Jak instytucję przekształcić w prywatny folwark? Zapraszamy do Instytutu Meteorologii i Gospodarki Wodnej

Instytut Meteorologii i Gospodarki Wodnej.
Instytut Meteorologii i Gospodarki Wodnej. Fot. Wikipedia
51 zarzutów – taka jest skala oskarżeń wobec dyrektora Instytutu Meteorologii i Gospodarki Wodnej, który przez niemal dziesięć lat kierował tą placówką. Aresztowany w 2015 roku utytułowany naukowiec miał m.in. wprowadzić system prowizji od premii dla podwładnych, czy kupować „na koszt firmy” wyrafinowany sprzęt fotograficzny, potrzebny mu do uprawiania hobby.


Wieloletni szef Instytutu przez długie lata uchodził za fachowca w swojej dziedzinie – posiadał tytuł doktora habilitowanego oraz renomę eksperta z dziedziny inżynierii i ochrony środowiska. Robił też karierę w Światowej Organizacji Meteorologicznej (WMO) i ONZ. Jeszcze w połowie 2015 r. członkowie WMO wybrali go po raz drugi na wiceprzewodniczącego organizacji.

Wkrótce jednak ta błyskotliwa kariera polskiego badacza dobiegła końca. Po aresztowaniu usłyszał on pierwszych dziesięć zarzutów. Potem oskarżeń zaczęło przybywać. - Nie miałem jeszcze w zawodowej karierze takiej sprawy, chociaż prowadziłem śledztwa dotyczące korupcji w urzędach państwowych – kwitował prokurator Przemysław Ścibor, który prowadził tę sprawę. Zarzutów przyrastało w tempie geometrycznym – aż do wspomnianych na wstępie 51.

Co zatem działo się w Instytucie? Wiele. Zgodnie z relacjami, jakie mieli zebrać śledczy, szef placówki miał brać pieniądze od swoich znajomych za zatrudnienie członków ich rodzin. Etaty, jakie dla nich powstawały, były fikcyjne: wielu z zatrudnionych w ten sposób ludzi potem w ogóle nie pojawiało się w instytucie. Stawki? Np. hurtowa: zatrudnienie żony, teściowej i przyjaciółki jednego z pracowników kosztowało w sumie 154 tys złotych. Żadna z wymienionych pań nie pojawiała się ponoć za biurkiem.


Ci, którzy do pracy przychodzili, też nie mieli lekko. Kto liczył na premię – albo jej pragnął – miał się nią podzielić z szefem. W trakcie dochodzenia ustalono, że tylko zastępcy szefa Instytutu przekazali mu w ten sposób 63 tysiące złotych, jeden z innych pracowników miał wysupłać z bonusów 40 tysięcy dla dyrektora.

Ale nie samą pracą człowiek żyje. Szef Instytutu – jako zapalony fotograf-amator – miał też finansować z budżetu placówki prywatne podróże oraz zdecydować o zakupie wyrafinowanego sprzętu foto dla swojej instytucji. Tyle że korzystał z tego majątku, realizując własne pasje. Pozostaje się cieszyć, że nie pasjonował się wyścigami samochodowymi.

W sumie, jak doliczyła się prokuratura, oskarżony badacz miał w ten sposób uzbierać 438 tysięcy złotych. Z kolei szkody w mieniu IMiGW mają wynosić co najmniej 331 tys. zł. Grozi mu dziesięć lat pozbawienia wolności.
Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie

Oceń ten artykuł:

Trwa ładowanie komentarzy...
0 0Gdzie są podatki, tam zawsze będzie szara strefa. Tak wygląda "praca na czarno" w Polsce
0 0Podwójna jakość produktów w Europie potwierdzona. Ale to nie Polacy są gorszym sortem
0 0"Zielone kłamstwo" w Polsce. Tak próbują cię nabrać wielkie firmy
0 0Buty i piłki Adidasa polecą w kosmos. Chodzi o coś więcej niż trening dla astronautów
0 0Plan Szwedów: ZERO ofiar śmiertelnych na drogach. Oto czego możemy się od nich nauczyć
0 0Wyniki finansowe Ubera znów nisko pod kreską. Inwestorzy tracą cierpliwość

INNSPIRACJE

0 0Polak rozkręcił świetny biznes w USA. Zdradza, jak radzić sobie z porażką i brakiem motywacji
0 0W sukces tej Polki nikt nie wierzył. Uparła się i stworzyła rewolucyjny krem antysmogowy
0 0Ujawniają kulisy współpracy ze znaną siecią sklepów. Dziesiątki milionów długów i próby samobójcze
0 0Sapkowski przyznaje, że spór z CD Projektem go przerósł. "Pieniądze nic dla mnie nie znaczą"

STARTUPY

0 0Amerykańskim naukowcom się nie udało, a one to zrobiły. Tak powstały innowacyjne kosmetyki
0 0Start-up chce zasilać samochody wodą i alkoholem. Ale trochę się zapędzili