Ta matka sześciorga dzieci rzuciła korpo i stworzyła meble, które rosną razem z potomstwem

Anna Bochniarz z rodziną
Anna Bochniarz z rodziną Archiwum własne
Mówi się, że matki nikt tak nie zrozumie, jak druga matka. Z takiego założenia wyszła Anna Bochniarz. Jej marka, Przytulne Mebelki, ma być odpowiedzią na sprzedawane przez sieciówki umeblowanie. Zamiast masowo tworzonych produktów, oferuje bowiem to, czego nie mają wielkie fabryki – szóstkę dzieci, tysiące nieprzespanych nocy oraz oczy dookoła głowy, wyrobione sprawdzaniem, czy pociechy nie zrobią sobie krzywdy.

Z wykształcenia Anna Bochniarz jest architektem. Jak sama jednak przyznaje, nie miała okazji pracować zbyt długo w zawodzie. Zjadła za to zęby w korporacjach. Spędziła w nich ponad dwie dekady, zajmując się m.in. rebrandingiem marek oraz zmianą wizualizacji sklepów. W końcu nadszedł czas na zmiany.



– To nie jest tak, że rzuciłam korpo, bo było tam źle – mówi w rozmowie z INN:Poland. – Praca w takim miejscu ma swoje zalety, ale ma również wady. Jedną z nich było to, że spędzałam tam znaczną część dnia – z dojazdami nawet 12 godzin. W pewnym momencie poczułam, że coś mi umyka – tłumaczy.

Tym czymś było dzieciństwo jej potomstwa. Bochniarz bowiem jest matką sześciorga dzieci. Złapała się na tym, że koszt jej pracy może być znacznie większy niż tylko czas spędzony za biurkiem poza domem.

– Pieniądze można zarobić zawsze. Ale nie będzie drugiej szansy, by odprowadzić syna czy córkę na ich pierwszy dzień szkoły lub zobaczyć ich występy na szkolnej akademii. Pewne rzeczy zdarzają się tylko raz w życiu – konkluduje. Dlatego zdecydowała odejść z pracy i pójść na własne. Pytanie tylko, czy osoba, która stawia pierwsze samodzielne kroki w biznesie nie będzie jeszcze bardziej zajęta. W końcu teraz na jej głowie był każdy aspekt firmy, a nie tylko wycinek pracy, zlecony przez kierownictwo. Dla Bochniarz to jednak kwestia priorytetów. Liczy się z tym, że wyjście z własnego biura na kilka godzin, by spędzić czas z dziećmi, może negatywnie wpłynąć na wyniki sprzedażowe. Jak twierdzi, czasu spędzonego z nimi nie odda jej żadna, choćby najbardziej dochodowa, transakcja.

Tak od września 2016 roku ruszyła jej firma. Przytulne Mebelki, jak sama nazwa wskazuje, działa w sektorze meblarskim. Celuje w wyroby dla najmłodszych – od łóżeczek dla niemowląt, po akcesoria, pokroju śpioszków czy puf. I znowu, matka sześciorga trafiła do branży, z którą wcześniej miała niewiele wspólnego.
– To był taki skok na głęboką wodę, bo wcześniej nie byłam w żaden sposób powiązana z meblarstwem – przyznaje. – Jednak do tego kroku pchnęły mnie dwie rzeczy. Po pierwsze, nie podoba mi się, że teraz dominują produkty z tworzyw sztucznych. Te wyroby nie mają duszy. A drewno i natura zawsze mnie uspokajały. Po drugie, mam spore doświadczenie jako matka i wiem, jakich mebli potrzebują dzieci w różnym wieku. Więc dlaczego nie zacząć produkować rzeczy dla innych matek? – pyta.

To właśnie ma stanowić główny atut Przytulnych Mebelków – są „zaprojektowane przez mamę”. Co to oznacza? Przykładowo, drewno, którego używa się do produkcji mebli, jest bezsęczne, czyli pozbawione sęków. To bardziej istotne niż się wydaje. Bochniarz podkreśla, że to właśnie sęki stanowią najsłabsze ogniwo każdego elementu umeblowania. To właśnie na sękach meble najczęściej się wyrabiają. Jeśli na przykład w nodze łóżka będzie sęk, przy jakimkolwiek szarpnięciu zacznie się ona luzować, a w konsekwencji psuć, tłumaczy Bochniarz. Gdy wyeliminuje się ten element, wydłuża to żywotność produktu o kilka lat. Co ciekawe, bezsęcznego drewna używa się również do produkcji organów, jako surowca o najwyższej jakości.

To samo tyczy się kółek przy łóżeczkach. Zarówno same ruchome elementy, jak i hamulce mają podobne mechanizmy do tych, które stosuje się na przykład w magazynach i w przemyśle. Dzięki temu kółka są solidne, a jak zajdzie taka potrzeba, można je skutecznie unieruchomić. Wszystkie te elementy, dodaje Bochniarz, są tworzone w Polsce – obrabiane w stolarniach i szyte w szwalniach. Sama założycielka zajmuje się projektami mebli, które później trafiają do rzemieślników.

Co istotne, meble mogą „rosnąć” razem z dzieckiem. W sprzedawanych biurkach firmy można zamontować półkę na nogi na różnych wysokościach w zależności od wzrostu dziecka, dzięki czemu jego nogi nie zwisają i nie powodują wykrzywiania się kręgosłupa. Dzięki temu rozwiązaniu mebel służy nie kilka, tylko kilkanaście lat, mówi Bochniarz.

Atutami Przytulnych Mebelków jest zatem jakość wykonania oraz doświadczenie właścicielki. Stąd też cena, która jest kilkukrotnie wyższa niż u konkurencji. Za łożeczko trzeba zapłacić 990 złotych, a niektóre sklepy oferują produkty tańsze nawet trzykrotnie. Czy zatem rodzice są w stanie sięgnąć głębiej do portfela, aby ich pociechom żyło się wygodniej? Na to pytanie jest dla Bochniarz jeszcze za wcześnie.
– Tak naprawdę biznes dopiero się rozkręca. To kwestia dalszej przyszłości, jeśli chcemy mówić o dochodach – przyznaje. – Sama nie jestem pewna przyszłości, ale tak jest zawsze, jak idzie się na własne. Mogłam albo podjąć ryzyko, albo patrzeć w sufit i zastanawiać się, co będzie – mówi.

Na chwilę obecną obojętna na wszystko statystyka jest po stronie przedsiębiorczej matki. Polacy chętnie kupują meble i akcesoria przez internet. A to główny kanał sprzedaży Przytulnych Mebelków.

Według badań przeprowadzonych przez Comarch,  26 proc. udziału w tym branży meblarskiej mają właśnie wydatki online. Polski rynek ma zatem ogromny potencjał zakupowy w tej branży. Meble spoza sieciówek są coraz bardziej popularne – Przytulne Mebelki mają zatem sporą szansę, by wstrzelić się w ten trend.

Napisz do autora: grzegorz.burtan@innpoland.pl

POLUB NAS NA FACEBOOKU

Trwa ładowanie komentarzy...