Ministerstwo odtrąbiło sukces. On ujawnia niewygodną prawdę o polskich pielęgniarkach

Coraz mniej pielęgniarek decyduje się na wyjazd z Polski. To jednak niekoniecznie oznacza, że ich sytuacja uległa poprawie. Fot. Sławomir Kamiński / AG
Z roku na rok zmniejsza się liczba polskich pielęgniarek wyjeżdżających za granicę – chwali się Naczelna Izba Pielęgniarek i Położnych. Ba, pielęgniarki zza granicy chcą wręcz wracać do Polski, zachęcone coraz lepszymi warunkami pracy i płac. Jednocześnie coraz więcej młodych ludzi lgnie do zawodu i odbiera zaświadczenie do jego wykonywania. Mogłoby się wydawać, że pielęgniarstwo przechodzi w Polsce renesans i powstaje niczym feniks z popiołów. Tylko czy rzeczywiście?


Pielęgniarki nie chcą wyjeżdżać?
Jak przekonuje Naczelna Izba Pielęgniarek i Położnych, coraz mniej pielęgniarek ucieka z Polski. Na poparcie swoich słów popisuje się twardymi danymi - jeszcze w 2016 r. ok. 1300 pielęgniarek odebrało zaświadczenia kwalifikacyjne, uprawniające je do pracy za granicą. Liczba ta z roku na rok sukcesywnie spada - w zeszłym Okręgowe Izby Pielęgniarek i Położnych wydały zaledwie ok. 430 dokumentów.


– Odradzanie zawodów pielęgniarki i położnej w Polsce zaczęło się od 2015 r., gdy w życie weszła regulacja płac zaordynowana przez ówczesnego ministra Mariana Zembalę – tłumaczy nam Mariola Łodzińska, wiceprezes Naczelnej Rady Pielęgniarek i Położnych. – Liczba wydawanych pzez Izbę zaświadczeń do pracy za granicą zaczęła drastycznie zmniejszać się w 2018 r., kiedy weszły regulacje płac do wynagrodzeń zasadniczych – wyjaśnia.


Tzw. „zembalowe”, czyli wypłacane pielęgniarkom dodatki do pensji w wysokości 1600 zł brutto (ok. 920 zł na rękę) płatne w czterech transzach przez cztery lata, zostało wynegocjowane przez związkowców w 2015 r. Na mocy porozumienia z Ministerstwem Zdrowia w 2018 r. „zembalowe” włączono pielęgniarkom do pensji podstawowej.

Jaka jest różnica między porozumieniem z 2015 r. a tym z 2018? Wcześniej „zembalówka” była traktowana jako dodatek do pensji. Z tego powodu do wielu pielęgniarek zwyczajnie nie trafiała.


Powrót do kraju
Coraz lepszą sytuację polskich pielęgniarek potwierdziła 7 marca podczas Kongresu Wyzwań Zdrowotnych w Katowicach wiceminister zdrowia Józefa Szczurek-Żelazko.

– W ciągu ostatnich trzech lat - i jest to stwierdzenie obiektywne - wyraźnie wzrosły wynagrodzenia we wszystkich grupach zawodowych - lekarzy, pielęgniarek, ratowników. Spowodowało to coraz mniejszy odpływ kadry medycznej z systemu – przekonywała.

Wiceminister dodatkowo podkreśliła, że „praktycznie nie obserwujemy odpływu do innych krajów polskiej, wykształconej kadry” i swoje słowa podparła danymi Izby. Według Szczurek-Żelazko w 2015 r. zaświadczenia potrzebne do pracy za granicą brało ok. 1,5 tys. pielęgniarek rocznie, w 2016 - ok. 900, w 2017 - już 650, zaś w 2018 r. tylko 400 osób.

– Panie są zainteresowane pracą w Polsce – dowodziła. – Wracają te, które nie pracowały w systemie ochrony zdrowia bądź pracowały, ale za granicą. Dlatego w ostatnim roku mamy ponad 20 tys. pielęgniarek więcej w systemie – wyliczała wiceminister.

