Dyżury po kilka dób z rzędu to w polskich szpitalach codzienność. "Takich przypadków mogą być tysiące".
Dyżury po kilka dób z rzędu to w polskich szpitalach codzienność. "Takich przypadków mogą być tysiące". Fot. Karolina Sikorska / Agencja Gazeta

„Umowy, zawierane z lekarzami, nie są kontraktem dwóch równoprawnych podmiotów. To raczej dyktat. A rząd – ani ten, ani poprzedni, ani żaden inny – nie zrobił nic, by tę sytuację zmienić” - mówi nam po tragicznym wypadku w Białogardzie wiceszef Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Lekarz, Zdzisław Szramik. Jego opowieść o realiach pracy lekarzy mrozi krew w żyłach.

REKLAMA
44-letnia anestezjolog ze Szpitala Powiatowego w Białogardzie zmarła w poniedziałek wieczorem. Prawdopodobnie zawał serca – skwitowano w oficjalnych doniesieniach, policja wykluczyła udział osób trzecich.
Szpital – no cóż, umył ręce. – Pani doktor nie była naszym pracownikiem. Prowadziła działalność gospodarczą, dlatego czas pracy organizowała sobie samodzielnie. Zupełnie inna sytuacja byłaby, gdyby była naszym pracownikiem i my nie przestrzegalibyśmy kodeksu pracy. Przepisy w tym przypadku nie zostały naruszone – podsumował doniesienia o tragicznym wydarzeniu.
Szpital miał ostatnio więcej kłopotów: kilka dni wcześniej ze względu na braki kadrowe zamknięto tamtejszy Oddział Intensywnej Opieki Medycznej. Pacjenci wylądowali w Kołobrzegu i Koszalinie. Były wakacje, dwa czy trzy zabiegi anestezjologiczne dziennie. Prawdopodobnie morze kawy...
Rosyjska ruletka
A to dopiero wierzchołek góry lodowej. – Odpowiedzialny jest system, który powoduje, że lekarze własnym zdrowiem łatają dziury i gaszą pożary. Parę lat temu coś takiego stało się w Głubczycach – mówi INN:Poland wiceprzewodniczący Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Lekarzy, Zdzisław Szramik.
Kontrakty na warunkach korzystnych wyłącznie dla placówki to zmora lekarskiego rynku pracy.
Kontrakty na warunkach korzystnych wyłącznie dla placówki to zmora lekarskiego rynku pracy. Fot. Jakub Orzechowski / Agencja Gazeta
Rzeczywiście, anestezjolog, który zmarł w 2011 r. w Głubczycach, był na dyżurze już piąty dzień. – Byliśmy wówczas w tej sprawie u ówczesnej minister zdrowia, Ewy Kopacz. Powiedziała, że to nie miało związku z pracą i nie ma najmniejszego znaczenia – kwituje Szramik. Według niego, problem rzeczywiście ma charakter systemowy, choć o oficjalnej statystyce nie sposób mówić. – Wiemy, że to zjawisko powszechne. Wiemy, że nie chodzi o jedną czy dwie osoby w skali kraju, tylko tysiące przypadków, kiedy ludzie dyżurują po kilka dób pod rząd – podkreśla związkowiec.
Ba, gdyby to jeszcze było tak, że lekarze biorą na siebie ten ciężar na własną rękę czy żeby zarobić jakieś większe pieniądze. – Mówił, że to nie do końca jest jego wybór. Na pytanie, z jakich przyczyn pełni tak długie dyżury, odpowiadał, że nie zawsze mamy w życiu wpływ na wszystko – opowiadał mediom kolega zmarłego anestezjologa z Głubczyc. O co chodzi? Lekarze wiedzą. – Niektóre kontrakty są zawierane świadomie i dobrowolnie. To rosyjska ruletka ze strony tego, kto podpisuje – mówi Szramik. – Ale bywa, że nie jest to jednak równoprawna umowa podpisana przez dwa podmioty, tylko właściwie dyktat: umowa sporządzona zupełnie jednostronnie, często niezgodnie z prawem pracy i kodeksem cywilnym – dodaje.
Wiceszef OZZL sugeruje, że może to być nawet co drugi taki przypadek. – Dostaje się wypowiedzenie, potem proponują kontrakt polegający na prostym przeliczeniu pensji pracownika na potrzeby działalności gospodarczej. I tak się tworzy kontrakt – mówi.
Co nie znaczy, że dyrektorzy szpitali chwalą sobie sytuację. Większość zdaje sobie sprawę, że półprzytomny specjalista na dyżurze, to zagrożenie dla wszystkich – w pierwszej kolejności pacjentów. Ale wokół tych kilkudniowych dyżurów panuje jakiś rodzaj zmowy milczenia.
Pod presją
Dlaczego zmowy milczenia? Otóż, w Polsce, jak i w całej Unii Europejskiej, obowiązują stosowne przepisy, limitujące pracę lekarzy. Tyle że placówki znajdują sposoby, żeby je obejść. Jesteś lekarzem na etacie? Dla ciebie jest zatem klauzula opt-out: pisemne oświadczenie pracownika dyżurującego, czyli najczęściej lekarza, ze zgodą na pracę w wymiarze przekraczającym przeciętnie 48 godzin na tydzień w przyjętym okresie rozliczeniowym. Wystarczy podpis pod taką klauzulą i ustalenie rzeczywistego wymiaru czasu pracy lekarza staje się niemożliwe.
Równie niemożliwe jest w przypadku lekarza, który podpisał kontrakt i stał się "samodzielnym przedsiębiorcą", świadczącym usługi na potrzeby szpitala. Tak było zapewne w Białogardzie. W tym przypadku, jak to ujął szpital "czas pracy organizowany jest samodzielnie". – Taka jest praktyka, ja od lat próbuję uświadamiać, że jest to sprzeczne z prawem – mówi nam Czesław Miś, lekarz z Nowego Sącza, który w 2006 roku wygrał precedensowy proces, udowadniając, że za dyżury brane powyżej 48 godzin pracy w tygodniu należą się dni wolne. – Dyrektywa o czasie pracy dotyczy wszystkich zatrudnionych. Naszym zdaniem w jej tłumaczeniu na język polski jest błąd, dzięki któremu może dochodzić do nadużyć – dodaje.
Według niego, taki lekarz podlega naciskom. – Jest pozbawiony wszelkiej osłony socjalnej, podlegają wielkiej presji. Nie wiem, czy wszyscy ci, którzy pracują w takim wymiarze godzin, nie robią tego pod presją – dorzuca.
– A władze świadomie to tolerują. Nie zrobiono nic w ochronie zdrowia, by to zmienić – kwituje Szramik. OZZL chce objęcia lekarzy limitami czasu pracy, analogicznie, jak jest to w przypadku kierowców. Ale ich apele uderzają ponoć w ścianę. W ten sposób błędne koło się zamyka.

Napisz do autora: mariusz.janik@innpoland.pl