
Jeśli żądania 800 osób zrzeszonych w związkach zawodowych w Przedsiębiorstwie Państwowe Porty Lotnicze, nie zostaną spełnione, może dojść do sparaliżowania największego lotniska w Polsce. Trwa właśnie konflikt pomiędzy dyrektorem a związkowcami o podwyżki, gwarancje zatrudnienia i wysokość odpraw dla zwalnianych pracowników.
Spełnienie żądań oznaczałoby zwiększenie funduszu płac o 7, 7 mln do 19,9 mln złotych. Takie trwałe zobowiązanie wpłynie na pogorszenie przyszłych wyników finansowych przedsiębiorstwa i parametrów finansowych. Byłby to powrót do sytuacji sprzed restrukturyzacji, kiedy to udział kosztów wynagrodzeń i świadczeń pracowniczych w sumie kosztów działalności operacyjnej PPL przekraczał 50 proc. Obecnie udział ten wynosi 35,8 proc. i kształtuje się na poziomie porównywalnym z innymi europejskimi lotniskami.
Na PPL składają się lotnisko Chopina w Warszawie, port lotniczy Zielona Góra, a sama spółka ma również udziały w kilku lotniskach regionalnych. Działa w niej siedem związków zawodowych, a należy do nich trzy czwarte z 1100 pracowników. Ta firma to jakby twór z innej epoki. Mniejsza o to, że specjalną ustawą powołał ją w 1987 roku gen. Wojciech Jaruzelski. Do zarządzania spółką wtrąca się "rada robotnicza", a konkretnie złożony z pracowników Krajowy Zjazd Delegatów.
O co więc chodzi związkowcom? O ten boom, co nadchodzi. – W firmie jest dobrze, ruch pasażerski rośnie. Jednak bez podjęcia pewnych działań przez dyrekcję nie będziemy w stanie obsłużyć nadchodzącej fali pasażerów. Teraz zwali się nam głowę część ruchu linii Ryanair przenoszącej połączenia z Modlina. Firma będzie miała przychody i biznes, a co my jako pracownicy, będziemy z tego mieli? – wykłada proszący o zachowanie anonimowości przedstawiciel "komitetu pracowników".
Napisz do autora: tomasz.molga@natemat.pl
