Twórca Bakallandu o inwestowaniu: "Proste, jak przejechanie na nartach przez drzwi obrotowe"

Marian Owerko kierował Bakallandem ponad 20 lat. Teraz przed nim inne wyzwania, m.in. mentoring. Fot. materiały prasowe
Biznes rozkręcił jeszcze jako student, dziś jest jednym z najbardziej rozpoznawalnych przedsiębiorców w kraju. Po oddaniu sterów Bakallandu, który założył i którym kierował przez ponad 20 lat, nie osiada na laurach. Marian Owerko, prezes funduszu Uno Capital, w rozmowie z INNPoland.pl opowiada o swoich początkach w biznesie, niełatwej pracy inwestora i mentoringu.


Co było pierwszą rzeczą, jaką pan sprzedał? Kiedy uświadomił pan sobie talent do biznesu?

Od dziecka miałem żyłkę do biznesu. Ambitnie zaangażowałem się w biznes przez małe „b” w liceum, współorganizowałem wycieczki szkolne. Druga rzecz, to uczestniczyłem w wyjazdach handlowych, miałem jakieś 16 lat, jeden wyjazd trwał tydzień, objazd po pobliskich krajach, Czechosłowacja, Węgry, Rumunia, Bułgaria, sprzedawało się towary przeznaczone na dany rynek i jechało dalej. Musiałem to robić w tajemnicy przed rodzicami, bo by mnie nie puścili.


Udało się utrzymać tajemnicę?

Skąd. Po pierwszym byłem tak dumny z zarobionej kwoty, że pochwaliłem się ojcu. Odparł, że w sumie jakbym mu wcześniej powiedział, to by mnie puścił.

Dotarłem do sformułowań, że porzucił pan „obiecującą karierę piłkarską na rzecz biznesu”. To medialna kurtuazja czy serio tak było? Pytam, bo nie wyobrażam sobie, by perspektywa piłkarskiej kariery nie skusiła młodego faceta, jest zbyt pociągająca.

Dobrze Pan to określił, nie znałem tego sformułowania. Jak najbardziej medialna kurtuazja. Grałem w piłkę na poziomie trzecioligowym, tę karierę skończyłem nie przez kontuzję, tylko przez studia, przyjechałem do Warszawy w wieku 19 lat, a sam kierunek studiów był bardzo wymagający, trudno to było pogodzić. Natomiast prawda jest taka, że gdy ktoś w wieku 18 lat ma 70 meczy w Legii i 40 w młodzieżowych reprezentacjach, to wtedy można powiedzieć, że to obiecująca kariera. Hobbystycznie gram w piłkę do dziś, i wtedy, i teraz sprawia mi to dużą przyjemność.


Analogie sport zespołowy, a biznes?

Mnóstwo. Powiedziałbym nawet, że to się przekłada 1:1.

Na przykład?

W biznesie, jak i sporcie, najważniejsze jest określenie celu - mistrzostwo Polski, świata, w zależności od zasobów i ambicji. Trzeba zebrać zespół, bramkarz, obrońcy, defensywny pomocnik, to analogie do działów księgowości, finansowego, backoffice’u, obsługi klienta. Mamy skrzydłowych, rozgrywającego, to ludzie w marketingu, handlu.


A dziesiątka? Napastnik?

Dziesiątkę porównałbym do badań i rozwoju, zespołu, który musi wykreować coś, co będzie zaskoczeniem dla przeciwnika, konkurenta. HR to scouting, odpowiedzialny za pozyskiwanie gwiazd i młodych graczy z dużym potencjałem.

Jakie cele pan sobie ustawił za młodu? X pieniędzy na koncie przed skończeniem danego wieku, super fura w garażu?


