Legendarny analityk skrytykował reformę PiS i... stracił pracę. "To cholernie przykra sytuacja"

Piotr Kuczyński, do niedawna główny analityk należącego do Pekao DI Xelion. Za krytykę demontażu OFE stracił pracę
Piotr Kuczyński, do niedawna główny analityk należącego do Pekao DI Xelion. Za krytykę demontażu OFE stracił pracę Fot. Bartek Bobkowski / Agencja Gazeta
Gruchnęła wieść, że Piotr Kuczyński, główny analityk Domu Inwestycyjnego Xelion – należącego do upaństwowionego banku Pekao – stracił pracę za dość krytyczne wypowiedzi dotyczące demontażu sytemu OFE. Kuczyński nie dostał wielkiego wyboru, natychmiast musiał pożegnać się z firmą. A to jeden z najbardziej znanych i wyrazistych analityków, o sporej estymie i wielkiej wiedzy, nie owijający przy okazji w bawełnę i mówiący językiem docierającym do większości ludzi.


Jest mi trochę głupio do Pana dzwonić w takiej sytuacji. Pracuję w zawodzie ponad 20 lat i z mojej perspektywy był Pan w Xelionie "od zawsze".

13 lat.

Chciałbym Pana zapytać o tę sytuację. Ale nie chcę robić Panu przykrości, ma Pan jej pod dostatkiem.

Jasne, że jest mi przykro. Nie ukrywam, że jestem wręcz wściekły. Bo czym innym byłoby odejście na własnych warunkach. Ja za rok kończę 70 lat, mógłbym powiedzieć – w porządku, pobawiliśmy się razem ćwierć wieku, a nawet więcej, bo giełdą zacząłem się zajmować w 1993 roku. Teraz mija 26 lat od tego momentu. To byłoby coś innego, niż taka durna i beznadziejna sytuacja.


Ale mówi Pan o stracie zajęcia?

Nie mówię o wyrzuceniu, bo w rozmowie z Pawłem Sołtysem w Bankierze wspominałem, że to już mi się raz zdarzyło. Tylko że to było 38 lat temu, na samym początku stanu wojennego, kiedy odmówiłem wyjęcia znaczka "Solidarności" z klapy marynarki. Wtedy mnie wywalili, ale to był stan wojenny.


Jednak nie zdarzyło mi się, żeby ktoś wpływał na mnie, by coś zmieniał. A już na pewno nie tak, by mnie – że tak powiem – pozbawić roboty. Więc jest to cholernie przykra sytuacja.

Nigdy nie było nacisków? Nawet wtedy, gdy Pekao było bankiem nieco mniej upaństwowionym?

W tamtych czasach nie było żadnych nacisków, nawet najmniejszych. A wiele razy mówiłem rzeczy, które się rządzącym nie podobały. Przypominałem już, że zdarzyło się, iż moje "wiewiórki" (jak żartobliwie nazywam swoich informatorów) doniosły mi, że premier Tusk się wściekł na coś, co kiedyś napisałem, rzucał gazetami itd. Ale podkreślam, że donieśli mi o tym moi znajomi. Nigdy nie było żadnej interwencji z żadnej strony, po żadnym wywiadzie, słowie. A wiele razy mówiłem rzeczy inne, niż te, które były preferowane przez władze. Nigdy – aż do tego roku.


Jako główny analityk Xeliona pracował pan w zasadzie dla klientów domu inwestycyjnego.

Nie do końca. Pracowałem dla naszych doradców, podając im wiedzę, którą zdobywałem przez kilkanaście godzin obserwacji, lektury i tak dalej. To była wiedza dla nich, z której robili użytek dla naszych klientów. Ja bezpośredniej styczności z klientami w zasadzie nie miałem, chyba że na jakichś większych spotkaniach.

Zastanawiam się, czy nie byłoby przesadą twierdzenie, że Dom Inwestycyjny, działa teraz wbrew interesom swoich klientów?

Nie powiem czegoś takiego, nie chcę słowami robić krzywdy Xelionowi. Bez względu na to, co się stało, to jest kawał życia, również mojego. Spędziłem w firmie prawie 30 proc. mojego czasu pracy, bo ja pracuję od 1973 roku. I zawsze się tam czułem znakomicie.

Powróćmy do demontażu OFE. Dlaczego – pańskim zdaniem – jest to tak niekorzystne dla giełdy?

