Lecąca rakieta i złość na telefon.
Po wtargnięciu rosyjskiej rakiety ludzie narzekają na media i brak alertu RCB. Te kanały informacji i tak byłyby nieskuteczne. Wyjaśniamy dlaczego i jak powinien działać porządny system ostrzegawczy. Fot. Collagery/Shutterstock/Tero Vesalainen/Getty Images/kompozycja SLL

Słuchając narzekań polityków i internautów po ostatnim wlocie rosyjskiego pocisku, można odnieść wrażenie, że od systemu obrony cywilnej oczekujemy cudów, samemu nie robiąc nic. Gdy rosyjski pocisk Ch-101 przecina niebo z prędkością kilkuset kilometrów na godzinę, wojsko ma sekundy na decyzję, a nie minuty na pisanie uspokajających komunikatów.

REKLAMA

Oburzenie po wlocie rosyjskiej rakiety w polską przestrzeń powietrzną natychmiast skręciło w stronę narzekania na brak SMS-ów ostrzegawczych i opóźnione syreny. Tyle że żądanie alertu RCB w sytuacji, gdy pocisk przebywa nad naszym terytorium przez 360 sekund, obnaża kompletną nieznajomość fizyki i realiów wojskowych.

900 km/h, 6 minut i śpiąca Polska. Dlaczego żaden system nie ostrzeże cię przed rakietą?

Przeterminowane syreny, brak automatycznego nadawania z nadajników BTS i bezradność procedur w Warszawie. Ostatni wlot rakiety pokazał, jak bardzo nie jesteśmy przygotowani na sytuacje kryzysowe – ale pretensje o brak SMS-a od RCB o czwartej rano są najmniej uzasadnionym zarzutem ze wszystkich. Są jednocześnie bardzo głupie i bardzo polskie.

Tyle że zderzenie biurokratycznej machiny z fizyką pędzącego pocisku manewrującego wygląda inaczej. Dobrze pokazał to sam przebieg zdarzenia – jak relacjonowaliśmy, na Lubelszczyźnie wyły syreny, a w eterze była cisza, więc Polacy szukali prawdy na własną rękę, przeszukując media społecznościowe i portale.

Jeśli w naszą przestrzeń wlatuje rosyjski pocisk – chociażby Ch-101 – mówimy o obiekcie poruszającym się z prędkością nawet około 900 km/h. Dla uzmysłowienia skali: dystans w linii prostej z Lublina do Warszawy (ok. 150 km) taka rakieta pokonuje w około 10 minut. W ostatnim incydencie rosyjska rakieta przebywała w polskiej przestrzeni powietrznej dokładnie przez 6 minut – od godziny 03:40 do 03:46. Co w takiej sytuacji dałby alert RCB? Kompletnie nic, oprócz powszechnego chaosu.

Biurokracja kontra 6 minut lotu

Żeby w Polsce wysłać alert RCB, ktoś musi najpierw obudzić dyżurnego, przekazać mu meldunek z dowództwa operacyjnego, a ten musi usiąść do komputera i zredagować treść. Następnie wniosek trafia do centrali w Warszawie, gdzie czeka na akceptację. Gdy wreszcie ktoś kliknie "Wyślij", wiadomość idzie do operatorów komórkowych, a stamtąd z pewnym opóźnieniem trafia na telefony. Nawet przy genialnej organizacji ten proces zajmuje kilkanaście minut. Rakiety już dawno by nie było.

Mało tego – co w takim alercie należałoby w ogóle napisać?

Wojsko stojące za ekranami radarów w środku nocy wie tylko jedno: wleciał niezidentyfikowany obiekt. Nie wiedzą, czy rakieta zabłądziła, czy została uszkodzona przez ukraińską obronę, czy też Rosjanie wysłali ją celowo, by przeleciała nad polskim polem i spadła w krzakach.

Co miałby głosić komunikat wysłany o 3:42 do miliona mieszkańców? "Drodzy Państwo, leci nad nami rosyjska rakieta. Nie wiemy, gdzie spadnie i nie bardzo wiemy, co macie robić, ale spróbujemy ją zestrzelić"?

Co by zmienił Alert RCB?

Czy w 6 minut rodzina z dziećmi zdąży wybiec z mieszkania, spakować się i zejść do schronu (którego w większości polskich miast i tak nie ma)? Nie. To zresztą odrębny, palący problem, bo wciąż aktualne pozostaje pytanie, gdzie są schrony w Polsce i jak znaleźć bezpieczne schronienie – raport NIK wykazał, że mamy ich mało i wiele jest w fatalnym stanie.

