Internista zdiagnozuje cię dzięki kropli krwi. Polak wkracza na rynek z magicznymi pudełkami, które odmienią medycynę

Miron Tokarski, współzałożyciel start-upu Genomtec, śmiało wdziera się na rynek z przenośnym laboratorium
Miron Tokarski, współzałożyciel start-upu Genomtec, śmiało wdziera się na rynek z przenośnym laboratorium Mateusz Trusewicz/naTemat
Wchodzisz do lekarza-internisty, ten wypytuje cię o stan zdrowia, bierze kroplę krwi i 20 minut później jest w stanie powiedzieć, jakich leków potrzebujesz, by wyleczyć się z infekcji. Miron Tokarski, współzałożyciel start-upu Genomtec, śmiało wdziera się na rynek z przenośnym laboratorium. Urządzenie może pomagać również rolnikom, bo dzięki niemu można przebadać stan gleby. Choć Genomtec dopiero debiutuje, już teraz budzi duże zainteresowanie koncernów.

Twoje urządzenie jest nieco większe od pudełka od zapałek. Jak ma nam pomóc?
Wyobraź sobie, że przychodzisz do lekarza, który ma na biurku Genomtec ID. Internista pobiera od ciebie wymaz, kilka kropli krwi albo moczu i jest w stanie w ciągu dosłownie 20 minut określić, jakie leki trzeba zastosować, by wyleczyć cię z infekcji.

Jakiś przykład?
Weźmy na warsztat zapalnie górnych dróg oddechowych. Po konsultacjach z lekarzami okazało się, że dwie z bakterii atypowych dość często infekują drogi oddechowe, ale leczy się zupełnie innymi antybiotykami niż np. w przypadku zakażenia paciorkowcem. Normalnie na uzyskanie wyników laboratoryjnych czeka się 14 dni. Tylko, że to za długo.
Co się dzieje po tym czasie?
Dochodzić może np. do zapalenia płuc. Dlatego nikt nie czeka tak długo, jesteśmy leczeni w pewnym sensie na ślepo. Lekarze podają nam leki o szerokim spektrum i liczą, że te zaczną działać.



A w jakich innych „popularnych” problemach ze zdrowiem Genomtec może nam pomóc?
Nie chodzi tutaj o popularność, wybieramy testy tak, by miały wartość kliniczną. Moglibyśmy diagnozować np. na zapalenie paciorkowcowe, ale je stwierdzić bardzo łatwo przez analizę objawów albo testy immunochemiczne. To niewiele wnosi. Chcemy wchodzić w te obszary, które nie mają testów, czyli wspomniane bakterie atypowe, albo bakteryjne zapalenia opon mózgowych. W przypadku tych drugich postęp infekcji jest bardzo szybki. Lekarz może zastosować leczenie empiryczne albo będzie czekał na wynik badań. A zwłoka może nas zabić.


No dobrze, czyli przychodzimy do lekarza i tniemy sobie naskórek, by przyspieszyć diagnozę?
To tylko brzmi tak nieprzyjemnie. W rzeczywistości badanie będzie wyglądało podobnie do używania glukometru. Jedno małe ukłucie i mamy materiał do analizy.

A nie możemy zrobić tego w domu?
To technologicznie możliwe…

Ale zbyt dużo kosztuje?
To akurat nie jest już problem. Jedno urządzenie kosztuje w granicach 1800 zł. Problem jest gdzie indziej – telemedycyna w Polsce jest jeszcze w powijakach. A dzisiaj najważniejsze jest nie tyle diagnoza, co szybkie wdrożenie właściwego leczenia.



Zaczęliśmy od medycyny, ale ten projekt jest jeszcze przed testami certyfikacyjnymi. A ty tymczasem robisz już pieniądze na bliźniaczym urządzeniu. Tyle, że przeznaczonym dla rolników.

Gdy składaliśmy wnioski o dofinansowanie z PARP-u zgłosiła się do nas firma Amplus – polski producent warzyw i owoców. Chodziło jej o identyfikację patogenów stanowiących zagrożenie dla roślin.

Obawiam się, że nie rozumiem ostatniego zdania.
W praktyce chodzi o badanie gleby.

I jak to działa?
Rolnik bierze próbkę ziemi i zamyka w probówce. Wybiera program izolacji materiału genetycznego. Dzięki niemu wysoka temperatura powoduje, że bakterie, wirusy i grzyby uwolnią swoje DNA do roztworu. Potem nanosimy go do komórek reakcyjnych i ponawiamy proces. I jesteśmy w stanie stwierdzić, czy w glebie występuje dany patogen.

Znów niewiele rozumiem.
Wyszukujemy w genomie charakterystyczne sekwencje DNA, które są specyficzne dla danego patogenu.

