Klienci firm pożyczkowych to nie jest klient, za którym uganiałyby się banki
Klienci firm pożyczkowych to nie jest klient, za którym uganiałyby się banki Fot. Arkadiusz Wojtasiewicz / Agencja Gazeta

REKLAMA
Rząd szykuje kolejne restrykcje przeciwko firmom pożyczkowym, a eksperci nie pozostawiają na tym pomyśle suchej nitki. – Możemy narzucić firmom pożyczkowym limity pobieranego oprocentowania, ale to nie uchroni tych, którzy te pożyczki biorą, wręcz przeciwnie – twierdzi dr Łukasz Gębski ze Szkoły Głównej Handlowej. Jego zdaniem rynek po prostu odrzuci większość osób próbujących pożyczać pieniądze, pozostawiając część klientów na łasce sąsiadów czy szarej strefy. Na dodatek ustawa znalazła się na tapecie, zanim jeszcze ktokolwiek ocenił skutki zmian wprowadzonych zaledwie w marcu tego roku.
„Chcę skończyć z tym procederem” – tak minister Zbigniew Ziobro zapowiedział latem batalię przeciw firmom pożyczkowym...
Zanim powie pan coś więcej: bez względu na to, o czym będziemy rozmawiać, nie ulega wątpliwości, że konsumenta na rynku finansowym – nie tylko pożyczkowym, ale i bankowym – trzeba chronić. Zarówno przed tymi, którzy chcieliby go wykorzystać, jak i czasem trzeba by ich chronić przed nimi samymi. Konsumenci często postępują nieracjonalnie – nie wybierają najtańszych ofert, nie próbują poszukiwać, robią nieprzemyślane zakupy, pakują się w nieprzemyślane wydatki.
Minister raczej miał na myśli osoby, które wskutek intryg pożyczkodawców znalazły się w „pętli zadłużenia”. Opłaty i prowizje mają nie przekraczać „10 proc. wartości pożyczki, powiększonej o 10 proc. wartości zobowiązania za każdy rok trwania umowy”. Innymi słowy, koniec z traceniem dorobku życia po wzięciu pożyczki na kilkaset złotych.
Mamy tu kilka mitów. Pierwszy z nich jest taki: nowe przepisy nie poprawią sytuacji konsumentów. Wbrew temu, co twierdzi resort sprawiedliwości – mówię to jako ekonomista SGH – każda cenowa regulacja na rynku odnosi swój skutek wyłącznie wtedy, kiedy konsumenci zachowują ten sam, co poprzednio, dostęp do usługi lub produktu. Gdy dostęp zostaje ograniczony, regulacja zda się psu na budę.
A kto mówi o ograniczeniu dostępu? Firmy będą po prostu brać mniejszy procent od pożyczek.
logo
Minister Zbigniew Ziobro i wiceminister Patryk Jaki Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta
Równie dobrze rząd może uznać, że podróżowanie bywa kosztowne, a my zarabiamy słabo – więc, by ulżyć społeczeństwu, od tej pory maksymalny koszt przejazdu taksówką to 1,50 zł. Albo, skoro kawa w najmodniejszym lokalu w Lizbonie kosztuje 80 eurocentów, to i w Warszawie jej cena nie powinna przekraczać 3 złotych. Jako pasażer albo kawosz powie pan: świetnie. Ale czy któryś taksówkarz czy restaurator zechce świadczyć usługi w tej cenie? Nie.
Ale żeby pożyczać pieniądze, nie trzeba wykładać pieniędzy na benzynę albo ziarno...
Inaczej: kto robi firmę pożyczkową, musi te pieniądze na pożyczanie zdobyć – wyjąć własne, albo ściągnąć z akcjonariuszy. Musi kupić system informatyczny, wydać pieniądze na promocję, nic za darmo. Takie firmy, jak Provident czy Vivus – które mają już ugruntowaną pozycję na rynku – pewnie przetrwają nowe przepisy. Vivus już dziś pożycza na 14 proc., uwzględniając propozycje resortu obniżka nie będzie wielka. Ale mniejsze firmy przestaną funkcjonować, bo musiałyby to robić poniżej kosztów. To zmniejszy podaż i konkurencję na tym rynku. Mali znikną, a ci więksi – zamiast akceptować np. 45 proc. wniosków, jak ma to miejsce dzisiaj, zaczną akceptować 35 proc.
