Polscy grzybiarze nie są mile widziani na Słowacji.
Polscy grzybiarze nie są mile widziani na Słowacji. Fot. Mariusz Cieszewski / Agencja Gazeta

Do długiej listy polsko-słowackich i polsko-czeskich sporów biznesowych z poprzednich lat można dopisać nowy: wojnę o grzybiarzy. Nasi południowi sąsiedzi nie podzielają naszej pasji do darów lasu, więc tuż za granicą zaczyna się grzybiarskie Eldorado. Tyle że polscy zbieracze śmiecą, niszczą ściółkę, parkują auta w środku lasu i chodzą po prywatnych działkach leśnych – skarżą się Słowacy. Można by machnąć ręką na kolejne spory ze Słowakami, gdyby nie fakt, że nasi południowi sąsiedzi rzeczywiście przestają kupować polskie produkty: tylko wartość eksportu rolno-spożywczego do Czech spadła w pierwszych miesiącach br. o 20 proc.

REKLAMA
Przecięte opony czy uszkodzone wycieraczki – tym ryzykują Polacy, którzy zaparkują w lasach po słowackiej stronie granicy. Ten wandalizm to odwet Słowaków za „inwazję” polskich grzybiarzy i zniszczenia, jakie po sobie pozostawiają: jak twierdzą nasi południowi sąsiedzi – polscy miłośnicy grzybów nie wahają się wjeżdżać autami w głąb kompleksów leśnych, buszują również po prywatnych lasach, a przede wszystkim hałasują i zostawiają po sobie stosy śmieci. Dobitnym dowodem mają być puszki po piwie i opakowania polskich produktów, jakimi usiane mają być lasy i pobocza wiodących przez nie dróg.
Największe spory w relacjach z naszymi południowymi sąsiadami dotyczyły mięsa.
Największe spory w relacjach z naszymi południowymi sąsiadami dotyczyły mięsa. Fot. Łukasz Giza / Agencja Gazeta
Rzeczywiście, sporów handlowych na naszych południowych granicach było w ostatnich latach wyjątkowo dużo. Wspomniane zarzuty wobec polskiej soli – jakoby do produkcji niektórych artykułów spożywczych wykorzystywano sól przemysłową zamiast spożywczej – pojawiły się w 2012 roku. I szybko zbladły wobec kolejnych wybuchających na rynku spożywczym afer: pojawienia się zanieczyszczonego mleka w proszku, wykorzystywanego do produkcji słodyczy, które trafiły z Polski na Słowację, Łotwę, a także do Czech i Niemiec (2013); rozporządzenia wprowadzającego szczególne kontrole polskich jabłek, mięsa, wędlin, mleka, serów i ryb na czeskich granicach (2014); czy wreszcie kolejnych awantur ze służbami celnymi o mięso (a właściwie nieprawidłowości stwierdzone na opakowaniach) oraz jaja, których poprzedniego lata Czesi odesłali nad Wisłę aż 600 tysięcy.
A i to nie koniec, bo międzysąsiedzkie spory zataczają coraz szersze kręgi. Najlepszym przykładem mogą być perypetie producenta wody Muszynianka, który pięć lat temu przejął słowacką spółkę GFT Slovakia i chciał wydobywać wodę w miejscowości Legnava. Koncepcja była prosta: Legnavę od polskiej Muszyny dzielą zaledwie dwa kilometry, więc zamiast budować nową infrastrukturę polska firma chciała przepompowywać wodę do swojej rozlewni w Muszynie. Żeby zmusić Polaków do budowy rozlewni, Słowacy... zmienili konstytucję. „Niezgodny z prawem jest eksport wody wydobywanej ze źródeł znajdujących się na terenie Słowacji, jeżeli nie jest ona rozlewana na terenie tego kraju” – brzmi dziś artykuł 4 słowackiej ustawy zasadniczej. Jeszcze większe obostrzenia wprowadziło uchwalone już po zmianie konstytucji prawo wodne.
Andrej Babis, były już wicepremier Czech.
Andrej Babis, były już wicepremier Czech. Fot. 123rf.com
Sprawa trafiła do arbitrażu międzynarodowego i najprawdopodobniej, zanim dobiegnie końca, potrwa jeszcze lata – bo nie miesiące. – Ukonstytuował się skład orzekający i trwa wymiana pism procesowych – informuje lakonicznie INN:Poland Marek Jeżewski, odpowiedzialny w kancelarii Kochański Zięba i Partnerzy Spółdzielnię Pracy „Muszynianka”.
