Warszawska pracownia szyje jak 100 lat temu. Do dziś ubiera klientów, którzy nie pytają o cenę

Maciej Zaremba prowadzi pracownię krawiecką założoną przez jego przodków
Maciej Zaremba prowadzi pracownię krawiecką założoną przez jego przodków Fot. Maciej Stanik
Kiedyś ubierali przedwojenne elity stolicy, po wojnie garnitury zamawiali u nich Jeremi Przybora i Jerzy Wasowski z Kabaretu Starszych Panów, Zbigniew Herbert, socjalistyczna wierchuszka i zagraniczni dyplomaci. Dziś ubierają głównie polityków i biznesmenów, ubrania szyjąc tymi samymi metodami, jakich używano wiek wcześniej.

– Jeśli chodzi o samą pracownię, to technologia jest taka sama jak 100 lat temu. No może z wyjątkiem tego, że maszyna jest napędzana silnikiem elektrycznym a nie stopą krawca. Mamy też żelazka z generatorem pary, kiedyś ubrania prasowało się przez kawałek mokrego materiału. Technologicznie to jedyne różnice – mówi INN:Poland Maciej Zaremba, właściciel prawdopodobnie najdłużej działającej w Warszawie a może i Polsce pracowni krawieckiej.


Specjalizuje się w wysokiej jakości garniturach i marynarkach szytych metodą bespoke – czyli na miarę, od podstaw. Cały proces trwa kilka tygodni i kosztuje przynajmniej (z naciskiem na słowo „przynajmniej”) kilka tysięcy złotych, ale garnitur leży jak ulał, jest uszyty z materiału jaki sobie zażyczymy i wykończony dokładnie tak, jak chcemychcemy, jednak zawsze z zachowaniem stylu Zaremby.
Pracownia Krawiecka Zaremba powstała w roku 1894 i święciła niesamowite triumfy w okresie rozbuchanego konsumpcjonizmu elit stolicy, zarówno tych XIX, jak i XX-wiecznych. To były czasy budzenia się polskiego kapitalizmu, szybkiego powstawania bajecznych fortun. Świetny krawiec, jakim był Edward Zaremba zdobył olbrzymią renomę.

Po nim biznes przejął Adolf Zaremba (Edward był jego wujem). Na krawca wykształcił również swojego młodszego brata, Tadeusza. W końcu obaj dorobili się własnych pracowni. Rozwój ich firm przerwała II wojna światowa. Adolf i Tadeusz przeżyli, ale ich biznesów już nie było.
Tadeusz Zaremba się nie poddał i już w lipcu 1945 r. otworzył nową pracownię. Lekko nie było.

– Dziadek często się borykał z wieloma problemami, jak większość prywatnych przedsiębiorców. Na pewno pomagało mu to, że prestiż przedwojennej marki pozostał i część socjalistycznych dygnitarzy jednak korzystała z jego usług – mówi jego wnuk Maciej, syn Adama. Adam Zaremba przejął interes po swoim ojcu, choć na początku niewiele na to wskazywało.

– Dziadek Tadeusz był szalenie dumny z tego, że ma taką firmę. A tata – jak podejrzewam – nie miał pomysłu, żeby prowadzić ją dalej. Skończył Politechnikę Warszawską, przez parę lat pracował w jako inżynier, miał też inne zainteresowania i hobby. Ale podejrzewam, że dziadek przyczynił się do tego, że tata już studiach zdał egzamin mistrzowski i został tak krawcem – już jako absolwent Politechniki Warszawskiej – i prowadził tę firmę – opowiada Zaremba.
Ta historia powtórzyła się po raz kolejny, ale już z nim w roli głównej.

– Ja nie miałem nigdy pomysłu, żeby prowadzić firmę, tata nie naciskał, miałem inne zainteresowania, byłem studentem psychologii społecznej, kierunku, który wydawałoby się, że nie ma zastosowania w takim biznesie. Niestety tak się zdarzyło, że mój tata zachorował, później zmarł. Ciągłość marki była mocno zagrożona. W tym momencie zdecydowałem, że spróbuję ją poprowadzić, pamiętając nie tylko to, co przekazywał mi tata, ale i dziadek. Nawet jak byłem dzieckiem to kontakt z nim miał na mnie duży wpływ – wspomina Maciej Zaremba.

– On we mnie stworzył i ugruntował taką wizję, że Zaremba to nie jest "zakład krawiecki" – jak to się mówiło w PRL-u – ale marka, którą ludzie przed wojną i po wojnie chcieli po prostu nosić. I byli dumni z tego, że mają garnitur od Zaremby. Z tą wizją zdecydowałem się na podjęcie próby odtworzenia tego i – z czasem – rozwinięcia – mówi nam.

Sam też ma syna, ale na razie nie wprowadza go w tajniki biznesu krawieckiego z jednego ważnego powodu.

