Polska krajem tanich roboli? Oto co nas czeka, jeśli nie zainwestujemy w nauczycieli

Przedstawiciele rządu zastrzegają, że nauczycielom trafiło się "około 7 mld złotych" w ciągu ostatnich lat i na więcej nie ma szans. Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta
W opublikowanym właśnie rankingu „Worldwide Educating For The Future Index” – w którym, w uproszczeniu, ocenia się zdolność systemów kształcenia do tworzenia przyszłych elit, Polska jest niżej niż mocno sponiewierany bataliami z narkogangami Meksyk, mała Kostaryka, biedna Ghana i autokratyczna Rosja. Jeśli nie zainwestujemy w nauczycieli, Polacy będą skazani na konkurowanie z wychowankami zachodnich szkół ceną. Będziemy tanią siłą roboczą.


Jak na liczącą niemal pół miliona osób grupę zawodową, nauczyciele zachowywali się dotychczas jak baranki. Przez ostatnie ćwierć wieku nie porwali się w zasadzie na żadną spektakularną demonstrację siły: raczej krok za krokiem uciekali w stronę udzielania korepetycji, łapania dodatkowych prac zleconych, zmiany zawodu. W efekcie zalewają nas historie szkolnych autsajderów, którzy sukces odnieśli wbrew swoim belfrom, albo pomstowania na niską pozycję polskiej edukacji w rankingach.


– Wszyscy jesteśmy w Polsce na dorobku. Nauczyciele powinni nauczyć się jeść małą łyżeczką – tak sympatyzujący z rządem publicysta Piotr Cywiński podsumował na antenie Polskiego Radia żądania nauczycieli. W tym samym czasie szef Kancelarii Premiera, Michał Dworczyk, rozwiewał złudzenia w bardziej oficjalny sposób. – Budżetu nie stać na danie nauczycielom 1000 zł podwyżki – ucinał na antenie TVN24.


Paradoks siły i bezsiły poszczególnych grup zawodowych w Polsce polega na tym, że oparte dziś na około 83 tysięcy zatrudnionych polskie górnictwo może liczyć na systematyczne wsparcie z budżetu – jak liczył swego czasu dziennik „Fakt”, w latach 1990-2016 branża dostała z publicznych pieniędzy w sumie 230 mld złotych. To 1910 zł rocznie na każdego Polaka. Nieźle, jak na „relikt przeszłości”, który wcześniej czy później będzie musiał przejść do lamusa.


Nauczyciele, grupa zawodowa licząca 498 tysięcy osób z okładem, nigdy nie palili opon, ani nie wysypywali ziarna na tory. Ich akcje protestacyjne były raczej stonowane i śmiechu warte, jeżeli chodzi o skuteczność.

Dlaczego? Może dlatego, że olbrzymia większość tego środowiska – ponad 400 tys. osób – to kobiety, a one nie są tak skłonne do burzliwych demonstracji i przepychanek z policjantami. Może dlatego, że trudno porównywać pracę górnika i nauczyciela, inne ryzyko, inny rodzaj stresu. Może dlatego, że nauczycielom łatwiej znaleźć alternatywne metody załatania domowego budżetu i dlatego nie są skłonni iść na całość.
Studnia bez dna
Formalnie rzecz biorąc, na system oświatowy Polska wydaje więcej niż niektóre bogatsze kraje Zachodu: aż 13 proc. PKB. Te pieniądze giną jednak w machinie administracyjnej i nijak się mają do dobrobytu pracowników oświaty. Nauczyciel stażysta zarobi w polskiej szkole 2417 zł brutto, kontraktowy – 2487 zł, mianowany – 2824 zł, dyplomowany – 3317 zł. Uff, na tym etapie zbliżamy się wreszcie do stawek, jakie proponują ostatnio supermarkety.

„Około 7 mld złotych” – tak minister Dworczyk szacuje wydatki obecnej ekipy na podwyżki dla nauczycieli. – W 2017 roku to było około 450 mln złotych, 2018 rok to było około 2 mld złotych, 2019 rok to 2 mld złotych w pierwszym półroczu i od 1 września około 1,9 mld złotych. Łącznie to jest około 7 mld złotych – dowodził szef KPRM w TVN24.