Jak mówią INN:Poland eksperci prawni, z punktu widzenia przepisów o swobodzie handlu, wszystko usprawiedliwia zarzut dyskryminacji: nie ma większych wątpliwości, że zarówno zmiana konstytucji, jak i brzmienie prawa wodnego, jakie uchwalili Słowacy miały odniesienie do tej właśnie jednej inwestycji – w Legnavie. Eksperci przyglądający się realiom biznesowym nad Wełtawą z kolei przekonują, że nie należy przypisywać działaniom władz w Bratysławie jakiegoś wyjątkowo antypolskiego zacietrzewienia. – Na Słowacji od pewnego czasu dostrzegalne są pewne tendencje nacjonalistyczne, chęć ochrony własnego biznesu za wszelką cenę – mówią nasi rozmówcy. Ich ofiarą mają padać również firmy z Węgier.
Nie inaczej jest zresztą w Czechach. Tam zintensyfikowana kampania przeciw polskim produktom – bo nie konkretnym firmom, choć kontrahenci polskich producentów rzadko kiedy chcą otwarcie mówić o tym, że „kupują polskie” – jest kojarzona z biznesowym imperium Andreja Babiša, przez dwadzieścia lat magnata z rynku rolno-spożywczego, a od początku 2014 roku wicepremiera i ministra finansów Czech (Babiš stracił stanowisko w maju br., najprawdopodobniej nawet jego kolegów z gabinetu premiera Bohuslava Sobotki raził konflikt interesów).
Kłopoty spółdzielni produkującej "Muszyniankę" na Słowacji skończyły się międzynarodowym arbitrażem.
Kłopoty spółdzielni produkującej "Muszyniankę" na Słowacji skończyły się międzynarodowym arbitrażem. Fot. YouTube
Babiš zasłynął z nazwania polskiej żywności „g...nem”, choć jego firmy sprowadzały niektóre składniki swoich produktów z Polski. Objęcie przez niego funkcji szefa resortu finansów zbiegło się też z pierwszymi poważnymi kłopotami polskich firm za południową granicą – inspekcjami służb sanitarnych, specjalnymi instrukcjami dotyczącymi polskich produktów itd. Jak się spekuluje to wynik zadawnionego (z początku poprzedniej dekady) sporu z ORLEN-em, który ostatecznie oparł się o Trybunał Konstytucyjny, przed którym Babiš przegrał.
Dymisja Babiša nie oznacza końca kłopotów polskich eksporterów. Sobotka pozbył się krewkiego i kontrowersyjnego koalicjanta, ale przedwyborcze sondaże wskazują, że ANO – partia Babiša – ma wszelkie szanse na to, by wygrać zaplanowane na październik wybory parlamentarne. Jeżeli tak się stanie, to zatargi handlowe z Czechami najprawdopodobniej tylko się spotęgują.
W pierwszych czterech miesiącach br. wartość polskiego eksportu do Czech spadła o 20 proc. w porównaniu z analogicznym okresem poprzedniego roku.
W pierwszych czterech miesiącach br. wartość polskiego eksportu do Czech spadła o 20 proc. w porównaniu z analogicznym okresem poprzedniego roku. Fot. 123rf.com
Można bagatelizować awanturę o śmiecących grzybiarzy czy pomstowania „czeskiego Donalda Trumpa”, nie sposób jednak lekceważyć statystyk. A według nich, w 2017 r. doszło do gwałtownego hamowania zakupów polskich produktów. – W pierwszych czterech miesiącach tego roku wartość eksportu produktów rolno-spożywczych do Czech spadła o 20 proc., a do Słowacji – 8 proc., w porównaniu do analogicznego okresu w zeszłym roku – mówi nam Paweł Wyrzykowski, ekspert BGŻ BNP Paribas. – Spadek jest tym bardziej spektakularny, że w całym ubiegłym roku wartość eksportu spadła „zaledwie” o 2,3 proc. – dodaje. Nie można wykluczyć, choć tego żaden ekspert nie będzie w stanie potwierdzić, że czescy kontrahenci polskich eksporterów zaczęli szukać nowych partnerów, w innych krajach.
Z drugiej strony wciąż są firmy spoza sektora rolno-spożywczego, dla których rynki naszych południowych sąsiadów to ważne miejsce w strukturze eksportowej. W Czechach niezłą renomą cieszyły się klocki Cobi, ubrania Vistuli i LPP czy meble Forte. Na Słowacji sporą estymą cieszy się brand Reserved, części samochodowe sprzedawane przez Inter Cars, czy sprzęt komputerowy produkowany przez firmę Media-Tech Polska. W ciągu ostatnich kilkunastu miesięcy nad Wełtawę i na Słowację ruszyła też fala polskich przedsiębiorców, rejestrujących tam firmy. Dopóki tego typu kontakty trwają, nie wszystko stracone.