Jak polski sadownik znalazł sposób na Rosjan. Dawno nie było sprzedaży na takim poziomie

Polscy sadownicy zaczynają odrabiać straty z ostatnich trzech lat.
Polscy sadownicy zaczynają odrabiać straty z ostatnich trzech lat. Fot. Jakub Orzechowski / Agencja Gazeta
Producenci jabłek nad Wisłą nie czekali aż Polacy zaczną pić cydr, albo w polskich owocach zakochają się Chińczycy. Nie czekając na zniesienie sankcji, postanowili wrócić na rynek rosyjski. Oblegają go z kilku kierunków, przede wszystkim – z Białorusi. W zeszłym roku nasz eksport jabłek sięgnął poziomu notowanego ostatni raz przed wprowadzeniem rosyjskiego embarga, czyli ponad milion ton, wynika z danych Ministerstwa Rolnictwa. Wszyscy mogą być zadowoleni: sadownicy, pośrednicy i sami Rosjanie, którzy muszą sobie zdawać sprawę z całego procederu, ale przymykają na niego oko.

– Nikt nie będzie z panem o tym rozmawiał. Ludzie uważają, że samo mówienie o tym, że polskie jabłka wjeżdżają do Rosji przez Białoruś, czy jakiś inny kraj, szkodzi. Głównie dlatego, że ciąży na wizerunku Rosji, która chce demonstrować stanowczość przy egzekwowaniu swojego embarga – mówi nasz rozmówca, znający realia branży sadowniczej w Polsce. Z tych samych powodów woli pozostać anonimowy. – Natomiast to rzeczywiście nic nowego, że polskie jabłka wciąż trafiają na rynek rosyjski – dodaje.


Sam fakt, że jednej czy drugiej firmie udało się ominąć mur sankcji, rzeczywiście – trudno uznać za nowość. Za to już skala tej zabawy w kotka i myszkę z rosyjskimi służbami celnymi jest ewidentnie zaskoczeniem: w 2013 roku, przed wprowadzeniem rosyjskiego embarga i wybuchem konfliktu na Ukrainie, polski eksport jabłek sięgał ponad 1,2 mln ton. Z tego przeszło połowa – 676 tysięcy ton – lądowało na rosyjskim rynku.
Ale w kolejnym roku liczby te poleciały na łeb, na szyję. W 2015 r. całkowity eksport polskich jabłek nie dobił nawet poziomu miliona ton. Dopiero w zeszłym roku zaczął stopniowo wzrastać, by sięgnąć ok. 1,1 mln ton. Innymi słowy: zamiast sprzedawać 676 tys. ton do Rosji, polscy sadownicy zaczęli sprzedawać 539 tys. ton na inne rynki.

Tyle że lwia część tego wolumenu ląduje... w Rosji – via Białoruś. W 2013 roku polscy eksporterzy lokowali na tym rynku 145 tys. ton jabłek, w roku ubiegłym było to już 514 tys. ton. Białorusini zagustowali w polskich jabłkach? Bynajmniej.

– Tym razem to Białoruś stała się polskim kanałem wiodącym dalej na wschód. Wcześniej bywały to inne kraje, które mają dobre relacje z Rosją – tłumaczy nasz rozmówca. Chodzi zarówno o republiki bałtyckie – zwłaszcza Litwę i Łotwę – ale też Mołdawię oraz dawne republiki jugosłowiańskie, jak Serbia czy Bośnia i Hercegowina. O tym, jak może wyglądać taki proceder, pisano już rok temu, m.in. na stronach portalu kresy24.pl. Z cytowanych tam informacji podanych przez mołdawską prokuraturę wynikało, że w ciągu zaledwie kilku tygodni (grudzień 2015 – styczeń 2016) na Białoruś wjechało aż 20 tys. ton polskich jabłek rzekomo mołdawskiej proweniencji.