– Do Naczelnej Izby przychodzą zapytania o możliwość powrotu do Polski – wtóruje jej Łodzińska. – Pielęgniarki zauważyły, że jest praca, że zmieniają się warunki pracy oraz warunki finansowe. Pytają nas, czy jak wrócą, to gdzie znajdą pracę i na jakie zarobki będą mogły liczyć. Miesięcznie otrzymujemy od kilku do kilkunastu takich wiadomości – mówi.

Gorący kierunek studiów - pielęgniarstwo
Nie tylko starsze pielęgniarki mają być coraz bardziej zadowolone z pracy. Również młodzi ludzie mają zauważać perspektywy zawodu i chętniej go wybierają. Pod koniec grudnia 2018 r. Ministerstwo Zdrowia ogłosiło, że w roku akademickim 2017/2018 na studia I stopnia na kierunku pielęgniarstwo przyjęto 6 262 osoby (o 831 więcej niż trzy lata wcześniej). W tym samym czasie wyjątkowy boom miał miejsce na studiach II stopnia - przyjęto na nie 8483 osoby (o 5559 więcej niż przed trzema laty).

– Wśród młodych ludzi obserwujemy wyraźny trend coraz częstszego wybierania kierunku pielęgniarstwo – potwierdza Łodzińska.

– To wciąż jest bardzo mało. Liczba osób, która podejmuje naukę i ją kończy to 5,5 tys. rocznie. Aby utrzymać nasz, i tak zresztą bardzo niski w Europie i niechlubny, wskaźnik liczby pielęgniarek na mieszkańców, do zawodu musiałoby wchodzić ok. 9 tys. osób rocznie. Z kolei żeby dogonić Europę, potrzebujemy ich ok. 13 tys. – dodaje.

Znacznie większa liczba chętnych na studiowanie pielęgniarstwa nie pociąga za sobą równie wysokich wyników osób kończących kierunek. Studia pielęgniarskie są bowiem trudne, wymagające, momentami niewdzięczne. Tak jak później sama praca w zawodzie.

– Lista przyjętych osób zamykała się na około 220 numerze. Po pierwszym roku zostało nas tylko 128 osób. Część studentów zrezygnowała sama, część nie zdała fizjologii, anatomii i podstaw pielęgniarstwa, czyli trzech największych przedmiotów na pierwszym roku. Kilka osób po pierwszym kontakcie z pacjentem stwierdziła, że to nie dla nich. Jednostki poprawiając maturę dostały się na lekarski – wspomina pielęgniarka Weronika Nawara, autorka książki "W czepku urodzone".

Pielęgniarstwo powstaje z kolan?
Prezentowane dane kuszą, by skwitować je stwierdzeniem: „Polskie pielęgniarstwo odradza się niczym feniks z popiołów”. Zawody pielęgniarek i położnych wracają do łask. Odmiennego zdania jest Mariusz Mielcarek, pielęgniarz ze Szpitala Miejskiego w Poznaniu i redaktor naczelny branżowego portalu Pielegniarki.info.pl.

– To kompletna bzdura – twierdzi dosadnie w rozmowie z INNPoland.pl. – Nie cieszyłbym się tym, że spada liczba rocznie wydawanych zaświadczeń do pracy za granicą, ponieważ pielęgniarki wciąż wyjeżdżają, a w tym roku ok. 17-19 tys. z nich przejdzie na emeryturę – wyjaśnia.

– Naczelna Izba i Ministerstwo Zdrowia twierdzą, że brak wyjazdów spowodowały ich piękne działania i podwyżki. Tymczasem będąc osobą pracującą w branży od lat wiem, że sprawa jest dużo bardziej prozaiczna - w Anglii i Irlandii od kilku lat są nowe, trudne testy językowe. Jeśli pielęgniarka nie umie języka, to jedzie za granicę jako opiekunka i nie zgłasza tego Izbie – tłumaczy.

Według Mielcarka pielęgniarki, mając kłopoty ze zdaniem egzaminu językowego, nie wyjeżdżają tak chętnie, jak kiedyś. Spadek liczby zaświadczeń do wykonywania zawodu za granicą nie jest zatem zasługą poprawy sytuacji na polskim rynku, a większą ochroną rynków zagranicznych.