To może i dobrze? Czasem te pożyczki zbyt łatwo było wziąć na jakąś głupotę, sam pan wspominał...
Drugi mit. Gdy badałem ten rynek, okazało się, że od 50 do jakichś, powiedzmy, 65 proc. klientów firm pożyczkowych to osoby, które nie mogą korzystać z oferty bankowej. Nie mają właściwej umowy o pracę, zbyt mało zarabiają, plus ze sto tysięcy innych powodów. Oni w razie potrzeby mają tylko tę firmę pożyczkową. I tak, jeżeli ktoś chciał pożyczyć na modnego smartfona czy jakąś głupotę – to może ogarnie go refleksja. Ale jeżeli ktoś chciał pożyczyć na kurtkę dla dziecka, bo poprzednią ktoś dziecku ukradł – to już problem. Badałem tych konsumentów – zdarzają się sytuacje, gdy ktoś dzwoni i mówi: „mąż jest ochroniarzem, właśnie powiedzieli mu w pracy, że wypłata będzie za dwa tygodnie. Potrzebujemy tysiąc złotych na dwa tygodnie”. Gdy ludzie w takiej sytuacji nie pożyczą w legalnej firmie pożyczkowej – pożyczą w bramie, u pana Czesia.
Z tą bramą nie będzie tak łatwo. Pięć lat można dostać.
Za narkotyki też można trafić do więzienia, w niektórych krajach to nawet czapa. I jakoś chętnych nie brakuje. Kolejny mit...
Jeszcze jest jakiś?
Owszem, dotyczący maksymalnych kosztów kredytu. Przy bankowej pożyczce krótkoterminowej to nie będzie problem. Przy kredycie hipotecznym na 20 lat z okładek – tak. Jeżeli w którymś roku zdarzy się panu wypadek albo straci pan pracę i spróbuje pan ponegocjować rozłożenie spłat na kolejne lata – usłyszy pan: sorry. Nie ma limitu na doliczanie odsetek za dodatkowy okres. Uważam, że pod tym względem nowe przepisy zmuszą instytucje – nie tylko pożyczkowe – do drastycznej radykalizacji działań windykacyjnych.
Że co? Barczyści panowie z pałami?...
Nie o to mi chodzi. Raczej o znacznie szybsze sprzedawanie wierzytelności firmom windykacyjnym...
O, to będą te mieszkania i ciągniki zabierać.
Dzisiaj rzadko się odbiera mieszkania. Ale można rozmawiać z klientem. Tymczasem po wejściu w życie tych przepisów negocjacje mogą się skończyć: banki czy firmy pożyczkowe będą z automatu wpisywać klienta po miesiącu kłopotów na czarne listy jakiegoś BIK. I taka osoba już nie podpisze nawet umowy na telefon, będzie miała setki, tysiące problemów. Zamiast dzisiejszego siadania do negocjacji, szukania jakichś planów naprawczych, będą następstwa najbardziej bolesne dla kredytobiorców. Zyska tylko ministerstwo, na prostych paralelach: źli lichwiarze – dobry resort.
Zyskają też podobno lombardy.
To rozmaicie bywa. A propos lomabardów – w Nowym Jorku wprowadzono zakaz udzielania mikropożyczek przez firmy niebankowe, to rozkwitły lombardy. To wprowadzono rygory dla lombardów. I jak oni to omijają? Jak pan chce wziąć pożyczkę pod zastaw, powiedzmy, aparatu fotograficznego, to ten z lombardu weźmie aparat do ręki i powie: o, jaki ładny. Mogę go przyjąć pod warunkiem, że przyjdzie pan do mnie z wyceną firmy A lub B.
Powiązaną z lombardem?
Wszystko jedno. W 70-80 proc. wypadków klient nie wykupuje aparatu. Firma A lub B przy robieniu wyceny zobowiązuje się do wykupu aparatu, jeżeli klient tego nie zrobi. Zabezpieczony w ten sposób lombard może wtedy pożyczyć pieniądze na 1 proc. Firma A lub B weźmie, dajmy na to, 200 dolarów za wycenę...
