Biznesmen z Wrocławia przecina rolls royce'y na pół i robi z nich sofy. „Teraz zrobię złoty pociąg”, zapowiada

Sofa z Rolls-Royce'a.
Sofa z Rolls-Royce'a. Materiały prasowe
Jacek Wyrębkiewicz ponad dekadę tworzył witryny internetowe i aplikacje. Aż do chwili, kiedy już miał dosyć, a w telewizji zobaczył meble robione z aut przeznaczonych na złom. Niemal z dnia na dzień wrocławianin zaczął nowe życie. Nie było i nie jest łatwo: meble z jego warsztatu to wyrób luksusowy, na Zachodzie klienci wyrywaliby go sobie z rąk. Ale przedsiębiorca nie zdejmuje nogi z gazu i wkrótce kupi... tramwaj.

– Jedenaście lat siedziałem przy komputerze, robiąc strony i aplikacje. W końcu zaczęło mi to przeszkadzać: wzrok już nie ten, trzeba się zacząć trochę ruszać. Więc kiedy z żoną oglądaliśmy na Discovery program, w którym pokazano takie fajne meble motoryzacyjne, zaczęliśmy sprawdzać, czy ktoś w Polsce się tym zajmuje – wspomina w rozmowie z INN:Poland Wyrębkiewicz.
Okazało się, że taki rynek w polskim meblarstwie nie istnieje. Nisza była kusząca – Wyrębkiewicz z wykształcenia jest inżynierem-mechanikiem, stronę internetową mógł sobie postawić sam, postanowił też wiele nie ryzykować: na początku w witrynie można było obejrzeć tego typu meble, powstające za granicą. – Zaznaczyłem, że to nie są jeszcze moje prace, ale mogą być – śmieje się dziś. - I tak ruszyło: przyjechał pierwszy klient i zamówił przód cobry w charakterze sofy – mówi.
Miały być lampki, wyszły biurka
I tak, wóz za wozem, interes ruszył. Pierwsza sofa firmy Meble Samochodowe – ta na bazie cobry – kosztowała klienta gdzieś między 10 a 15 tysięcy złotych. Dziś ceny analogicznych mebli na witrynie firmy Wyrębkiewicza oscylują na podobnym poziomie – tyle że w euro. Co nie oznacza, iż to cena końcowa. – Nie stosuję już rozliczenia ryczałtowego, nie określam ceny końcowej z góry. Kiedyś tak robiłem, przeliczyłem się kilka razy i wyszedłem na zero. I tak się cieszyłem, że nie wylądowałem pod kreską – opowiada.



Dziś firma rozlicza się na bazie faktur, do których doliczana jest prowizja za robociznę i koordynację prac wykonywanych przez innych specjalistów. W praktyce wygląda to tak, że Wyrębkiewicz wykonuje większość pracy. – Na przykład tego ostatniego rolls royce'a adaptowałem w większości osobiście, większość prac wykonaliśmy z żoną, tylko malowanie, które musiało być perfekcyjnie zrobione na potrzeby firmy, zlecaliśmy na zewnątrz – podsumowuje. – Ale cały montaż elektryki, podłączenie, blaty – to wszystko było robione u nas. Tak wychodzi taniej, a poza tym mamy jakieś zajęcie – żartuje.

Sofy i biurka, z jakich słyną dziś Meble Samochodowe, to w pewnej mierze przypadek. Wyrębkiewiczowie początkowo stawiali na znacznie tańsze produkty „na bazie samochodów”: lampki i stoliki. Okazało się, że jednak produkty prostsze, ale i znacznie tańsze, trudno nad Wisłą sprzedać. – Chyba to było za proste: widać każdy myśli, że jego znajomy w warsztacie też mu coś takiego może zrobić za parę groszy – wzdycha Wyrębkiewicz. Za to na te meble za kilkanaście tysięcy złotych, czy dziś – euro, klient dopisał.
Bez OC na deptaku nawet karoserii nie postawisz
Najtańszy w ofercie jest fiat 126p. Ale nie dlatego, żeby było przy nim mniej pracy: po prostu Wyrębkiewicz ma dziś formę, z której można odbić wierną kopię malucha z laminatu. Akcesoria do niej – lampki czy zderzaki – pochodzą już z oryginalnych aut. – Gdyby klient chciał pociąć prawdziwą, metalową budę, to dojdzie koszt pozyskania malucha i rozebrania auta. A sama rozbiórka kosztuje dobre kilkaset złotych na start – podkreśla wrocławski przedsiębiorca.

Poza ceną maluch z laminatu ma wiele innych atutów. Cabrio Bar, czyli maluch zaadaptowany na potrzeby kawiarnianego ogródka, ma choćby ten plus, że nie rdzewieje, a jeśli ktoś by w niego kopnął, to farba nie zacznie odpadać, jak w przypadku pogiętej blachy. No i ne trzeba płacić... ubezpieczenia OC. A takie trzeba byłoby zapłacić, gdyby kupujący chciał taki cabrio bar stworzyć na bazie prawdziwego auta. – Buda prawdziwego auta nie może stać na deptaku, po którym ludzie chodzą: trzeba mieć zapłacone OC, a nierzadko strażnicy chcieliby i opłatę za parkowanie doliczyć – wylicza Wyrębkiewicz. – Trzeba mieć dokumenty wyrejestrowania samochodu, złomowania, pozyskania złomowanych części. Żeby nie płacić OC, trzeba przejść długą procedurę – dodaje.

