
Mimo oporów ministerstwa rozwoju Narodowy Bank Polski nie zamierza wycofać się z pomysłu emisji banknotu o nominale 500 złotych. Pierwsze egzemplarze miałyby trafić do naszych rąk już 10 lutego 2017 roku. Kierowany przez Mateusza Morawieckiego resort jest przekonany, że nowy banknot przyniesie jednak więcej złego niż dobrego. Tak stało się w przypadku banknotów o nominale 500 euro, które tak przypadły do gustu terrorystom i przestępcom, że zaczęto je nazywać "bin Ladenami".
REKLAMA
Jeszcze na początku tego miesiąca wiceminister rozwoju Tadeusz Kościński pisał do szefa NBP z prośbą o wycofanie się z emisji nowego banknotu. Jak widać, bezskutecznie: NBP, owszem, „pozostaje w bieżącym kontakcie z organami władzy wykonawczej”, a jednocześnie – jak informuje w oświadczeniu – kontynuuje prace nad nową „pięćsetką”.
Wczesnym latem, gdy Bank po raz pierwszy zaczął publicznie rozważać pomysł wprowadzenia do obiegu banknotu z wizerunkiem Jana III Sobieskiego, zastrzegano, że służyłby on przede wszystkim do przechowywania gotówki w samym NBP, ewentualnie rozliczeń międzybankowych.
Dziś NBP podkreśla też, że banknoty 100- i 200-złotowe to w sumie aż 76 proc. banknotów w obrocie w Polsce. Specjaliści Banku twierdzą, że trend na używanie wysokich nominałów nasila się z każdym rokiem, co ma też usprawiedliwiać pojawienie się nowinki. Ponadto w całej Unii Europejskiej są środki płatnicze o wartości przewyższającej nasze 200 złotych.
Ale są też argumenty przeciw. Ministerstwo rozwoju podkreślało w swoim czasie, że im wyższy nominał, tym chętniej sięga po niego półświatek. I rzeczywiście – banknot 500 euro był przez lata nazywany „bin Ladenem”, ze względu na popularność, jaką cieszył się wśród członków Al-Kaidy oraz mafiosów od Sycylii po Oslo. To był, przynajmniej oficjalnie, kluczowy czynnik decydujący o wycofaniu 500 euro z obiegu.
Polski „bin Laden” pewnie bardziej zaszkodziłby gospodarce niż bezpieczeństwu publicznemu. Eksperci twierdzą, że emisja banknotu o zdecydowaniu wyższym od dotychczasowych nominale, nie jest najlepszym dla gospodarki pomysłem. Zarówno ze względów wizerunkowych (sygnał inflacji i kłopotów państwa), jak i praktycznych. – Koszt obsługi gotówki jest szacowany na poziomie 1 proc. PKB – wskazywał wspomniany wiceminister Kościński. Czyli na poziomie kilkunastu miliardów złotych. Nie wspominając już o tym, że obrót gotówkowy utrudnia wprowadzenie w gospodarce nowego, uszczelnionego systemu podatkowego.
Napisz do autora: mariusz.janik@innpoland.pl
