Elektryczny rower z Mielca daje radę. Nic dziwnego, że sprzedaje się jak świeże bułeczki

JIVR składa się banalnie prosto - udowadnia to Marcin Piątkowski, szef firmy go produkującej
JIVR składa się banalnie prosto - udowadnia to Marcin Piątkowski, szef firmy go produkującej Foto: INNPoland.pl
To połączenie składaka, jakim wujek jeździł na ryby i elektrycznej hulajnogi. A jednocześnie chyba pierwszy elektryczny pojazd z Polski, jaki budzi spore zainteresowanie i naprawdę nieźle się sprzedaje. A jak jeździ się naszym eksportowym hitem o nazwie JIVR?


To naprawdę fajny rower, chociaż Marcin Piątkowski, pomysłodawca projektu, niespecjalnie lubi określanie JIVR-a w ten sposób. Bo jego zdaniem to coś innego niż rower – niby ma ramę, dwa kółka i pedały, ale nie został zaprojektowany dla rowerzystów.


Rowerzysta zna zalety i wady roweru, nie trzeba go przekonywać. Tymczasem JIVR (czyt: dżajwer) jest od początku pomyślany jako sprzęt dla ludzi, którzy podczas poruszania się po mieście nie brali pod uwagę roweru. I to jest akurat zauważalne.

Słowem, które Marcin Piątkowski lubi, jest "godność". Pół żartem, pół serio mówi nam, że JIVR pozwala na poruszanie się po mieście z zachowaniem tejże. Jego zdaniem jest to jedyny sposób na szybkie przemieszczanie się, bez utraty w miarę poważnego wyglądu.

– Zobacz jak wygląda na rowerze człowiek w garniturze. Niespecjalnie. Tak samo jest ze skuterem czy hulajnogą, zresztą tym pierwszym i tak można poruszać się tylko po ulicach. A JIVR wjedzie wszędzie, a człowiek na nim siedzący nie wygląda śmiesznie, nie traci godności – twierdzi Marcin Piątkowski.


I coś w tym jest. JIVR-a bardzo łatwo ustawić. Szybka regulacja wysokości siodełka i kierownicy i pędzimy przed siebie. Pierwsze wrażenie: JIVR jest naprawdę wygodny. To aż dziwi, bo konstrukcja wygląda spartańsko. W designie mówi się "minimalistycznie". Sporo miejskich rowerów elektrycznych wygląda dość pokracznie – ten całkiem stylowo.
Wróćmy jednak do wygody. Żelowe siodełko nie ciśnie w pupę, asymetryczną kierownicą operuje się łatwo. Na początku pewnym problemem jest wybór trybu jazdy, bo do przeprowadzania tego typu operacji używa się tylko jednego przycisku, który wciska się kilka razy. Raz – włączamy, dwa – tryb miejski, trzy – i tak dalej. Nie ma do tego żadnego wyświetlacza, chyba że przypniemy sobie smartfona do kierownicy – co zresztą zaleca producent.

Konstrukcja wygląda na delikatną, ale bez problemu może nią podróżować osobnik o wadze grubo (nomen omen) ponad 100 kilo. Im więcej się waży, tym słabsze osiągi, ale i tak nie jest źle. Rower jest bardzo wygodny i zwrotny, jeździ się nim całkiem przyjemnie i to nawet po niezbyt równych nawierzchniach. Wjechanie pod delikatny krawężnik nie powoduje, że z zębów wypadają nam plomby. Oczywiście nie da się tego porównać do w pełni amortyzowanego górala, ale byłem naprawdę pozytywnie zaskoczony wygodą.

Bateria i silnik dadzą radę wspomagać nas przez maksymalnie 50 km i przy prędkości do 25 km/h. JIVR to typowo miejski jeździk, dość wąskie opony i małe koła nie sprawdzą się na nieutwardzonych trasach.

Silnik JIVR-a może pomagać nam w jeździe tylko wtedy, gdy pedałujemy. To efekt przepisów i zasad, odróżniających elektryczny rower od skutera – ma to spory sens. Kiedy jedziemy z górki albo po prostu się toczymy, silnik nie będzie nam pomagał. Wzbudzi do dopiero kręcenie pedałami. No ale to rozwiązanie znamy z innych rowerów elektrycznych.

Czemu w takim razie o JIVR-ze jest głośno? Chyba głównie za sprawą designu i wygody. Bo JIVR-a nie robili ludzie znający się na rowerach. Piątkowski od początku ich unikał. Wiedział, że nie wynajdzie koła, ale zlecając zaprojektowanie elektrycznego miejskiego roweru ludziom z branży moto, aero i IT, podejrzewał, że podejdą do tematu niestandardowo. I tak się faktycznie stało.

