
ZNP chce przyjąć w swoje szeregi doktorantów. Związek już w listopadzie wprowadził odpowiednie zmiany w swoim statucie, które teraz czekają na akceptację sądu. Doktoranci chcą dołączyć do ZNP, ponieważ czują się wykorzystywani przez uczelnie.
REKLAMA
Obecnie dofinansowanie przekazywane szkołom wyższym jest w części uzależnione od tzw. czynnika studencko-doktoranckiego - informuje "Gazeta Wyborcza". Zdaniem Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego, jest to 12,25 proc. całej dotacji, według Środowisko akademickiego - nawet do 35 proc.. Za doktoranta uczelnie dostają pięć razy więcej środków niż za studenta.
Zwiększanie liczby doktorantów jest więc bardzo opłacalne ekonomiczne w czasach niżu demograficznego. Jednocześnie życie młodych naukowców nie jest usłane różami - muszą oni odbywać tzw. "praktyki zawodowe", ale uczelnia nie płaci za pierwsze 90 godzin rocznie. Przekraczanie 90 godzin w zasadzie się nie zdarza, bo pensum, czyli liczby obowiązkowych godzin dydaktycznych, nie starczy nawet dla naukowców na etacie. Często też doktorantów wykorzystuje się do prac, które z nauką nie mają nic wspólnego - na usta ciśnie się tu słowo "wyzysk".
Zmienić tę sytuację ma przystąpienie do ZNP. Solidarność środowiskowa ma im zapewnić lepsze warunki pracy. Dołączenie do związku ma również pomóc w otrzymaniu profesjonalnej pomocy prawnej. Kolejnym argumentem jest niezależność finansowa od uczelni. Środowisko akademickie argumentuje, że aktualnie wszystkie zrzeszenia doktorantów - od wydziałowych rad po Krajową Reprezentację finansowane - są finansowane z budżetu uczelni lub resortu.
Wstąpienie do ZNP to nie pierwsza inicjatywa wyrażająca niezadowolenie środowiska naukowego z sytuacji panującej na uczelniach. Humaniści zbuntowali się i zaapelowali o zmiany w zasadach finansowania nauki. Na ich apel odpowiedziała minister Lena Kolarska-Bobińska, zapowiadając zmiany w systemie oceny naukowców.
Źródło: Wyborcza.pl