– Ma dopiero 3 miesiące. Chociaż pewnie niektórzy posądzają mnie to, że mam plany wobec niego, bo daliśmy mu imię po moim dziadku – Tadeusz. Ale decyzje życiowe każdy człowiek musi podejmować sam. Oczywiście byłoby miło, gdyby zechciał kiedyś prowadzić tę firmę dalej i mieć taką możliwość. Ale na razie wiele lat przed nim i przed nami. Chociaż mój syn jest w tej chwili jedynym Zarembą. Tak więc ciąży na nim spora odpowiedzialność, choć o tym jeszcze nie wie – śmieje się Zaremba.
To, czego nie zniszczył socjalizm, prawie zniknęło w burzliwym okresie po roku 1989. Wtedy większość osób z pieniędzmi zwróciła się ku markom zagranicznym. Firmie udało się jednak przetrwać. Dziś jest miejscem, gdzie przeszłość bardzo mocno łączy się z teraźniejszością, ale i przyszłością.

– Jest to ogromna odpowiedzialność, ale ona nie ciąży. Oczywiście każda zła decyzja odbije się na nas większymi konsekwencjami, niż w przypadku innego biznesu. Po pierwsze nazwa firmy to jest moje nazwisko, ja się podpisuję pod wszystkim, co robimy. No i jest ten aspekt historyczny, na markę pracowało kilka pokoleń, walczyło o swoje miejsce na mapie Warszawy, o swoją obecność. We mnie to poczucie odpowiedzialności jest szalenie ważne i silne. Ale nie sądzę, żeby to nam przeszkadzało – twierdzi Zaremba.

Czy można dobrze się ubrać za nieduże pieniądze?

– Widzę, że lubi się pan ubierać schludnie – powiedział, wskazując na jego garnitur. – Wolę określenie: elegancko. Uśmiechnął się. – Elegancja zaczyna się od 10 tysięcy. Pan jest schludny. Rozmowa szantażysty z prokuratorem Szackim

Zygmunt Miłoszewski. „Uwikłanie”

– To jest dość trudny temat. Bo jeśli bym powiedział, że trzeba mieć dużo pieniędzy, żeby dobrze wyglądać, to wiele osób by mnie skrytykowało. I przynajmniej po części miałyby rację. Najważniejsze w dobrym wyglądzie jest poczucie stylu, umiejętność zestawienia kolorów, proporcji. Natomiast szycie na miarę na tym poziomie, który my robimy, nie jest dla wszystkich. Jest rzeczywiście dla koneserów – Maciej Zaremba porównuje wybór garnituru na miarę do kupna audiofilskiego sprzętu hi-fi czy innych pasjonatów.
– Oczywiście są też ludzie, którzy lubią wydawać pieniądze, mają ich dużo i mają potrzebę posiadania dobrych rzeczy. Uzyskują u nas pewność, że kupują bardzo dobry produkt za wysoką cenę. Jeśli chce się stworzyć indywidualny styl w obrębie męskiej elegancji, to rzeczywiście trzeba korzystać z usług krawców bądź usług szycia na miarę, bo są niuanse i detale, których nie będziemy mogli spersonalizować, korzystając z rzeczy dostępnych w sklepie. I nie mówię tu już tylko o kwocie, ale dobry wygląd niestety musi kosztować więcej. Wymaga większego wkładu finansowego, niż zwykłe zakupy w sieciowym sklepie – mówi nam.

Inspiracje i materiały
Jedno i drugie w świecie męskiej elegancji pochodzi z Włoch lub Wielkiej Brytanii.
– Na świecie są pewne trendy, ale musimy też pamiętać, że takiej pracowni jak nasza nie możemy traktować jak miejsca stricte modowego, takiego „fashion”. Trendy się zmieniają co sezon, ale to wszystko opiera się na fundamentach klasycznej męskiej elegancji. I te podstawy trzeba znać, by zacząć się nimi bawić – tłumaczy Zaremba.

Dodaje, że kluczem do sukcesu nie jest wcale sprzedawanie ubrań.
– Wszędzie na świecie pracownie krawieckie sprzedają swój styl. Kiedyś duży wpływ na nas miało krawiectwo brytyjskie, w tej chwili przeżywamy okres zachwytu południowowłoskim. Próbuję z tego wyciągnąć własny styl, który jest już jakoś rozpoznawalny na świecie. Bez inspiracji, bez podglądania innych, jeśli jest się zamkniętym w jednym miejscu naprawdę trudno stworzyć coś nowego – twierdzi.

Podobnie jest z tkaninami, Włosi zapewniają doskonałą jakość lekkich materiałów, jeśli szukamy czegoś bardziej konserwatywnego, to musimy zwrócić się w stronę Wysp Brytyjskich. Anglicy kultywują tradycyjne krawiectwo i tradycyjny styl. A bycie vintage stało się obecnie bardzo modne. Paradoksem jest to, że we Włoszech są bardzo poszukiwane tkaniny z brytyjskich tkalni. I to nie nowe, ale takie, które przeleżały na pólkach 15 -20 lat albo i więcej - bo są unikatowe i niepowtarzalne.

