wskazuje jednak na to, że uzależnienie od podróżowania jest bardziej kategorią psychologiczną niż biochemiczną. Oczywiście jak ze wszystkim, także tu, jeśli pozwolisz, by przejęło to nad tobą kontrolę, może to mieć poważny wpływ również na inne aspekty twojego życia – tłumaczył swego czasu dr Michael Brein, który zawodowo zajął się tym tematem.

Rozróżnienie na wyjazdy prywatne i służbowe jest tutaj daremne. Kuba i Michał również podkreślają, że mimo wszystkich minusów, w podróże biznesowe wyjeżdżają z przyjemnością.

– Lubię jeździć i poznawać nowych ludzi. W swoim życiu zwiedziłem większość miejsc w Europie, choć kilka zakątków jeszcze się uchowało. Gdybym nie musiał już wyjeżdżać w celach służbowych, zacząłbym to robić już zupełnie prywatnie – przyznaje Kuba.

Michał dodaje - „to jednak wciąż podróże”. – Możesz poznać ciekawych ludzi, mimo wszystko coś obejrzeć. Trzeba tylko znaleźć w sobie trochę siły i nawet, jeżeli jest się zmęczonym, wyjść z hotelu na dłuższy spacer. No i trzeba postawić sobie limit, dla mnie to 3 dni tygodniowo – opowiada.

Coraz więcej podróży
Podróży służbowych będzie coraz więcej, bo dzisiejszy rynek coraz bardziej się globalizuje. I nie mówimy tu wyłącznie o korporacjach. Działanie na własnym podwórku naprawdę mało kogo teraz satysfakcjonuje. Badanie przeprowadzone przez Diners Club Polska na grupie 500 przedsiębiorców pokazało, że podróże służbowe to codzienność w 53 proc. firm z sektora małych i średnich przedsiębiorstw. Połowa szefów powiedziała, że swoich podwładnych wysyła w delegację przynajmniej 2-3 razy w miesiącu.

Może się więc okazać, że podróże służbowe, choć niepozbawione wad staną się niepostrzeżenie udziałem dużej części z nas. – W ciągu następnych 10-15 lat jest bardzo możliwe, że będziemy toczyć procesy sądowe przeciwko firmom, które nie podejmują działań mających na celu ograniczenie podróży służbowych pracowników – prognozują uczeni. Bo ciemnej strony częstych podróży nie wynagrodzą nawet rekordowe zasięgi na Insta.

Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie

Oceń ten artykuł:

Trwa ładowanie komentarzy...
0 0Zrobił aplikację, bo chciał pomóc mamie. Okazała się takim hitem, że rzucił pracę i założył firmę
0 0Para Polaków zrobiła biznes... na psich głowach. Sprzedają swoje rzeźby na całym świecie
0 0Stoją w kolejkach, kupują buty i sprzedają je drożej. Na parze zarabiają nawet 5 tys. zł
0 0E-sport w Polsce potrzebuje pracowników. Ale uczelnie nie potrafią ich kształcić
0 0Pływa w syrenim ogonie i uczy tego innych. "Dla syren nie ma górnej granicy wiekowej"