Z tą tezą nie zgadza się Łodzińska z NIPiP. – Pielęgniarki wyjeżdżały nie tylko do Anglii czy Irlandii, gdzie wprowadzono testy językowe. Wiele z nich decydowało się na wyjazd do Niemiec czy Norwegii. Myślę, że najatrakcyjniejszym kierunkiem dla naszych pielęgniarek były właśnie Niemcy. Nie zauważyliśmy większego exodusu do Wielkiej Brytanii – mówi.

Polskie pielęgniarki nie mają lepiej
Mielcarek jednak przekonuje, że poprawie nie uległa również sytuacja zawodowa pielęgniarek. Zeszłoroczne porozumienie nie dało im żadnej podwyżki, a jedynie włączyło „zembalowe” dodatki do ich pensji podstawowej. W ten sposób z kwoty uprzednio przekazywanej pielęgniarkom przez NFZ - 1600 zł brutto, kwota 1100 zł brutto weszła do ich wynagrodzenia zasadniczego. Pozostała kwota wypłacana jest na zasadzie dodatku.

– Pielęgniarka zarabia fatalnie w stosunku do tego, jakie ma warunki pracy i jaką ponosi odpowiedzialność. Osoby z zewnątrz mogą myśleć, że dostaliśmy dwie podwyżki - jedną w 2015 roku, drugą trzy lata później. Tymczasem w rzeczywistości dostaliśmy dwa razy te same pieniądze – tłumaczy Mielcarek.

Dodaje jednak, że wcale nie pieniądze są najważniejsze. Większość pielęgniarek marzy o poprawie warunków pracy.

– W tej chwili pielęgniarki są tak zmęczone, że jakby powiedziano "możemy albo podnieść wam pensję o 50 proc. albo podnieść ją o 20 proc. i poprawić warunki pracy" to gwarantuję, że zdecydowana większość wybrałaby drugą opcję – przekonuje pielęgniarz.

Koszmarne warunki pracy
I rzeczywiście. Jak wynika z zeszłorocznych badań Stowarzyszeń Pielęgniarek Cyfrowych, większość polskich pielęgniarek dzieli swoje życie między dwie prace. Aż 61 proc. z nich po 12 godzinach dyżuru na etacie idzie do drugiej pracy. Ponad połowa pielęgniarek ma miesięcznie do 100 dodatkowych godzin pracy. 17 proc. z nich wyrabia nawet do 200 godzin, a 1 proc. badanych wyrabia ekstremalne 300 godzin miesięcznie.

Dramatyczną sytuację w polskim pielęgniarstwie potwierdza również wiceminister zdrowia p. Józefa Szczurek-Żelazko. Podczas posiedzenia zespołu ds. szpitali powiatowych w Sejmie w dniu 14 marca 2019 r. wiceminister przyznała, że problem jest zauważalny ale… od niedawna.

– Nagle pojawiły się niepokojące objawy, i to o dosyć dużym nasileniu, związane z deficytem kadry pielęgniarskiej. Pojawiły się w ostatnim czasie duże deficyty. (...) Choć w ostatnich dwóch latach wyraźnie wzrasta ich (pielęgniarek, przyp. red.) ilość – mówiła.

I rzeczywiście - choć w ślimaczym tempie, to niewątpliwie wzrasta liczba zarejestrowanych pielęgniarek. Według dostępnych na stronie NIPiP danych jeszcze w 2012 r. w Polsce zarejestrowanych było 278 496 pielęgniarek i pielęgniarzy. Po pięciu latach w 2017 r. grono to liczyło już 291 790 osób.

Czy to jednak oznacza, że polskie pielęgniarstwo podnosi się ze zmęczonych, pokaleczonych kolan? Jeśli tak, to z drakońskim wysiłkiem i oporami. Trudno bowiem oprzeć się wrażeniu, że Ministerstwo Zdrowia i NIPiP twierdzą jedno, podczas gdy rzeczywistość nie maluje się tak kolorowo. Pewne jest jedno - coraz więcej grup zawodowych z służby publicznej jawnie mówi o swoim niezadowoleniu z pracy. A trudno będzie zadowolić wszystkich.