Amit Peled wracał z urodzinowego koncertu Krzysztofa Pendereckiego
Amit Peled wracał z urodzinowego koncertu Krzysztofa Pendereckiego Facebook.com/CellistAmitPeled

Nie można mieć wątpliwości, że w rękach zawodowca struna od wiolonczeli może być śmiercionośnym narzędziem. Jednak w dłoniach światowej sławy wiolonczelisty jest tylko (i aż) narzędziem do emisji pięknych dźwięków. Dlaczego zatem na Okęciu kazano mu je wyjąć z bagażu podręcznego?

REKLAMA
Izraelski wiolonczelista Amid Peled przyjechał do Polski na festiwal muzyczny, który uświetnił urodziny Krzysztofa Pendereckiego. Gdy wracał, napotkał na problem.
Okazało się, że podczas kontroli bezpieczeństwa jego zapasowe struny, umieszczone w bagażu podręcznym, uznano za niebezpieczne narzędzie.
Peledowi zaproponowano, by przełożył je do bagażu głównego, który podróżuje w luku bagażowym. Muzyk nie chciał się na to zgodzić, więc po prostu nie poleciał.
Co tam się stało?
Jak pisze Gazeta.pl, obsługa lotniska miała mu też sugerować, żeby zdjął struny założone już na wiolonczelę. Peledowi udało się wytłumaczyć, że ich naciąg utrzymuje cały instrument w odpowiedniej formie.
I to nie byle jaki, bo mówimy o 300-letniej wiolonczeli Stardivariusa. Peled dostał ją w prezencie od wdowy po innym wybitnym muzyku.
Sprawa stała się bardzo głośna w wielu zachodnich mediach, bo był to bodaj pierwszy przypadek, gdy muzykowi nie pozwolono wnieść na pokład zapasowych strun do wiolonczeli. Przedstawiciele lotniska tłumaczą, że jest im przykro, ale zasady to zasady, a struny mogą być niebezpieczne i już.