Spadek inflacji to tylko pobożne życzenie. "Wszyscy musimy - i zaciskamy - pasa, tylko nie rząd"

Iga Kołacz
13 maja 2022, 14:43 • 1 minuta czytania
Jeszcze kilka miesięcy temu mało prawdopodobna wydawała się 10-procentowa inflacja, a tymczasem według najnowszych prognoz jesienią nastąpi szczyt inflacji wynoszący dwa razy więcej. Jak udźwigną to nasze portfele i czy na tym się zakończy? O tym rozmawiamy ze Sławomirem Dudkiem, głównym ekonomistą Forum Obywatelskiego Rozwoju.
Premier Mateusz Morawiecki (fot. Andrzej Iwanczuk/REPORTER)
Więcej ciekawych artykułów znajdziesz na stronie głównej

Obserwuj INNPoland w Wiadomościach Google

Dopiero co przerażała nas myśl o dwucyfrowej inflacji, a już mówi się, że podskoczy do 20 proc. Dobijemy do 20-ki?


Scenariusz ten jest mało prawdopodobny, ale możliwy. Narodowy Bank Polski prezentując wachlarz scenariuszy dotyczących inflacji zakładał, że wyniesie 12 proc. w scenariuszu centralnym - podczas gdy już przebiła ona 11 proc. - a w skrajnym scenariuszu zakładano, że podskoczy do nawet ponad 17 proc. Psychologiczną granicą jest 20-procentowa inflacja, która jest w zasięgu ręki, bo rzeczywistość realizuje te najmniej prawdopodobne scenariusze. Więc jeśli nastąpi splot negatywnych okoliczności, niewykluczone, że dobijemy do tej dwudziestki, a to już oznacza, że zostanie zjedzona jedna piąta oszczędności osób, które trzymają pieniądze w postaci nieodpornej na inflację.

Rekordową inflację mieliśmy w latach 90. - w 1995 roku wynosiła ona aż 35 proc. Jaki koszt tego poniesiemy tym razem?

W okresie transformacji Polska była zupełnie inna - przechodziliśmy z systemu gospodarki centralnie zarządzanej do gospodarki rynkowej. I tamto uwolnienie cen oznaczało urealnienie fikcji jaka miała miejsce w PRL. Od 30 lat jesteśmy otwartą gospodarką rynkową, jesteśmy elementem rynkowej gospodarki światowej, która w swojej historii doświadczyła już kryzysu inflacyjnego w latach 70. Wtedy wiele krajów sobie z tym nie poradziło i zanotowały one głębokie recesje, w wyniku czego musiały dostosować swoje finanse publiczne do nowej sytuacji.

Jeśli chodzi o polską politykę gospodarczą - niestety mamy tutaj wiele zagrożeń. Nie możemy mieć pewności co do tego, czym będą kierować się nasi decydenci gospodarczy: dbałością o średnioterminową stabilność czy słupkami wyborczymi. Bo o ile prezes NBP, który najpierw lekceważył inflację, a potem zrobił zwrot o 180 stopni i zaczął podnosić stopy procentowe dosyć mocno chcąc ograniczyć ilość pieniądza w gospodarce, premier to rozdaje. Mateusz Morawiecki funduje kolejne tarcze bez finansowania i w zasadzie poprzez instrumenty pomocowe chce osłabić działania polityki pieniężnej.

Jest to destrukcyjny układ. Jeden hamuje, a drugi naciska nogę na gaz albo podkłada kłody pod skuteczność mechanizmu polityki pieniężnej. Problem z inflacją istnieje na całym świecie, ale Polska w zakresie polityki fiskalnej zachowuje się kompletnie nieracjonalnie. Inne kraje są powściągliwe i nie robią tego, co polski rząd w zakresie polityki budżetowej, czyli zrzucania pieniędzy z helikoptera i kontynuowania pompowania inflacji. Oni dolewają do ognia już nie oliwę, ale benzynę.

Prezes NBP już wie, że trzeba było szybciej reagować i podnosić stopy procentowe. Tylko, że podejmowane przez niego teraz działania nie zbijają inflacji.

Stopy procentowe działają z opóźnieniem. Pociąg zwany inflacją jest rozpędzony i nie łatwo jest go wyhamować. Tak naprawdę efekt podnoszenia stóp procentowych zobaczymy za kilkanaście miesięcy, a w tym czasie inflacja może dalej rosnąć. Nowa Rada Polityki Pieniężnej działa teraz poprawnie, ale skoro za późno zaczęliśmy hamować, niebezpieczeństwo zderzenia ze ścianą istnieje.