Mniejsza już o to, że z dodawania wychodzi poniżej 6,5 mld złotych. Mniejsza też, że lwia część tych pieniędzy trafi do edukacji w okresie przedwyborczym lub wyborczym i zapewne będzie to koniec podwyżek w szkolnictwie na dłuższy czas. Problem w tym, że kwoty te nijak się mają do innych wydatków rządów Beaty Szydło i Mateusza Morawieckiego – programów 500+ czy 300+ w kolejnych wersjach.

Te transfery socjalne niewątpliwie podnoszą poziom życia: pozwalają zrobić większe zakupy, pozwolić sobie na nieco przyjemności, jakiś droższy produkt, kultywowanie hobby. Ale ich wpływ na to, z jakimi umiejętnościami i wiedzą ich beneficjenci – dzieci – wejdą w dorosłe życie, jest żaden. Filozofia doraźnego poprawiania sobie stanu konta raz jeszcze bierze górę nad długoterminowym planowaniem, Polska zasilana 500+ jest Polską, która zawsze będzie na 500+ skazana, bo jej system edukacyjny nie jest w stanie konkurować z systemami z innych krajów rozwiniętych.
Tuż za Ghaną, tuż przed Filipinami
Economist Intelligence Unit nie ma dla Polski litości. W rankingu „Worldwide Educating For The Future Index” Polska wypada w połowie stawki pod względem pozycji i poniżej globalnej średniej, jeżeli chodzi o jakość kształcenia.

Wyżej od nas plasują się nie tylko kraje tradycyjnie przodujące w tego typu zestawieniach – jak Finlandia, Nowa Zelandia czy Kanada – ale też te, których Polacy nie skojarzyliby z wysoką jakością edukacji: Meksyk, Kostaryka, Ghana, Rosja. Po pietach depczą nam Filipiny, Malezja czy Kazachstan.

Wyniki rankingu tylko potwierdzają status quo: polska szkoła nie jest w stanie przygotować uczniów do rywalizacji z wychowankami zachodnich szkół. Bazując wyłącznie na rodzimym szkolnictwie, Polacy są skazani na konkurowanie ceną, tanią siłą roboczą, podwykonawstwo, ewentualnie podrabianie produktów zachodnich. Oczywiście, przy ogólnej mizerii i dziś trafiają nam się biznesowe czy naukowe perły. Ale rodzą się one bardziej wbrew systemowi niż dzięki niemu, jak już wspomniano.

80 tysięcy wuefistów
W sumie trudno się też dziwić. Na jednego nauczyciela w szkole podstawowej wypada ponad 12 uczniów, w gimnazjum – prawie 11, w liceum – prawie 16. Nie są to wskaźniki złe, średnia wśród członków OECD jest zbliżona. Ale też przeszło 82 tysiące nauczycieli w polskich szkołach to nauczyciele... wychowania fizycznego. Kolejne potężne subgrupy w środowisku to angliści (ponad 71 tys.) i nauczyciele edukacji wczesnoszkolnej.
Liczna rzesza pań i panów „od wuefu” szkolnictwa nie ratuje. Społeczne Towarzystwo Oświatowe alarmuje, że szkoły desperacko poszukują nauczycieli matematyki i fizyki – za nimi są angliści i nauczyciele edukacji wczesnoszkolnej, których (jak widać) zawsze deficyt. Kłopoty mają szkoły, które chcą uchodzić za elitarne i zawodowe. – Osobiście chodziłem na politechnikę, werbować absolwentów – opowiadał niedawno dyrektor ZSP nr 3 w Łodzi. – Nikt za takie pieniądze (1862 zł netto – przyp. red.) nie chciał przyjść. Nie przekonywało ich to, że po 15 latach pensja wzrośnie do prawie 3400 zł – dodawał.

Innymi słowy, nie ma co liczyć na to, że do zawodu nauczyciela będą przychodzić ludzie zdolni czy pragnący się rozwijać i wychowywać pokolenia wybitnych speców w swojej dziedzinie. Ba, nie ma co liczyć nawet na solidnych rzemieślników, którzy dopilnują, by ich uczniowie rozumieli, o czym mowa.

Coraz częściej szkoły, belfrzy starej daty, rodzice i sami uczniowie oceniają nauczycieli w kategoriach „desperatów”, którzy z tego czy innego powodu wylądowali za pulpitem. Oszczędzanie na oświacie i rozdawanie belfrom „małych łyżeczek” oznacza zabetonowanie tego układu. Czas pomyśleć nad programem Korepetycje+, bo bez tego szkoła zacznie się ograniczać do kilku rytuałów bez żadnego znaczenia dla przyszłości jej wychowanków.