JIVR nie ma łańcucha. Napędza go wał ukryty w ramie, połączony z inną przekładnią, przekazującą obroty na koło. JIVR nie ma typowych widelców, bo koła mocowane są z boku. Silnik, akumulator, wał – wszystko jest schowane w ramie. Dzięki temu całość wygląda zgrabnie i ma nisko położony środek ciężkości.

Trzask prask i mamy wózek
A teraz czas na kolejny hit – to wszystko się składa. I to do postaci, którą możemy ciągnąć, pchać, postawić w kącie restauracji lub biura albo bez problemu wcisnąć do bagażnika w samochodzie.
Złożenie roweru wymaga dosłownie trzech czynności – otwarcia zawiasów, wyciągnięcia kierownicy i pozginania wszystkiego w odpowiedni sposób. To jest banalnie proste, a w efekcie otrzymujemy coś na kształt spłaszczonego fotela na kółkach z własnym uchwytem. I to jest duży plus JIVR-a, bo możemy go wziąć do biura i postawić w kącie, zamiast porzucać dość drogi sprzęt na ulicy.

Tu dochodzimy do kwestii mniej przyjemnej – JIVR kosztuje prawie 3200 euro, co w Polsce daje niemal 14 tysięcy złotych. Jak na rower jest to sporo, jak na rower elektryczny niezłej klasy – cena jest konkurencyjna. Sam Piątkowski określa to jako "przystępne premium".

Nowe modele JIVR-a
Szef firmy produkującej rower nie zamierza poprzestać na produkcji jednego modelu – chce go wykorzystać jako platformę rozwojową do kolejnych produktów. Piątkowski zapowiada też otwarcie własnego centrum badawczo-rozwojowego i kupienie własnej hali do produkcji JIVR-a.

– Wszystkie dotychczasowe rundy finansowania zakończyły się sukcesem. W 2018 JIVR zdołał pozyskać 1,3 mln euro. W 2019 planujemy pozyskać kolejne 3 mln euro z funduszy i od inwestorów prywatnych oraz dodatkowo 5 mln euro z dofinansowania z UE – tłumaczy Marcin Piątkowski.

W sumie, do końca 2019 roku, JIVR planuje zebrać między 5 a 10 milionów euro, szukając środków w Polsce, Europie Zachodniej oraz Azji. Znaczna część funduszy będzie przeznaczona na budowę centrum R&D, które ma ruszyć w drugim kwartale 2019 roku i własnego zakładu produkcyjnego w południowej Polsce.

– Przez najbliższy rok chcemy zatrudnić łącznie około 50 osób. Poza inżynierami, firma będzie zatrudniać między innymi mechaników, elektroników, mechatroników i projektantów – tłumaczą przedstawiciele firmy.

JIVR zostanie wyposażony w system czujników, nadajników oraz odbiorników o nazwie JIVR | Senses. Jednym słowem będzie wysyłał, zbierał oraz analizował informacje związane z rowerem i jego otoczeniem. Dodatkowo rower sam będzie informować o potrzebie serwisu, stanie baterii oraz czy warunki jego przechowywania są odpowiednie.

– Tego typu systemy wykorzystywane są już w branży samochodowej, pozwalając pojazdom na komunikowanie się między sobą w celu uniknięcia wypadku – mówi Marcin Piątkowski.

Rower przyszłości zostanie także wyposażony w moduł GPS (pozwalający zdalnie odnaleźć rower w przypadku zgubienia bądź kradzieży), akcelerometr (pozwalający na wykrycie niebezpiecznego zdarzenia na drodze), zestaw kamer oraz “czarną skrzynkę”, która w razie wypadku zapisze i prześle do chmury ostatnie kilka minut nagrania. Dodatkowo rower będzie miał system komunikacji między pojazdami.

Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie

Oceń ten artykuł:

Trwa ładowanie komentarzy...
0 0Zrobił aplikację, bo chciał pomóc mamie. Okazała się takim hitem, że rzucił pracę i założył firmę
0 0Przepis PiS-u na bezkarność. Człowiek partii na czele najważniejszego organu kontroli w państwie
0 0Para Polaków zrobiła biznes... na psich głowach. Sprzedają swoje rzeźby na całym świecie
0 0Stoją w kolejkach, kupują buty i sprzedają je drożej. Na parze zarabiają nawet 5 tys. zł
0 0E-sport w Polsce potrzebuje pracowników. Ale uczelnie nie potrafią ich kształcić