Nie, zupełnie nie, chyba nikt tak nie myśli, raczej przez pryzmat sukcesu. To tak naprawdę motywuje człowieka do pracy – chęć osiągnięcia sukcesu, co ważniejsze – powtarzalnego sukcesu. Tu nasuwa mi się następna sportowa analogia. Co z tego, że w ciągu ostatnich czterech lat, Real Madryt trzykrotnie wygrał Ligę Mistrzów, jeśli teraz jest jednym z najbardziej zdołowanych zespołów, mając długie pasma porażek.

W biznesie istotna jest powtarzalność, kontraktów na atrakcyjnych warunków, długości ich trwania, klientów, którzy wracają, wywierania jak największego wpływu na rynek. Dąży się do powtarzalności nie tylko, żeby zamknąć rok z dobrym wynikiem, ale żeby start następnego roku był stabilny.

Dlaczego został pan mentorem w fundacji M4S?

Polska Rada Biznesu, której jestem wiceprezesem, od lat współpracuje z Mentors4Starters, to powód formalny.

A nieformalny?


Czuję dużą odpowiedzialność za edukację ludzi w Polsce. Jeśli istnieje obszar, w którym poruszam się sprawnie, jak promocja przedsiębiorczości, i mógłbym dołożyć swoją małą cegiełkę, czuję się na siłach, by to robić.

Zwłaszcza, że pan, uruchamiając na studiach Bakalland, nie miał mentora?

Nie do końca. Studiowałem handel zagraniczny, w związku z tym uczyłem się o marketingu, dystrybucji, i innych rzeczach, jakie w mniejszym lub większym stopniu przydawały mi się później. Miałem podstawę, by wystartować w biznesie. Moim mentorem był mój Ojciec, też przedsiębiorca. Natomiast owszem, nie miałem takiego mentora, który mógłby pracować ze mną np. raz w miesiącu, ustrukturyzowanego mentoringu.

Z czym przychodzą do pana młodzi ludzie?

Dotąd zauważyłem dwie grupy. Pierwsza to młodzi przedsiębiorcy, którzy stawiają pierwsze kroki. Małe spółki, duże problemy. Tu brakuje tego, na co pracuje się 10 czy 15 lat – doświadczenia, albo podejścia do rozwiązania problemu w makroskali. Jak mawiał kiedyś mój partner biznesowy: czasem trzeba się cofnąć cztery kroki, żeby zobaczyć słonia.

Poetyckie. I głębokie.

Tak, to święta prawda. Im więcej to powtarzam, tym bardziej w to wierzę. Młody człowiek codziennie musi się zmagać, zarobić na swoją pensję i rachunki, siłą rzeczy nie ma komfortu, by usiąść z winem i cygarem i podywagować, gdzie jego firma będzie za 5 lat. Biznes to codzienne zmagania.

A druga grupa?

Dotyka sporego problemu, nie tylko w Polsce, także na świecie. Jesteśmy, że się tak wyrażę, w demograficznym momencie zmiany.

Jakiej zmiany?

Sukcesja. Niemal wszystkie nasze prywatne biznesy, czyli 80 proc. PKB, powstały na przełomie lat 80. i 90. Bakalland zaczął dość wcześnie, ja byłem młody, miałem 20 lat. Ale wtedy zaczynali też tacy, którzy mieli po 30 i 35 lat, dziś zbliżają się do wieku emerytalnego. Biorąc pod uwagę, że biznes to ciężki kawałek chleba, na ten odpoczynek zasługują. Naturalnym sukcesorem są dzieci. Ten moment czeka całą naszą młodą ekonomię. To druga grupa, ludzie którzy szukają wiedzy, jak przygotować się i przejąć biznes rodzinny.

Opowie pan coś o przedsięwzięciu bValue? Relatywnie świeża sprawa.

Z perspektywy moich 28 lat w Bakallandzie, nawet bardzo świeża. Partnerami w bValue są m.in. Rafał Brzoska, Tomek Misiak, Marek Dziubiński, Maciej Balcewicz. To grupa trzech funduszy, niezależnych poniekąd. Jeden, uruchomiony wspólnie z KFK, mieliśmy fajne wyjście z inwestycji niedawno, spółkę Shoplo, a wcześniej częściowo wyszliśmy z CallPage’a . Drugi współfinansowany przez nas i NCBR, trzeci jeszcze operacyjnie nie wystartował, ale została podpisana umowa z PFRem – ten będzie dla przedsięwzięć początkujących, młodych startupów.



