
Wbrew pozorom zatrudnianie pracowników o ponadprzeciętnej inteligencji może zwiastować porażkę, a z dużym prawdopodobieństwem zwiększenie kosztów zatrudnienia pracowników, nie tylko tych wyjątkowych, ale również tych znacznie poniżej geniuszu. Przeciętność to chleb biznesu, bez niego jak bez ręki. Owszem kawior, to mile widziany dodatek do pieczywa, ale współczesna tendencja niektórych przedsiębiorców do zastępowania chleba kawiorem, może się skończyć niestrawnością.
Finkelstein, twierdz, że co prawda pewien poziom inteligencji jest oczywiście jak najbardziej potrzebny i pożądany u pracowników w każdym przedsiębiorstwie, a wśród menedżerów tym bardziej, ale określa go jako taki, który pozwoli danej osobie rozumieć reguły „gry” danego biznesu i dość sprawnie się wśród nich poruszać. Tymczasem współpraca z jednostkami wybitnymi, polega zwykle na konieczności akceptacji zmian reguł, a nawet uwzględnieniu faktu, że zmianie nie ulegną wyłacznie reguły, ale i cała gra.
Jako przykład fatalnych w skutkach biznesowych działań super-inteligentnych ludzi, wspomniany naukowiec przytacza kierownictwo Enronu.
– Energetyczny gigant z USA zatrudnił największe talenty, by uruchomić niektóre z jego najbardziej strategicznych oddziałów i co? - pisze Finkelstein. – Okazało się, że tym samym Enron został praktycznie bez nadzoru i ostatecznie w 2001 roku, dzięki tym talentom, zbankrutował.
Wszystko dlatego, że owi menedżerowie tak bardzo byli aroganccy, zadufani w sobie i nie dopuszczali myśli, że mogą się mylić, że po pierwsze, dokonywali błędnych wyborów, a po drugie, przepuścili wiele szans na dobry interes, bo uważali się za najmądrzejszych.
Dlatego pytanie jakie zadaje Finkelstein brzmi: czy naprawdę musimy zatrudniać najmądrzejszych menedżerów?
Dodatkowym problemem jaki pojawia się, gdy stanowiska kierownicze zajmuje osoba o ponadprzeciętnej inteligencji to ten, że zespół nie jest w stanie podążać za jego tokiem myślenia. Tacy ludzie, zwykle są o krok z myślą, konceptem przed resztą i nie mogą zrozumieć, że inni nie dotrzymują im kroku. To tak jakby wytrawny maratończyk musiał biegać z zawodnikami sumo.
Ok, ale czy zatem należy rezygnować z talentów? Czy bazując na przeciętności nie spoczniemy na laurach? Czy firma opierająca się na zespole złożonym z „przeciętniaków” nie będzie produkować przeciętnych produktów?
Pozwól sobie na przeciętność. Pozwól sobie na jedzenie małą łyżką, a nie chochlą. Przynajmniej mniejsze ryzyko, że się zadławisz albo rozboli Cię brzuch z przejedzenia. Nie musisz być pierwszy, nie musisz „nad poziomy wylatywać”. Ciepła woda w kranie, ciepłe kapcie – te marzenia wcale nie są powodem do wstydu. Co więcej – te marzenia są na ogół w zasięgu naszej ręki. Możemy je spełnić i cieszyć się szczęściem. Ciągła pogoń za niespełnionymi marzeniami, ciągłe przesuwanie poprzeczki do przeskoczenia, ciągłe ściganie się z innymi – to może prędzej rodzić frustrację niż dawać radość i satysfakcję. Wyobraź sobie świat, w którym każdy marzyłby o jego podboju. Każdy chciałby być najbogatszy, najbardziej wpływowy, najpiękniejszy i mieć największego siusiaka. To dość przerażająca wizja, nie sądzisz?
Współczesna niechęć do przeciętności wydaje się tym dziwniejsza, że przecież powszechnie wiadomo, że ideały są utopią. Zatrudniając osoby wybitne pracodawcom może się zdawać, że właśnie mocno do zakładanego przez siebie ideału się zbliżyli, lecz summa summarum może się okazać, że nawet się od niego oddalili. Trudno bowiem zaprzeczyć, że człowiek nie jest nieomylny i że niedoskonałość jest w człowieczeństwo wpisana. Przeciętność to niejako kwintesencja realnego spojrzenia na rzeczywistość i twarde stąpanie po ziemi. Geniusz to luksus, zarezerwowany dla innych „luksusowych” w jakimś obszarze jednostek i ma swoją cenę, z której każdy przedsiębiorca winien zdać sobie sprawę.
Napisz do autorki: izabela.marczak@innpoland.pl