To 100 proc. pewności?
Tak, niemal 100 proc.

I co dzięki temu rolnicy zyskują?
Chodzi o to, by wiedzieli kiedy stosować zabiegi ochrony roślin wtedy, kiedy są naprawdę potrzebne. Dzisiaj używają ich, gdy wydaje im się, że coś jest nie tak. Jeżeli spryskają rośliny zapobiegawczo, to pojawia się problem okresu karencji, bo muszą odczekać, zanim sprzedadzą plony. Jeżeli po wystąpieniu objawów - to część upraw jest do wyrzucenia. Tak czy owak tracą.

I rolnicy są w stanie sami to obsłużyć?
Tak, konstrukcja jest bardzo prosta. Zaznaczamy w systemie, które patogeny nas interesują, na zakończenie zapala nam się czerwona lub zielona dioda. Urządzenie jest tylko trochę większe od tego, którego mają używać lekarze. Można je bez problemu podłączyć do zwykłej zapalniczki samochodowej.

Co ma, twoim zdaniem, większy potencjał – medycyna czy rolnictwo?
Na początku nie byliśmy świadomi tego, jak duży jest rynek diagnostyki bezpieczeństwa żywności. Dzisiaj na wyniki z laboratorium czeka się 21 dni. A co jeżeli rolnik chce sprawdzić, czy woda, może zostać użyta do nawodnienia upraw? Co więcej, ten rynek szybko rośnie. Niedawno podpisaliśmy list intencyjny z firmą, która chce wprowadzić nasz produkt na rynki zagraniczne. Z medycyny jednak nie mamy zamiaru rezygnować. Od niej się przecież zaczęło.
W jakim sensie?
Gdy byłem jeszcze studentem, do Zakładu Technik Molekularnych we Wrocławiu trafiła sprawa, w której prokuratura chciała sprawdzić, czy denat który miał w kieszeni liście dębu został przeniesiony na miejsce zbrodni, czy faktycznie został tam zabity. Prokuratura stwierdziła, że potrzebuje badania profilu genetycznego liści i porównania ich z liśćmi które znaleziono pod drzewem. Zakład opracował wtedy specjalny test.

Od tego jeszcze daleka droga.
Potem, już w ramach koła naukowego dopracowaliśmy ten test. Następnie trafiłem na staż w szpitalu klinicznym, na którym badałem zakażenia wirusowe u pacjentów. I zauważyłem problem, który wcześniej nie był mi znany – konieczność szybkiego uzyskania wyników. Laboratoria, które wykonują badania w trybie cito działają od poniedziałku do piątku w określonych godzinach. A Genomtec skraca czas badania z kilku godzin do kilkunastu minut i jest pod ręką przez cały czas.

I ile takie badanie kosztuje?
W przypadku Genomtec Fresh – test 4 patogenów (czyli jednorazowy) to około 100 zł. I z tego co wiemy to cena ta jest akceptowalna dla rolników. Jeśli chodzi o lekarzy, tutaj trzeba liczyć się z wydatkiem 80 zł za jeden patogen – możemy testować do 10 jednocześnie, przy czym cena za każdy kolejny rośnie o niewielki procent.



Jak to się ma do obecnych kosztów?
W laboratorium za jeden patogen zapłacimy od 200 do 500 zł.

Wygląda obiecująco. Mieliście już jakieś oferty sprzedaży start-upu?
Jesteśmy obserwowani. Start-up jest w stanie rozwijać technologię szybciej i bardziej efektywnie niż korporacja. Myślę, że na tym etapie firmy wolą monitorować nasze postępy.
Trwa ładowanie komentarzy...

BLOGI

NAJNOWSZE WPISY

Piotr BuckiPiotr Bucki

Podczas ostatniej konferencji Kurs na HR w Gdańsku, Marcin Grzegory z Invest in Pomerania, zadał widowni pytanie, „Kto z Państwa wie coś na temat projektu Invest in Pomerania”. Potem dodał, „Pytam, bo wiem, że nie ma nic gorszego niż opowiadania o rzeczach, które ludzie znają i kojarzą”. Miał rację.

Łukasz DudkoŁukasz Dudko

Odpowiedzi na to pytanie jest tyle, że wystarczyłoby pewnie na grubą książkę, ale skupmy się na dwóch kluczowych błędach: słabej analizie konkurencji oraz nieprzygotowaniu produktu i zespołu. Bez tego ekspansja na rynki zagraniczne nie ma szans.

Bartłomiej DąbkowskiBartłomiej Dąbkowski

Walter Isaacson, w podsumowaniu biografii Leonardo da Vinci, podsuwa nam sporą listę wniosków wynikających z działalności artysty, które można wykorzystać do rozwijania swojej kreatywności.