Polityka pieniężna jest teraz najważniejszym instrumentem w walce z inflacją. Tylko, że mimo właściwych ostatnio decyzji Adama Glapińskiego, upolitycznienie jego osoby podważa wiarygodność banku centralnego. Przecież prezes NBP odwiedza Nowogrodzką, czyli jest politykiem. On pojechał ostatnio na naradę do partii politycznej, co jest kuriozalne jeśli chodzi o politykę gospodarczą. To już przypomina rządy w Turcji, gdzie prowadzono doraźne działania polityczne, nie zważając na konsekwencje gospodarcze. Takie działania powodują, że rynki finansowe nie wierzą w stłumienie inflacji w Polsce. Widać to w rentownościach - polskie rentowności są bardzo wysokie - przebiły 7 proc.

Co powinien zrobić teraz rząd?

Musi być powściągliwy i chłodzić gospodarkę, co polega na tym, że trzeba jeszcze bardziej podnieść stopy procentowe, aby spowolnić konsumpcję oraz inwestycje. Niestety innego działania nie ma. Tylko jeśli rząd wprowadzi wakacje kredytowe, instrumenty antyinflacyjne przestaną działać. I to jest bardzo źle oceniane przez rynki finansowe. Wszyscy musimy - i zaciskamy - pasa, tylko nie rząd. Już widać, że ze względu na nadchodzące wybory rząd jest w stanie zaryzykować bardzo wysoką inflacją, zwłaszcza że znalazł sobie wroga w postaci Putina, na którego będzie zrzucał całą winę.

Jest to wybór między mniejszym a większym złem. Musimy podnosić stopy, aby inflacja nie skoczyła do poziomów zabójczych, a z drugiej strony podnoszenie stóp mocno tłumi aktywność gospodarczą.

Na 20-procentowej inflacji zakończy się czy jesienią będziemy drżeć przed 30-procentową inflacją? Gdzie jest granica?

Inflacja nie ma granic. W Turcji wynosi ona już blisko 70 proc., a w Argentynie 60 proc. To są realne przykłady. Polska ma płynny kurs walutowy a w dodatku jest krajem przyfrontowym, więc wszystko jest możliwe, choć na dziś nie jest to wysoce prawdopodobne. Inflacja w zasadzie już wymknęła się spod kontroli, tylko pytanie: gdzie się zatrzyma? Koszty zatrzymania inflacji będą coraz większe dla społeczeństwa. Bo może się okazać, że zapłacimy za to recesją, czyli wzrostem bezrobocia, ubóstwem i dużymi cięciami w budżecie.

Stagflacja jest realna?

Podręcznikowa stagflacja występuje, kiedy jest recesja, a ta została uwzględniona w niektórych scenariuszach dotyczących wzrostu gospodarczego, zaprezentowanych przez NBP. Przy czym w Polsce nawet wzrost w okolicach 2 proc. stanowi poważną sytuację, oznaczającą wzrost ubóstwa. Z takim wskaźnikiem bylibyśmy już bardzo blisko stagflacji.

Uważam, że duet Morawiecki-Glapiński odpowiadają w dużej części za inflację. Nikt nie neguje, że przyczyniły się do niej ceny surowców, za co odpowiada Putin, ale jeżeli Putin swoją rakietą gospodarczą i kombinowaniem z surowcami uderzył w polską gospodarkę, to tylko wywołał kryzys, zaś Morawiecki swoimi działaniami go pogłębia.

Widzi pan wyjście z tej sytuacji?

Wszystko teraz zależy od polityki gospodarczej rządu, ale dużego manewru nie ma. Rząd będzie miał teraz trudność w sprzedaniu obligacji, ponieważ banki są nimi przesycone, a z kolei Narodowy Bank Polski musi walczyć z inflacją i nie może powtórzyć operacji z kupowania obligacji, bo w ten sposób złamałby ustawę, która mówi jasno, że NBP musi walczyć z inflacją. Wiele wskazuje na to, że rząd będzie musiał zapożyczać się zagranicą. Być może szansą na wyjście z tej sytuacji byłyby pieniądze z Unii Europejskiej.

Obawiam się scenariusza rumuńskiego. W 2010 roku Rumunia mimo niskiego długu wynoszącego 30 proc. PKB, stała się niewypłacalna. A skoro nie była w stanie pozyskać finansowania, zwróciła się do Międzynarodowego Funduszu Walutowego o pomoc taką samą, jaką otrzymała wcześniej Grecja. W Rumunii spowodowało to wysoki wzrost rentowności i wysoki koszt obsługi długu publicznego.