Po maluchach przyszedł czas na sofy zrobione w oparciu o auta BMW dla Polo TV, biurka z rolls royce'a i lamborghini. Potem było duże zlecenie od firmy Goodyear: firma Wyrębkiewicza umeblowała całe piętro siedziby producenta opon w Warszawie. Tu największym kłopotem było projektowanie specjalnych nóg-dźwigarów pod szklaną płytę, z kołami po bokach, pod stół konferencyjny. – Takie stoły to koszt od ośmiu tysięcy złotych w górę. Wszystko zależy od szyby, jaka jest kładziona, jakości wykonania: czy to vintage czy chromowane – szacuje wrocławski przedsiębiorca. Ani to tanie, ani proste – na realizację każdego zlecenia tego typu, sofy czy biurka – Wyrębkiewicz potrzebuje od dwóch do trzech miesięcy.
Niemiec się boi
Teoretycznie, nakład pracy konieczny do zrobienia takiego designerskiego samochodowego mebla, mówi sam za siebie. Ale klienci lubią patrzeć Wyrębkiewiczowi na ręce. – Tuż przed odbiorem klient potrafi przyjechać na dzień lub dwa i czekać na wykończenie, pilnuje czy wszystko zostało wypucowane i podłączone – podkreśla szef Mebli Samochodowych. – W najlepszym przypadku trzeba liczyć dwie albo trzy godziny na oglądanie, czy wszystko jest tak, jak być powinno – dodaje.

W Meblach Samochodowych nie powstaje zatem więcej niż cztery do sześciu dużych mebli rocznie. – Nie chcę trzymać klienta przez rok, bo pierwsze pół roku będę kończyć zlecenie dla innego klienta – podsumowuje szef firmy. Zlecenia są zatem przyjmowane na bieżąco, zresztą na bieżące potrzeby Wyrębkiewiczowie zarabiają robieniem fotelików fryzjerskich dla dzieci z fotelików znajdujących się w dziecięcych autach napędzanych akumulatorami.

Foteliki łatają budżet, bo zachodni klient kupowania w Polsce się boi. Znany niemiecki designer tego typu mebli, Martin Schlund, na brak zamówień nie narzeka – miesięcznie w jego warsztacie może powstawać nawet dziesięć mebli podobnych do tego, co robi Wyrębkiewicz (wyjąwszy cenę, która jest znacznie wyższa). U Schlunda kupują Niemcy, Szwajcarzy i Francuzi, u Wyrębkiewicza też pewnie by kupowali, gdyby nie wiedzieli, że jego meble powstają w Polsce. - Martin nawet podsyłał mi jakichś klientów, ale jednego spłoszył fakt, że za niewielkie pieniądze doposażę mebel dla niego w elektryczny podnośnik. Uznał, że to kosztuje na Zachodzie fortunę, więc pewnie chcę go oszukać – mówi wrocławski przedsiębiorca.
Sytuacji nie poprawiła dokumentacja procesu rozbiórki aut, jaką Wyrębkiewicz umieszcza na Facebooku, ani próby szukania klientów np. na eBay'u. – Serwis przysłał mi karny mail, że w Polsce się takimi autami nie jeździ, a zdjęcia pewnie ukradłem. Moja aukcja została zdjęta – skarży się Wyrębkiewicz.

Czas na złoty pociąg
Tyle produkty ekskluzywne. Natomiast foteliki sprzedają się za granicą nieźle. – Tanie są, to schodzą. Nikt w takiej Irlandii nie boi się zamówić u mnie fotelika, bo w razie czego nie straci kilku tysięcy lecz parę euro – tłumaczy to szef Mebli Samochodowych. – A taka inwestycja szybko się zwraca: fotelik kosztuje około półtora tysiąca złotych, ale dzieciaki chcą się w czymś takim strzyc, na pewno chętniej siadają w takich fotelikach niż w zwykłym fotelu fryzjerskim – dorzuca.
Ale sofy czy foteliki to za mało. Wyrębkiewicz szuka nowych pomysłów na biznes. – Co teraz? – odpowiada pytaniem na pytanie. – Teraz zbuduję złoty pociąg – śmieje się. Wkrótce wrocławskie tramwaje będą wyprzedawać część taboru, a jeden z tramwajów chce kupić szef Mebli Samochodowych. – Zrobimy taką blaszaną imitację złotego pociągu jako tramwaj turystyczny, który będzie kursował po Wrocławiu – zapowiada. W zaprzyjaźnionej zajezdni przedsiębiorca chce wyremontować tramwaj, pokryć go złoceniami i wypuścić na wrocławskie torowiska jako lokalną atrakcję turystyczną.

Do tego latem być może ruszy produkcja pasywnego systemu antydronowego. To konstrukcje przypominające rzeźby wiatrowe tworzone przez artystów takich Anthony Howe. Okazuje się, że taka konstrukcja, z licznymi płatami czy blaszkami, które dodają tym swoistym wiatrakom artystycznego powabu, zakłóca sygnał bezpilotowca. – Jeżeli na danym terenie ma pan dwie czy trzy takie rzeźby, wlatujący pomiędzy nie dron traci orientację – mówi Wyrębkiewicz. – Wystawiałem już kiedyś coś takiego na aukcję i cieszyło się sporym zainteresowaniem. Gdy zrobi się nieco cieplej zaczniemy testować tego typu konstrukcje. I może nieoczekiwanie okaże się to świetnym pomysłem? – spekuluje. Bo kto trzy lata temu przewidziałby, że znajdą się tacy, którzy będą chcieli pracować przy połowie lamborghini.

Napisz do autora: mariusz.janik@innpoland.pl

POLUB NAS NA FACEBOOKU
Trwa ładowanie komentarzy...