Precyzyjnie rzecz ujmując, w procederze pośredniczyły firmy z separatystycznego regionu Mołdawii: Naddniestrza. Mikroskopijną republikę, która odłączyła się od Mołdawii u progu lat 90. i do dziś próbuje rządzić się sama (co jest możliwe m.in. za sprawą finansowego i militarnego wsparcia Moskwy), Kreml wyłączył spod swojego embarga. Błyskawicznie więc narodziły się tam firmy, które zaczęły eksportować rzekome mołdawskie jabłka m.in. na Białoruś i Litwę.
Polskie jabłka sprzedawane w tym systemie nawet nie musiały jeździć do Tyraspola. Wjeżdżały np. do specjalnej strefy ekonomicznej na Litwie, a wtedy pośrednik sygnalizował mołdawskim partnerom przybycie dostawy i czekał na mołdawskie certyfikaty fitosanitarne na towar. Gdy tylko papiery docierały na miejsce, „mołdawskie” już owoce wjeżdżały na Białoruś. Tamtejsza inspekcja wysyłała do Mołdawii zapytanie o pochodzenie jabłek, a po uzyskaniu potwierdzenia (mołdawski czy naddniestrzański inspektor też musi z czegoś żyć)... no cóż, droga wolna. Rosjanie czasem jeszcze na wyrywki kontrolowali przekraczające granicę z Białorusią samochody, ale najwyraźniej bez wielkiej determinacji, by położyć kres procederowi.

– Był taki okres, kiedy w dostawach do Rosji na czoło wysforował się nawet Cypr. Był w dobrych relacjach i przez kilka miesięcy był największym importerem polskich jabłek – mówi nasz informator. – Ale rzecz jasna, trudno sobie wyobrazić, by owoce z Polski rzeczywiście jeździły na tę wyspę – dodaje.

Teoretycznie polscy sadownicy odzyskują dzięki temu kluczowy dla siebie rynek. Warunki, na jakich to się jednak dzieje, nie są tak dobre, jak kilka lat temu. – Marża zostaje u pośredników. Ponieważ dochodzi jeszcze jedno ogniwo w łańcuchu dystrybucji, trzeba sprzedawać taniej – podkreśla nasz rozmówca. Czyli u Białorusinów, Mołdawian czy Litwinów. Mołdawska prokuratura twierdzi, że w okresie, o którym mowa była powyżej, do kieszeni skorumpowanych urzędników mogło trafić nawet milion euro.
– To niemal na pewno odbywa się za przyzwoleniem Rosjan. Trudno, żeby nie wiedzili, choć przymykają oko – kwituje nasz rozmówca. Czy rzeczywiście? – Wyobraża pan sobie, żeby Białorusini kupowali kilkaset tysięcy ton polskich jabłek, niby jedli te polskie jabłka, a swoje wysyłali na eksport? To przecież bardzo naiwne tłumaczenie – mówi.

Przymknięcie oka jest jednak konieczne, gdy wziąć pod uwagę, że rodzime rosyjskie jabłka raczej nie są przeznaczone na sprzedaż. Jabłonie w rosyjskich sadach rodzą owoce, które są konsumowane przez gospodarzy, w dużych sklepach sieciowych bez importu nie byłoby mowy o kupieniu jabłka. Obecne status quo pozwala zachować pozory embarga: Polacy udają, że znaleźli alternatywne rynki; Białorusini, że nagle rozkwitło u nich rodzime sadownictwo; a Rosjanie – że twardo utrzymują sankcje w mocy. Wiele musi się zatem zmienić, by nie zmieniło się nic.

Takie status quo można też podtrzymywać bez końca. – Zniesienie embarga to kwestia dogadania się na poziomie politycznym, na co się nie zanosi. Na pewno nie liczyłbym na to w tym roku – komentuje w rozmowie z INN:Poland Mariusz Dziwulski, ekspert ds. rynku owoców PKO BP. – Zresztą nawet, gdyby Bruksela i Kreml doszły do jakiegoś porozumienia, to nawet zniesienie sankcji nie kończy sprawy. W mocy pozostanie jeszcze embargo fitosanitarne, nałożone jeszcze przed konfliktem o Krym i utrzymywane w mocy do tej pory. Krótko mówiąc, polskie jabłka i tak formalnie nie spełniają rosyjskich norm jakościowych – dorzuca.

Napisz do autora: mariusz.janik@innpoland.pl

POLUB NAS NA FACEBOOKU

Trwa ładowanie komentarzy...