Polskie miasta ścigają się o to, kto będzie miał metro szybciej. Łódź prowadzi

Niemal każde duże polskie miasto chciałoby być METROpolią.
Niemal każde duże polskie miasto chciałoby być METROpolią. Fot. Pixabay
Co to za metropolia, skoro nie ma metra? W polskich miastach trwa cicha ambicjonalna rywalizacja o to, kto – po Warszawie – zafunduje sobie system podziemnej komunikacji miejskiej. Namiastkę metra postanowiła właśnie zafundować sobie Łódź.


Złośliwi nie przebierają w słowach: dostawianie cudzysłowu do frazy „łódzkie metro”, to najdelikatniejsza z nich. Ale rzeczywiście: zarząd PKP PLK podjął właśnie decyzję o przebiciu pod Łodzią tunelu, który łączyłby Łódź Fabryczną z Łodzią Kaliską i dworcem na Żabieńcu. Łódzka Kolej Aglomeracyjna miałaby kosztować półtora miliarda złotych i powstać do 2020 r.


Żadna nowość, w Łodzi marzyli o własnym metrze w tym samym czasie, kiedy zamarzyło się ono warszawiakom – czyli w dwudziestoleciu międzywojennym. W Polsce Ludowej pomysł rozrósł się do imponujących rozmiarów – sieci ponad 50 km torów. Dziś obowiązuje jego powściągliwa wersja: „łódzkie metro” to 11 kilometrów podziemnych torów. Z jednej strony, będą nimi mogły przemykać pociągi dużych prędkości, z drugiej – system przystanków wskazuje na to, że będzie to jakaś wariacja na temat metra.


Łódź uprzedziła tym samym Kraków, który swoich ambicji jest pewien na tyle, że uruchomił już witrynę internetową z mapą potencjalnych nitek metra. „W krakowskim Metrze śmiało mogłoby znajdować się 5 linii” - czytamy na metrokrakow.pl. Na razie pięć linii to marzenie ściętej głowy: zawarta na witrynie witrualna mapa połączeń służy jedynie zbadaniu, z której z proponowanych tras najchętniej korzystali by mieszkańcy Krakowa.


Pod Wawelem ta decyzja nie należy do najłatwiejszych. Szarpnięcie się na metro kosztowałoby ratusz jakieś 8 mld złotych (zapewne wraz z przebudową towarzyszącej infrastruktury) i potrwałoby około trzynastu lat, od 2012 do 2034 roku. Bez unijnej dotacji – albo współpracy z inwestorem prywatnym – ani rusz.
Ten sam problem ma ratusz we Wrocławiu. - To jest taki sam pomysł, jak budowa kosmodromu – kwitowała zgryźliwie była kandydatka PiS na stanowisko prezydenta tego miasta, Mirosława Stachowiak-Różecka. - Taka inwestycja jest ponad możliwości finansowe miasta – dorzucał poseł Piotr Babiarz.

Cóż, w przypadku Wrocławia wypadłoby taniej, niż w Krakowie: wrocławskie metro miałoby liczyć 36 km długości oraz 34 stacje, i kosztowałoby – w zależności od szacunków – od 2 do nawet 6 mld złotych. Przy 13 miliardach budżetu to jednak spore wyzwanie. Do budowy zachęcają jednak naukowcy z Polskiej Akademii Nauk, którzy w ramach grupy PAN METRO opracowali studium, zalecające wręcz budowę metra. - Prędzej czy później staniemy przed koniecznością takiego rozwiązania – komentował prof. Andrzej Żelaźniewicz, kierujący grupą PAN METRO. - Centrum miasta będzie tak zakorkowane, że dostanie się do niego koleją podziemną będzie jedynym sensownym rozwiązaniem – kwitował.

To nie koniec. Z pomysłem wybudowania własnego metra wystąpiły też Bydgoszcz i Rzeszów. W pierwszym z tych miast pomysł padł wkrótce po kampanii wyborczej. Ale w niemal 200-tysięcznym Rzeszowie koncepcja tzw. monorail, czyli 14-kilometrowej kolejki jednoszynowej przetrwała gorący okres kampanii wyborczej do samorządów. Tyle że realizacja wymagałaby zmian w prawie i co najmniej ćwierć miliarda złotych.

Cóż, w Europie metro nie jest zbyt powszechnym rozwiązaniem: w całej Unii znajdziemy około 40 systemów, najwięcej we Francji i Hiszpanii. Metro zafundowały sobie ostatnio m.in. Kopenhaga, Turyn, Sewilla czy nawet Palma de Mallorca. Po zrealizowaniu wszystkich zaplanowanych inwestycji Polska mogłaby wskoczyć do czołówki. Pytanie tylko, czy ceną nie byłaby zapaść budżetów największych miast.

Napisz do autora: mariusz.janik@innpoland.pl

Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie

Oceń ten artykuł:

Trwa ładowanie komentarzy...