To polskie mydło kosztuje 20 zł, ale i tak podbije świat. Klientki są zachwycone!

Ania i Ula Bieluń to twórczynie Ministerstwa Dobrego Mydła. Ich ręcznie produkowane mydła, kule kąpielowe, peelingi czy olejki są hitem w całej Polsce. Niebawem ruszają na podbój Europy.
Ania i Ula Bieluń to twórczynie Ministerstwa Dobrego Mydła. Ich ręcznie produkowane mydła, kule kąpielowe, peelingi czy olejki są hitem w całej Polsce. Niebawem ruszają na podbój Europy. Materiały prasowe
Dwie dziewczyny z Kamienia Pomorskiego rzuciły wymarzone studia i pracę. Zaczęły od zera, zapożyczając się u znajomych i rodziny. Po półtora roku ich rzemieślnicze mydła są znane w całej Polsce. Opinie – wyłącznie pełne zachwytu. Teraz ruszają na zagraniczne rynki, bo tam klienci wydają krocie na ekokosmetyki.


Ręcznie wykonywane kosmetyki Ministerstwo Dobrego Mydła sprzedaje już m.in. w Wielkiej Brytanii. Miejscowa Polonia poleca je potem swoim znajomym. To m.in. dla nich będzie anglojęzyczna wersja sklepu internetowego, który ruszy jesienią - dowiaduje się redakcja INN:Poland.
Magdalena Kobza
DaWanda.pl

Marki takie jak Ministerstwo Dobrego Mydła, czyli świetnie przygotowane pod kątem asortymentu i sprzedaży, mają szansę na sukces nie tylko na rynku polskim, ale również za granicą, gdzie trend na ręcznie wykonywane, naturalne kosmetyki utrzymuje się od kilku lat.

Wszystkie mydła, kule do kąpieli, olejki czy peelingi Ania i Ula w całości przygotowują rzemieślniczo. Ręcznie łączone składniki są wlewane do drewnianych forem, krojone i nadziewane na sznurki. Są wydajne, dobrze się pienią i są delikatne dla skóry. Pochodzą wyłącznie z olejów roślinnych. Jedynymi syntetykami użytymi do produkcji są aromaty. Kosmetyki Ani i Uli nie zawierają triklosanu, substancji uznanej za rakotwórczą.
Ania Bieluń
Ministerstwo Dobrego Mydła

Pojechałyśmy nocnym pociągiem do Warszawy z dwoma 80-kilogramowymi walizkami wypełnionymi mydłem na targi do Warszawy. Nie byłyśmy w stanie same wtachać ich do pociągu – pomógł nam konduktor, którego okłamałyśmy, że wieziemy do stolicy słoiki od mamy.

Ania (27 lat) i Ula (19 lat) Bieluń to dwie siostry z Kamienia Pomorskiego. Był upalny sierpniowy wieczór w 2014 roku. Dziewczyny siedziały z rodzicami przy kolacji. Ania rzuciła, że może by założyć rodzinny biznes. Pomysł nie wzbudził entuzjazmu. Ania była wówczas dziennikarką z trzyletnim dzieckiem, Ula miała rozpocząć wymarzone studia, architekturę. Poza tym kompletnie nie miały budżetu na własną działalność, nie mówiąc o lokalu, którego potrzebowały do wytwarzania ręcznie robionych mydeł.
I wtedy ojciec, wciągając kluski spaghetti, znienacka powiedział, że w zasadzie to zwalniają z matką mieszkanie w Kamieniu, które może stać sie mydlarnią. – To był dla nas przełom, gigantyczna zmiana perspektywy. Miałyśmy swój lokal.


Ty rzucasz studia, ja – pracę

Miesiąc później do Ani zadzwonił znajomy i powiedział, że Urząd Marszałkowski w Szczecinie ogłasza konkurs, w którym do zgarnięcia było 40 tys. zł na start firmy. Nabór do konkursu był już zamykany, zostało jedno miejsce. Trzeba było zgłosić się najpóźniej następnego dnia. – Szybko zadzwoniłam do Uli. Powiedziałam, że potrzebna jest szybka decyzja. Ty rzucasz wymarzoną architekturę, a ja – dziennikarstwo.

Ania Bieluń
Ministerstwo Dobrego Mydła

Mydło to podstępna bestia: z jednej strony łatwo je zrobić – wystarczy trzymać się przepisu i sprawnie przeprowadzić produkcję. Z drugiej strony stworzenie własnej receptury wymaga wiele wiedzy i pracy.

W ciągu 15 minut Ula oddzwoniła i powiedziała: wchodzę w to. Musiałyśmy przez dwa miesiące odbyć wszystkie możliwe szkolenia związane z dotacją: księgowość, biznesplan, podatki, działalność gospodarcza. Udało się – nasz biznesplan otrzymał dotację. Można więc powiedzieć, że zrobiłyśmy to rzutem na taśmę – mówi w rozmowie z INN:Poland Ania z Ministerstwa Dobrego Mydła.
Dla dziewczyn rozpoczął się hardcorowy rok. Musiały wyremontować mieszkanie i przygotować pracownię. Dotacja szybko się wyczerpała. Teraz czekało je mnóstwo wydatków związanych z przygotowaniem pracowni. Zapożyczyły się u rodziny i znajomych. W dodatku, mieszkanie było za niskie, sanepid odrzucił je jako miejsce do prowadzenia działalności gospodarczej. – Przeżyłyśmy chwile grozy. Trzeba było zerwać sufit na 70 m kw. To było kolejne 11 tys. zł. Na szczęście udało się pozyskać środki i zwiększyć wysokość pomieszczeń – opowiada Ania.