Co i za ile
Pewne zdumienie klientów budzi rozstrzał cen między różnymi elementami garderoby. Weźmy garnitur i marynarkę tej samej klasy. Pierwsze kosztuje ok. 6 tys. zł, drugie – 4 – 5 tysięcy.
– To wynika z czysto ekonomicznych aspektów. Dla porównania – na spodnie dla klienta potrzebujemy średnio 1,3 metra materiału. A na marynarkę – 1,8 – 1,9 metra. Drugi aspekt jest taki, że spodnie są o wiele prostsze, nie mają w sobie praktycznie żadnych elementów konstrukcyjnych poza paskiem. Natomiast marynarka ma choćby wkłady na piersiach, które robimy z płótna i z płótna przeplatanego końskim włosiem, tzw. włosianki. To wszystko jest w środku łączone ręcznie szwami. Jej uczycie zajmuje o wiele, wiele więcej czasu niż uszycie spodni. Stąd ta różnica w cenie – tłumaczy nam Zaremba.
Ale w takich pracowniach jak u Zaremby na ubraniach nie ma metek z cyferkami.

Czemu krawcy a nie krawcowe?
W Polsce przyjęło się, że krawcami są na ogół mężczyźni. W pracowni Zaremby nie ma przeszkód, by zatrudniać panie. Obecnie w zespole pracuje jedna kobieta i on sam bardzo ceni jej pracę. Mówi, że kobiety są niezastąpione w pracach wymagających dużej precyzji i uwagi – detalach, wykończeniach, zdobieniach, jak na przykład ręcznie robione i obszywane dziurki.

W swojej pracowni i na stronie sprzedaje również koszule, które kupuje od krawców z Neapolu.
– Tam pracownie krawieckie działają tak samo, jak tuż przed wojną i po wojnie. Wielu krawców pracuje w domach, całym rodzinami. Jest wśród nich wiele pań, które nie pracują, że tak powiem etatowo, zajmują się dziećmi a w wolnym czasie robią tylko dziurki. Krawcy potrafią prawie walczyć o ich usługi, bo wiedzą, że na przykład czyjaś córka czy siostra robi najlepsze dziurki – opowiada nam Zaremba.

– Niedawno jeden z naszych klientów zamówił koszulę z nietypowym monogramem. Okazało się, że tylko jedna krawcowa z Neapolu robi tak precyzyjne rzeczy. Krawiec powiedział „nie zrobię Ci tej koszuli, bo Maria skaleczyła się w palec przy krojeniu cebuli i przez kilka tygodni nie będzie mogła wyszywać monogramów”. I musiałem to wytłumaczyć klientowi – śmieje się.

Powiew nowoczesności
Maciej Zaremba działa w bardzo tradycyjnym biznesie, jakim jest klasyczna męska elegancja. Ale w ten świat również wkracza globalizacja i nowe technologie, głównie w obszarze komunikacji i marketingu. Duży nacisk kładzie na media społecznościowe, dzięki którym dociera do klientów zagranicznych.

Pracuje również w modelu travelling tailor, wielu klientów znajdując na przykład w Szwecji. Krawiec lub grupa krawców anonsuje swój przyjazd do jakiegoś miasta, zbiera chętnych, mierzy ich i wraca za kilka tygodni na kolejne przymiarki, przywożąc potem gotowe ubrania lub wysyłając je. W zeszłym roku Zaremba w samej Szwecji był 14 razy. Rozpoczyna też sprzedaż gotowych ubrań oraz dodatków, również przez internet.

– To nowy pomysł, dopiero tworzymy taką kolekcję. Tego typu ubrania sprzedają się głównie za granicę, gdzie nasza marka jest rozpoznawana. Nie wszyscy klienci mogą do nas przyjechać, my nie wszędzie dotrzemy, dzięki gotowym ubraniom każdy, kto chce mieć coś z naszą metką - może. Trzeba też pamiętać, że zamówienie u nas garnituru to nie jest tylko jedna wizyta. Więc szczególnie teraz, od sezonu wiosna/lato 2017 będziemy tę kolekcję mocno rozszerzać. Będą to ubrania inspirowane takim krawieckim stylem, ale w wersji „ready to wear” – planuje Zaremba.

Ale żeby nie było za nowocześnie, pokazuje gigantyczne nożyce, których używa się w jego zakładzie.
– Dziadek kupił je w Paryżu, w latach 50. ubiegłego wieku. Kosztowały wtedy fortunę, ale są tak zbudowane, że same się ostrzą. Używamy ich na co dzień od ponad 60 lat, nigdy nie widziały ostrzałki – mówi Zaremba.

Napisz do autora: konrad.baginski@innpoland.pl

POLUB NAS NA FACEBOOKU

Trwa ładowanie komentarzy...