
Kanclerz studzi nadzieje na szybkie ulgi z powodu wysokich cen paliw. Jednym z powodów są spory w koalicji CDU/CSU-SPD.
Kanclerz Friedrich Merz powiedział w czwartek, że nie może obowiązywać zasada, iż rząd federalny ma "chronić obywateli i przedsiębiorstwa przed każdą turbulencją". Przyznał, że nie ma zgody w rządzie co do możliwych ulg z powodu wzrostu cen paliw.
Wicekanclerz i przewodniczący współrządzącej SPD Lars Klingbeil uważa, że nieuniknione są kolejne ulgi dla osób dojeżdżających do pracy samochodami. Zaproponował też czasowe obniżenie podatku energetycznego. Chce to sfinansować poprzez podatek od nadzwyczajnych zysków koncernów energetycznych, który jego zdaniem powinien zostać wprowadzony na poziomie UE. Opowiada się też za limitami cen paliw.
Z kolei chadecy – w tym kanclerz Merz i minister gospodarki Katherina Reiche – odrzucają te propozycje. Przejęcie nieuzasadnionych zysków może mieć miejsce tylko wtedy, gdy Federalny Urząd Antymonopolowy stwierdzi nadużycie – podkreślił Merz. Minister Reiche chce z kolei zwiększyć dodatki dla osób dojeżdżających do pracy, jednak dla SPD to za mało, bo jak argumentują, obywatele odczuliby tę korzyść w portfelu dopiero po złożeniu deklaracji podatkowej w przyszłym roku.
Niemiecki dziennik gospodarczy "Handelsblatt" komentuje: "Jeśli Klingbeil (Lars, wicekanclerz i minister finansów, SPD – red.) chce uratować swoją polityczną pozycję, musi w końcu przedstawić przemyślaną politykę ofert i zorganizować dla niej większościowe poparcie w SPD. Szybkie populistyczne strzały tu nie pomogą. Zamiast wypełniać 'świąteczny sezon ogórkowy' nieprzemyślanymi pomysłami, powinien skorygować kurs i pokazać, że polityka może zrobić więcej niż tylko chwilowo przyciągać uwagę – w przeciwnym razie benzynowy bumerang stanie się politycznym samobójstwem".
Zobacz także
Zdaniem "Frankfurter Allgemeine Zeitung", kanclerz znowu znalazł się w defensywie. "To, co Niemcy obecnie przeżywają, nie jest nowym kryzysem. Jest jednak kryzysem, ponieważ skutki wojny w Iranie wdarły się w agendę reform rządu” – czytamy. Stacje benzynowe stają się symbolem, bo kluczowym punktem są ceny energii i polityka energetyczna. „Teraz wydarzyło się to, czego zawsze chciała polityka inspirowana zielonymi ideami w Niemczech: wysokie ceny gazu, ropy i paliw jako bodziec do przejścia na energię elektryczną. (…) Merz chce obniżyć podatek od energii dla wszystkich. Dla przedsiębiorstw już został on obniżony. To jest początek, ale nadal brakuje konkretów. Polityka energetyczna pozostaje powodem, dla którego Niemcy znalazły się w sytuacji, w której również znalazł się kanclerz: w defensywie" – zaznacza dziennik.
Gazeta "Nürnberger Nachrichten" podkreśla: "W wielu krajach, które są bardziej uzależnione od energii z regionu Zatoki, już obowiązują drastyczne ograniczenia – zakazy jazdy, racjonowanie i inne. (...) Politycy muszą na to zareagować. To, co jak dotąd pokazała koalicja, jest skąpe. (...) Ekonomistka z Norymbergi, Veronika Grimm, która doradza minister Reiche, opowiada się za wprowadzeniem ograniczenia prędkości. Jednak szefowa resortu najwyraźniej nie chce skorzystać z tej rozsądnej propozycji".
Czy rządowe zawirowania dotyczące cen paliw wkrótce się skończą? – zadaje sobie z kolei pytanie "Straubinger Tagblatt/Landshuter Zeitung". I pisze: "Kanclerz Friedrich Merz zdał sobie sprawę, że nie może po prostu pozwolić, aby sprawy toczyły się same. Dlatego zaprosił wicekanclerza (Klingbeila) i (minister) Reiche na rozmowę oraz publicznie wezwał ich do wspólnego wypracowania rozwiązań. Lider SPD opowiedział się za interwencją państwową na rynku poprzez wprowadzenie podatku od nadmiarowych zysków i pułapu cenowego, doskonale zdając sobie sprawę, że Merz się temu sprzeciwia. Jednak zarówno chdecja, jak i SPD wiedzą, że frustracja społeczeństwa rośnie, mimo ostatnich obniżek cen na stacji benzynowej. Byłoby pocieszające, gdyby koalicjanci zaskoczyli obywateli i zdołali szybko dojść do porozumienia w sprawie działań".
Opracowanie: Monika Sieradzka