Większość ludzi po prostu zignorowałaby cichy pisk telefonu, myśląc, że to powiadomienie z mediów społecznościowych. Pozostali wpadliby w panikę, wybiegając na balkony, by wypatrywać wybuchów.

Alerty RCB stworzono po to, by ostrzegać przed tym, co da się przewidzieć: nadchodzącą nawałnicą, skażeniem chemicznym czy testami syren. Przy zagrożeniu rakietowym ta technologia jest bezużyteczna.

Syreny wyły po czasie, ale dobrze, że w ogóle wyły

Nasz system obrony cywilnej pokazał, że ma potężne dziury, ale zupełnie gdzie indziej. Wycie syren w miejscowościach leżących na trasie przelotu to jedyna prawidłowa i natychmiastowa reakcja. Syreny powinny włączać się automatycznie, wprost ze wskazań radarów. W tym przypadku zaczęły jednak wyć już po tym, jak pocisk spadł lub opuścił nasze terytorium. Powyły i przestały.

Mimo to – dobrze, że w ogóle wyły. Gdy leci jedna rakieta, nigdy nie ma gwarancji, że za sekundę nie nadleci druga. Lepiej dmuchać na zimne i ostrzegać na wyrost. Pytanie tylko, co z tej lekcji wyciągnęliśmy jako społeczeństwo? Gdyby syrena wyła o 3:45 rano pod Twoim blokiem, czy wiedziałbyś, czym różni się ciągły sygnał informujący o skażeniu od modulowanego tonu ostrzegającego przed nalotem? Zapewne nie. Warto więc korzystać z okazji, gdy państwo ćwiczy te procedury – jak przypominał naTemat, akcja Alarm-26 może nam kiedyś uratować życie, bo uczy rozpoznawania sygnałów.

I tu leży kolejny problem: narzekamy na brak informacji w mediach, ale o 4 rano w lokalnych rozgłośniach radiowych leci automatyczna playlista, bo dziennikarze nie pełnią w małych redakcjach całodobowych dyżurów. Jeśli służby nie przekażą komunikatu "na żywo", media go nie podadzą.

Festiwal społecznej hipokryzji

Najbardziej gorzki w tej całej sytuacji jest fakt, kto dzisiaj najgłośniej krzyczy o braku ostrzeżeń. Wystarczy przejrzeć konta w mediach społecznościowych, które obecnie domagają się rozliczania rządu za brak SMS-a.

Bardzo często są to te same osoby, które jeszcze kilka miesięcy temu wyśmiewały pomysł przygotowywania domowych plecaków ewakuacyjnych, nazywając to "sianiem paniki", krytykowały koszty programów budowy schronów i ustawy o ochronie ludności oraz domagały się wstrzymania pomocy wojskowej dla Ukrainy.

To właśnie ukraińska obrona przeciwlotnicza bierze na siebie 99 proc. rosyjskiego ujadania rakietowego. To, że przez kilka lat pełnoskalowej wojny za naszą granicą do Polski wleciały zaledwie 3 czy 4 błąkające się pociski, nie jest zasługą naszego świętego spokoju, tylko morderczej pracy ludzi w obwodzie lwowskim czy wołyńskim. Państwo powoli próbuje nadrobić zaległości, o czym pisaliśmy, gdy ruszył program, w ramach którego schrony, cyberobrona i dual-use z KPO złożyły się na jeden z największych funduszy, z ponad 11 mld zł na ochronę ludności i systemy ostrzegania.

Zamiast marudzić, że system nie przysłał nam SMS-a w 360 sekund, czas wyciągnąć z tego realne wnioski. Nie mamy automatycznych systemów powiadamiania opartych na nadajnikach BTS (tzw. Cell Broadcast na wzór amerykański czy japoński), nasza obrona cywilna wymaga natychmiastowego dokapitalizowania, a my sami musimy zacząć edukować się z podstaw bezpieczeństwa. Bo kiedy na niebie naprawdę pojawi się zagrożenie, na pisanie wiadomości do obywateli będzie już za późno.

Cell Broadcast, czyli dlaczego SMS z RCB to technologiczny zabytek

Żeby zrozumieć, dlaczego obecny Alert RCB kompletnie nie nadaje się do ostrzegania przed rakietami, trzeba przyjrzeć się samej technologii. To, co dzisiaj dostajemy na telefony, to zwykłe, masowe SMS-y. Operator komórkowy otrzymuje z Warszawy listę powiatów, po czym jego serwery zaczynają po kolei wysyłać miliony osobnych wiadomości do każdego numeru zalogowanego w danej strefie.