Preferujecie jakieś konkretne branże?

Różne obszary, technologie produkcji, e-commerce, żywnościowa, sztuczna inteligencja, ochrona danych. Obecnie mamy 14 inwestycji. To nie jest moje główne źródło dochodu, po oddaniu sterów Bakallandu, inwestuje z ramienia funduszu Uno Capital raczej w duże lub bardzo duże przedsięwzięcia, często w formie koinwestycji z innym, z reguły większym funduszem Private Equity lub prywatnym przedsiębiorcą, jak ja. Natomiast staram się wykorzystać wiedzę i narzędzia, gdy państwo potrzebuje, by ktoś poprowadził młodych przedsiębiorców, chętnie pomogę. bValue wygląda bardzo dobrze.

Przychodzi do pana startuper. W jakie klawisze ma uderzyć, by pana do siebie przekonać?

Nie pracuję na froncie ze startupami. Ale zazwyczaj proszę o prezentację, analizuję ją, i z jakąś delikatną sugestią czy komentarzem, wysyłam do bValue. W zeszłym roku zarząd przejrzał 700 projektów, są w tym specjalistami. Mieliśmy częściowe wyjście z inwestycji, dużej jak na startup, w CallPage, o wartości 4 mln dol. Z drugiej strony, bez specjalistów by tego nie było. Znalezienie projektów inwestycyjnych, uzgodnienie warunków i współpracy, inwestowanie i prowadzenie tej inwestycji, następne rundy finansowania, to nie takie proste. Powiedziałbym, proste jak przejechanie na nartach przez drzwi obrotowe.

W ostatnich latach, mam wrażenie, pieniędzy jest więcej, a wraz z tym, więcej przepalania. To nieunikniona oznaka, gdy rynek dojrzewa?


Strasznie trudne pytanie. W kontekście startupów mogę mówić bardziej jako obserwator. Jestem z urodzenia optymistą, więc bardzo mi imponuje przedsiębiorczość, styl pracy młodych ludzi. Natomiast prawdą jest, że nadmiar pieniądza na rynku może spowodować to, że pomysły papierowe, te projekty, mogą osiągać zawrotne wyceny. A to dla rynku bardzo niedobre. Pamiętajmy też o drugiej stronie medalu.

To znaczy?

Działają na rynku fundusze, które dostały dotacje, ale niespecjalnie potrafią prawidłowo przeprowadzić poszukiwania inwestycji. To bardzo trudne. A potem dochodzą kwestie wysokich wycen, nieadekwatnych, gdzie założyciel startupu nie bardzo wie, co zrobić. To niebezpieczne, wyceny nie powinny być oderwane od rzeczywistości.

Niebezpieczne?

Powoduje, że tak naprawdę wyceny są wypadkową podaży pieniądza na rynku, nie faktycznej wartości projektu, możliwości jego rozwoju, złożenia dobrego akcjonariatu, który nie tylko przez rok i dwa, ale pięć i siedem będzie partycypował w budowaniu wartości takiej spółki. To jako obserwator. Jako insider rynku, wielokrotnie podkreślałem w rozmowach z NCBR czy PFR, że skoro Bridge Alfa skupia 35 funduszy, to połowa jest słaba. Zwykła statystyka.

I co wtedy?

I pieniądze są marnowane. Fundusze, które inwestują szybko i skutecznie, powinny mieć możliwość kupowania natychmiastowego kupowania lub przyłączania tych słabszych funduszy, inaczej te pieniądze się gdzieś rozmyją, a jeśli trafią do skutecznych funduszy, będzie z nich pożytek i kolejne młode projekty rozwiną się w firmy.