Słoiki z Warszawy

– W listopadzie sprzedałyśmy pierwsze mydło. Od razu zostałyśmy rzucone na głęboką wodę. To był gorący, przedświąteczny okres. Musiałyśmy we dwie tworzyć mydła, pakować, wysyłać, prowadzić dokumentację, Facebooka, odpowiadać na mejle, sprzątać pracownię. W jeden weekend pojechałyśmy nocnym pociągiem do Warszawy z dwoma 80-kilogramowymi walizkami wypełnionymi mydłem na targi. Nie byłyśmy w stanie same wtachać ich do pociągu – pomógł nam konduktor, którego okłamałyśmy, że wieziemy do stolicy słoiki od mamy i że to nie nasza wina, że są tak ciężkie, bo to mama pakowała. O szóstej rano czekała na nas taksówka. Po dwudniowym maratonie na targach znów powrót nocnym pociągiem do Kamienia. Tak wyglądało wtedy nasze życie.
Dziś dziewczyny mają grono wiernych klientek w Polsce. I to wcale nie tych zamożnych. – Najczęściej jest tak, że ktoś nawet kilka tygodni oszczędza, po to, by kupić u nas ekokosmetyki, które są w 100 procentach naturalne i przystosowane do wrażliwej skóry. Surowce ściągają z całego świata, ale nie z Polski: masło karite z Ghany, oleje z Chile, Anglii czy Francji. Promują się na Facebooku (posty zwykłe i sponsorowane) i Instagramie.
Ula i Ania zrealizowały już 9 tysięcy zamówień średnio za 50 zł jedno i rosną jako firma w tempie 400 procent rocznie. Ich klientki na Facebooku wystawiają im wyłącznie pełne zachwytu opinie. "Najlepszy kosmetyk, jaki kiedykolwiek miałam w ręku", "genialne", "robicie świetną robotę", "aaach same cuda", idealnie nawilżona skóra" - to tylko niektóre z pochwał.


A dziewczyny już sprzedają kosmetyki naturalne za granicą: w Niemczech, Skandynawii czy Wielkiej Brytanii. – Wiemy, że Polonia, do której trafiają nasze mydła, kule do kąpieli czy peelingi do ciała, poleca je swoim znajomym. A nasza zagraniczna sprzedaż to już 5 procent rocznie i stale wzrasta.

Dlatego dziewczyny jesienią otworzą sklep anglojęzyczny dla detalistów europejskich. Obecnie trwają tłumaczenia całego sklepu, w tym opisów produktów i procesów tworzenia.
Czy ich kosmetyczny biznes ma szansę być skalowalny za granicą? Tak ocenia to samo Ministerstwo Dobrego Mydła. – Zdecydowanie tak, w Polsce, gdzie idzie nam całkiem dobrze, ten biznes dopiero raczkuje. A w Niemczech czy Skandynawii moda na kosmetyki naturalne kwitnie od lat. Jest tam mnóstwo fanów natury, rzemiosła, handmade'u i DIY. My dostarczamy produkty doskonałej jakości za naprawdę przystępną cenę. Przykładowo, peeling do ciała przeciętnej jakości kosztuje tam równowartość 100 zł, my oferujemy produkt składający się z lepszych surowców za jedyne 40 zł.

A tak, Magdalena Kobza z DaWanda.pl, platformy z produktami handmade i design, skupiającej projektantów z całej Polski:

Marki takie jak np Ministerstwo Dobrego Mydła, czyli świetnie przygotowane pod kątem asortymentu i sprzedaży, mają szansę na sukces nie tylko na rynku polskim, ale również za granicą, gdzie trend na ręcznie wykonywane, naturalne kosmetyki utrzymuje się od kilku lat.

Podbijają serca coraz bardziej świadomych klientów, którym mocniej zaczyna zależeć na jakości produktów do pielęgnacji i pochodzeniu ich składników niż na przywiązaniu do obietnic komercyjnych marek. Naturalne mydła i olejki mają zbawienny wpływ na ciało, można ich skład dopasować do konkretnych typów skóry czy problemów dermatologicznych, a etykiety nie straszą całą listą konserwantów.

Dodatkowym atutem rzemieślniczych kosmetyków jest ich wizualna oprawa - najczęściej oszczędna w formie, ekologiczna i ładna. Proste rozwiązania zorientowana wokół trendu eko i powrotu do natury stają się kuszącą alternatywą dla drogeryjnych półek nawet mimo wyższej, choć często nieznacznie, ceny - tłumaczy Magdalena Kobza.

Napisz do autora: rafal.badowski@innpoland.pl