Rodzi to dwa fundamentalne problemy. Pierwszy to zator w sieci: w momencie kryzysu miliony ludzi zaczynają dzwonić i pisać do bliskich, sieć się zapycha, a SMS-y z alertem utykają w kolejce nadawczej i przychodzą po 15-30 minutach, a czasem wcale. To nie teoria – wielokrotnie analizowaliśmy, jak Alerty RCB potrafią przyjść już po burzy, co komentowali Polscy Łowcy Burz. Drugi problem to brak priorytetu: telefon traktuje SMS-a z RCB tak samo, jak powiadomienie o promocji na pizzę, więc jeśli masz wyciszony telefon, komunikat po prostu cicho mignie na ekranie.

W państwach, które od dawna żyją w cieniu zagrożeń rakietowych czy klęsk żywiołowych – takich, jak Japonia (system J-Alert), USA (Wireless Emergency Alerts) czy Izrael – stosuje się technologię Cell Broadcast. Różni się ona od SMS-a fundamentalnie. Komunikat nie jest wysyłany na konkretne numery telefonów – stacja bazowa (BTS) po prostu "rozsyła w przestrzeń" sygnał radiowy na specjalnym kanale, a każdy telefon w zasięgu danego nadajnika odbiera go w ciągu 1–3 sekund. Technologia ta nie obciąża sieci komórkowej i działa nawet wtedy, gdy miliony ludzi próbują się dodzwonić do rodziny.

Co istotne, taki alert ma uprawnienia systemowe – potrafi wyemitować głośny, dedykowany sygnał alarmowy nawet wtedy, gdy telefon jest ustawiony w trybie "nie przeszkadzać" czy całkowicie wyciszony. System nie musi też wiedzieć, kim jesteś ani jaki masz numer: nadajnik w danej wsi czy dzielnicy wysyła sygnał tylko do urządzeń, które fizycznie znajdują się pod jego wieżą. Dobra wiadomość jest taka, że prace nad usprawnieniem systemu już trwają, o czym informował naTemat, gdy zapowiedziano, że Polacy będą szybciej ostrzegani.

Jak powinien wyglądać idealny system ostrzegania?

Skoro wiemy już, że 6 minut na reakcję to ekstremalnie mało czasu, zobaczmy, jak musiałby wyglądać zautomatyzowany, nowoczesny łańcuch ostrzegania, który realnie uratuje komuś życie:

Krok 1: Automatyzacja zamiast biurokracji (0–30 sekunda)

System nie może czekać na podpis urzędnika w Warszawie. Gdy radary wojskowe potwierdzają, że obiekt ma trajektorię wkraczającą w polską przestrzeń powietrzną i stanowi zagrożenie, wskaźnik z systemu dowodzenia powinien automatycznie wyzwalać procedurę ostrzegawczą dla danego sektora.

Krok 2: Natychmiastowy sygnał hybrydowy (30–60 sekunda)

Równolegle uruchamiają się dwa niezależne media. Syreny alarmowe na ziemi włączają ciągły lub modulowany sygnał automatycznie z poziomu stacji wojskowej lub wojewódzkiej. Jednocześnie Cell Broadcast wysyła natychmiastową "paczkę" radiową do wszystkich nadajników BTS na prawdopodobnej trasie przelotu.

Krok 3: Komunikat, który daje instrukcję, a nie sieje panikę

Zamiast enigmatycznego "Uwaga, zagrożenie", komunikat musi dawać jasną, wyuczoną wcześniej instrukcję bezpieczeństwa: "ALARM RAKIETOWY dla powiatu X. Odejdź od okien. Schowaj się w pomieszczeniu bez okien (przedpokój, łazienka) lub zejdź do piwnicy/schronu. Nie wychodź na balkon. Jeśli jesteś w aucie, zjedź na pobocze i wejdź do najbliższego budynku".

Krok 4: Przejęcie sygnału w mediach (Emergency Broadcast)

W tym samym momencie system automatycznie "przełamuje" sygnał w radiu i telewizji. Niezależnie od tego, czy w danej rozgłośni leci nocna playlista z muzyką, czy program informacyjny, na ekranach i w głośnikach pojawia się czarna plansza z komunikatem lektora o zagrożeniu i instrukcją postępowania.

Dopiero połączenie nowoczesnej technologii radiowej na telefonach, automatyzacji decyzji i edukacji społecznej daje szansę na to, że te 6 minut na lot rakiety nie zostanie zmarnowane. Wyczekiwanie na tradycyjnego SMS-a zatwierdzonego w warszawskim biurze to próba gaszenia pożaru konną sikawką w XXI wieku.