...zaniżoną.
Może. Zwykła rzecz w lombardzie. Ale sama pożyczka jest tania, prawo nie zostało złamane. Dlatego gubernator Luizjany otwarcie mówił, że nie wprowadzają żadnych ograniczeń nie dlatego, że tak lubią firmy pożyczkowe, tylko dlatego, że „są świadomi przekroju społeczno-ekonomicznego mieszkańców stanu”. Jeżeli odetną dwa miliony z nich od legalnych pożyczek, to zaczną kraść albo rozkwitnie czarny rynek.
Ale poprzednie przepisy i limity, z wiosny br., najwyraźniej nie uzdrowiły sytuacji.
One weszły w życie w marcu, dziewięć miesięcy temu. Skąd przeświadczenie, że były niewystarczające? Poza tym „pułapka zadłużenia” to w olbrzymiej mierze kwota podstawowego kredytu, a nie jakieś mityczne narastające odsetki. Jak ktoś pożycza 1000 złotych na miesiąc, na 14 proc. – to po pięciu miesiącach zaległości, ile mu się zrobi? 1800 złotych w zaokrągleniu? Co innego, jak ktoś pożyczy 100 000 złotych – jemu po pięciu miesiącach zaległości, nawet w zwykłym banku, dopiero narośnie!...
Pamiętajmy, głównym powodem wpadania w tę pułapkę są nieszczęśliwe wypadki losowe: utrata zdrowia, pracy, dochodów. Łatwo oskarżać dziś o zadłużanie klientów, ale to zarzuty bez realnych podstaw.
logo
Nowe przepisy wykoszą z rynku przede wszystkim małych graczy Fot. Mieczysław Michalak / Agencja Gazeta
To co pan proponuje? Odłożyć te zmiany?
Jeżeli chcemy kogoś chronić, to w pierwszej kolejności dowiedzmy się w UOKiK, ile razy w ciągu tych 9 miesięcy Urząd musiał interweniować w związku z przypadkami naruszenia obowiązujących przepisów. Po drugie, należałoby się zastanowić nad zwiększeniem nadzoru nad tym sektorem, np. współpraca z BIK nie dobrowolnie, lecz obowiązkowo. Po trzecie, podniesienie wymogu dotyczącego kapitału własnego – np. z 500 tysięcy złotych do miliona. Kto inwestuje milion będzie bardziej skłonny do legalnego działania, wyeliminujemy ludzi przypadkowych.
Trochę brzmi to jak głos wołającego na puszczy...
Ta regulacja narusza reguły rynku. Ustawodawca poszedł po bandzie, ustalił limit na poziomie kosztów firm. Autorzy tych przepisów wiedzą, że to zbyt radykalne...
A skąd pan wie, że wiedzą?!...
Za rękę nie złapałem, ale dokumentacja poprzedniej procedury uzgodnień jest w Ministerstwie Finansów, rząd ma do niej dostęp. Tam są ekspertyzy, nie tylko moje, ale i wszystkich, którzy na zlecenie resortu, banków i całego sektora badali zmiany i ich koszty. Gdyby jeszcze banki skarżyły się, że firmy pożyczkowe odbierają im klienta – a to zupełnie inny segment. Zapytajmy w resorcie pracy, ilu takich Polaków jest w kraju: bez stałych umów, bez stałego dochodu. Milion? Dwa? I co, bank PKO BP zacznie im udzielać pożyczek na poziomie 500 złotych? Zamiast „miniratki” na 3000 złotych?
A widzi pan jakąś inną opcję?
Mam nadzieję, że autorzy tych regulacji mają plan B dla osób tracących możliwość finansowania się. Może taki przepis, że – tak jak z 500+ – każdy Polak ma prawo pójść do Pekao SA i wziąć 500 złotych pożyczki oprocentowanej na 1 proc.? Jeżeli tak by było, to OK – nie mam pytań. Jeżeli nie, to co się z tymi ludźmi stanie?

Napisz do autora: mariusz.janik@innpoland.pl