W oryginalnym wywiadzie dla Damiana Szymańskiego z Business Insidera, powiedziałem, że to jest doskonałe rozwiązanie dla budżetu, neutralne dla człowieka i bardzo złe dla giełdy. Potem kilka dni później Damian Szymański przeprowadził wywiad z Pawłem Borysem (prezesem Polskiego Funduszu Rozwoju), czyli – jak słyszałem – autorem tego programu. Redaktor zadał wprost pytanie o moje poglądy i dlaczego tak się różnimy. Prezes powiedział spokojnie i słusznie, że pewnie pan Kuczyński nie znał wszystkich szczegółów. I to prawda – nie znałem, bo to było tuż po konferencji premiera, podczas której wielu kwestii nie uściślono.
A czy te szczegóły zmieniły pańskie postrzeganie demontażu OFE?

Ja na przykład nie wiedziałem, że część przesunięta do ZUS-u nie będzie dziedziczona. Co – delikatnie mówiąc – uważam za działanie nie fair. Przypominam, że ta część, którą "zagospodarował" rząd PO-PSL jest dziedziczona, nie rozumiem dlaczego ta ma nie być. Jedno i drugie powinno być traktowane tak samo, pewnie zresztą ktoś weźmie to na sztandar wyborczy. Ale poczytałem sobie o tym i doszedłem do wniosku, że dla budżetu to jest rozwiązanie niezłe, chociaż nie takie genialne, jak mi się zdawało na początku. Szczególnie, że wszyscy od góry chcą, by pieniądze z OFE poszły do IKE. Przecież dla budżetu najlepiej byłoby, gdyby trafiły do ZUS-u.

Ale wtedy rząd nie weźmie sobie 15 procent prowizji.

Owszem, ale jeżeli te pieniądze pójdą to IKE to do budżetu trafi 15 proc. podatku ze 160 miliardów, czyli 24 miliardy. A jeśli do Funduszu Rezerwy Demograficznej poszłoby 160 miliardów złotych, to w ciągu powiedzmy dekady, rząd mógłby wykorzystać całość. Czegoś tu nie rozumiem. W każdym razie dla budżetu rozwiązanie jest dobre.

Chociaż są i inne kwestie – ktoś zauważył również, że jeśli te pieniądze pójdą do IKE, to przy wypłacie nie będą obłożone składką zdrowotną i PIT-em. W związku z tym stratny będzie NFZ i samorządy. Przynajmniej do NFZ-u będzie musiał dołożyć się budżet.

Ale jeśli chodzi o Polaków, zorientowałem się, że kwestia dziedziczenia wywarła na nas ogromny wpływ. I rzeczywiście olbrzymia większość będzie chciała iść do IKE.

A pan?

A ja bym wolał iść do ZUS.

Dlaczego?

Kapitał w ZUS-ie jest co roku waloryzowany. Jeśli policzymy to procentem składanym, założymy tylko 3 proc. waloryzacji rocznie (a bywa nawet 8 proc. jak w 2018 roku) przez 30 lat, to mamy 140 proc. więcej samego kapitału. Czy to samo zapewnią rynki finansowe? Tego nikt nie wie, może być 100 proc. w górę, jak 70 proc. w dół.

A jeśli będzie tak, jak rząd zakłada, czyli 20 proc. Polaków wybierze ZUS-u a 80 proc. IKE?

Wtedy wychodzi po przeliczeniu, że 32 proc. całości zasobów funduszy poszłoby albo bezpośrednio do budżetu, albo do FRD. Z tego wniosek, że ok. 10 proc. akcji (a więc ok. 16 mld złotych) musiałoby iść do FRD. To byłby niekorzystny dla giełdy nawis podażowy, bo te 16 miliardów w każdej chwili mogłoby być spieniężone. Taki nawis w rękach polityków byłby bardzo niebezpieczny.

Dla Polaków to też byłoby złe, bo emerytura z ZUS przecież też jest waloryzowana. Jeśli ktoś przechodzi na nią w wieku 65 lat z prognozowaną długością życia 15 lat, to (zakładając tylko 3 proc. waloryzacji rocznie) wychodzimy na koniec z poziomem 150-160 proc. emerytury początkowej.

Na giełdach pozbawionych gotówki, obligacji, tylko z akcjami, gdzie będą tylko fundusze wysokiego ryzyka, nikt nie wie, czy będzie miał 200 proc. wyższą emeryturę czy może o 70 proc. niższą. A 90 proc. ludzi i tak bierze całe pieniądze i natychmiast je wydaje, nie dbając o dalszą emeryturę. Dlatego przejście do IKE byłoby według mnie niekorzystne. A dla giełdy – jeśli ludzie pójdą moim śladem i wybiorą ZUS (w co wątpię) – byłoby to bardzo złe.