Kleszczy jest coraz więcej, psychoza ogarnia Polskę. Naukowcy: to wyolbrzymiane zagrożenia

Kleszcze były już bohaterami horroru... "Kleszcze".
Kleszcze były już bohaterami horroru... "Kleszcze". Fot. Wikipedia
Jeszcze dekadę temu te niewielkie pajęczaki uchodziły za stosunkowo niegroźny, choć upierdliwy, dodatek do letniego urlopu. W ostatnich latach awansowały jednak do pierwszej ligi zagrożeń, którym musi stawić czoła przeciętny Polak, tuż po dżihadystach i romantycznych komediach polskiej produkcji. Jak groźne są kleszcze i co z nimi zrobić? Na te pytania odpowiedzieli nam najlepiej poinformowani: eksperci Państwowego Zakładu Higieny.


Z kleszczami musimy nauczyć się żyć – tak przynajmniej twierdzą naukowcy. – Większość naukowców wskazuje, że zmiany klimatyczne – głównie ciepłe zimy – przyczyniają się do zwiększenia liczebności kleszczy – mówił kilka dni temu w rozmowie z Polską Agencją Prasową zoolog z Uniwersytetu Przyrodniczego w Poznaniu. – Jest to powodowane głównie przez ich większą przeżywalność zimą, ale też wydłużenie ich aktywności w sezonie, a co za tym idzie: większą szansę na znalezienie żywicieli i reprodukcję – dodawał. Według niego, kleszcze wędrują – wraz ze zmianami klimatu gatunki spotykane na południu wybierają się coraz dalej na północ.


Kleszczy przybywa – nad Wisłą zaczyna panować jakiś rodzaj psychozy. – Ostatnio często obserwuję wywoływanie paniki wśród ludzi, zwłaszcza wśród właścicieli psów i kotów. W skrócie: mówi się im, że jeżeli nie będą stosować profilaktyki przeciw kleszczom, to ich pupilom na pewno stanie się coś złego (…) Nie możemy mówić, że są to choroby bardzo częste i spacery z psem po lesie na pewno skończą się zarażeniem – dowodził Krzysztof Dudek. – Jednocześnie coraz więcej firm sprzedaje repelenty, specjalne obroże, płyny itp., przy jednoczesnych akcjach marketingowych posługujących się nie do końca naukowymi argumentami. A ludzi, którzy znaleźli u siebie lub swojego zwierzęcia kleszcza, namawia się, by po wyciągnięciu wysłali go na badanie genetyczne, kosztujące 200-300 złotych – dorzucał.

A więc psychoza? – Tak, zgadzam się, że tak jest – potwierdza w rozmowie z INN:Poland prof. Stanisława Tylewska-Wierzbanowska, kierująca Laboratorium Samodzielnej Pracowni Riteksji, Chlamydii i Krętków Odzwierzęcych PZH. – Potencjalne zagrożenia, z jakim wiążą się kleszcze, są wyolbrzymiane – dodaje. Zdaniem badaczki, rzecz nie tylko w marketingu: bywa i tak, że osoby, u których występują np. pierwsze objawy stwardnienia rozsianego – choroby nieuleczalnej, stopniowo demolującej organizm – usilnie poszukują pocieszenia w postaci diagnozy „borelioza”. Ta bowiem daje jakąś nadzieję.

A zatem – przesada? Krzysztof Solarz, naukowiec ze Śląskiego Uniwersytetu Medycznego w Katowicach, trzy lata temu zebrał w ramach projektu badawczego przeszło 17,5 tysiąca kleszczy w województwach podkarpackim, śląskim, małopolskim i opolskim. Użył do tego flanelowej tkaniny, „przesiąkniętej zapachem psa”, co miało stanowić dla pajęczaków zachętę. Z omiatanych tą płachtą krzaków spadło wspomniane kilkanaście tysięcy kleszczy, z których aż co trzeci był nosicielem chorób takich, jak krętki Borrelia burgdorferi, anaplazmoza czy babeszjoza.


Do tego można dorzucić jeszcze informacje z oficjalnych statystyk, dotyczące dwóch zagrożeń, z którymi najczęściej kojarzone są kleszcze: boreliozy i kleszczowego zapalenia mózgu (KZM). Według PZH w ubiegłym roku odnotowano niemal 14 tys. przypadków boreliozy (znaczący wzrost w stosunku do 2012 r., kiedy stwierdzono 8806 zachorowań, ale już nie w stosunku do 2014 r., kiedy to odnotowano 13 886 przypadków boreliozy) i około dwustu KZM (w tym przypadku co roku jest to podobna liczba).
– Proszę mnie nie pytać, ile kleszczy w Polsce roznosi choroby – odcina się jednak prof. Tylewska-Wierzbanowska. – Może ich być 20, ale i 60 procent – dodaje. Problem w tym, że zgodnie z opinią badaczki nad Wisłą nie przeprowadzono dotychczas żadnych badań, które można by uznać za wiarygodne i miarodajne. Takie badania prowadzono – wielkim nakładem sił i środków – np. w Szwecji, co dla Polski nie ma większego znaczenia. – Wyniki prowadzonych na wyrywki badań mogą być skrajnie odmienne. Wystarczy, że roznosząca choroby samica złożyła w gnieździe jaja i już w tym konkretnym miejscu będzie niemal 100 procent zakażonych kleszczy. Tymczasem nieco dalej mogą się pojawiać kleszcze, które żadnych chorób nie roznoszą – mówi badaczka.

Prof. Tylewska-Wierzbanowska nie podważa jednak konieczności zachowania ostrożności. – Przed wyjściem na spacer po lesie czy piknik warto spryskać ciało którymś z preparatów odstraszających kleszcze – zaleca. – A po powrocie dokładnie zlustrować całe ciało – dodaje. W przypadku, gdybyśmy mieli pecha i „złapali kleszcza” badaczka poleca wyciągnięcie go za pomocą pincety lub dostępnych w aptekach narzędzi typu pętelki. Domowe sposoby – typu nakładania warstwy tłuszczu, czy kręcenia kleszczem „w kierunku zgodnym z ruchem wskazówek zegara” - można sobie darować. Prędzej urwiemy w ten sposób kleszczowi głowę lub zmusimy go do wstrzyknięcia zawartości jelit do naszego organizmu. Pajęczaka usuwamy więc najprostszym, zdecydowanym ruchem. Liczy się czas, generalnie w pierwszych godzinach po „podczepieniu się” pajęczaka nie dochodzi do zakażenia.

Po tej operacji wizyta u lekarza nie jest konieczna: należy obserwować ciało w miejscu, w którym wczepił się kleszcz. Dopiero pojawienie się tzw. rumienia wędrującego – kolistego zaczerwienienia skóry, promieniście rozchodzącego się od miejsca infekcji – powinien nas zaniepokoić. Tyle że ten pojawia się zwykle po 7-10 dniach, a bywa, że nawet po trzech tygodniach. Cóż, psychoza psychozą, ale odrobina ostrożności jeszcze nikomu nie zaszkodziła.

Napisz do autora: mariusz.janik@innpoland.pl